Ostatnie miesiące w świecie muzyki popularnej są niezbyt łaskawe dla tych, którzy nie przepadają za zmianą brzmienia swoich ulubionych artystów. Nowa płyta Paramore może być ciosem w samo serce dla tych, którzy wydany w 2013 roku krążek Paramore traktowali, jako chwilowe zafascynowanie Taylora brzmieniami tak ukochanymi przez producenta płyty Justina Meldal-Johnsena i wierzyli, że zespół zechce wrócić do flagowych brzmień sprzed równo dekady. Tymczasem After Laughter jest kontynuacją tego, co pojawiło się właśnie te cztery lata temu. I tak się składa, że w tym roku mija dziesięć lat odkąd ja poznałam i polubiłam Paramore.

Założyłam sobie, że chce mieć tydzień na posłuchanie majowych premier. Tydzień na zapoznanie się z płytą, osłuchanie, znalezienie ulubionych i tych najmniej lubianych piosenek. Zapomniałam tylko, że przez tydzień będę ciągle rozmyślała, jak ująć w słowa to, co chce powiedzieć. Zapomniałam tez o jednym ważnym fakcie:

jeśli chce się opisać album jednego z ulubionych artystów, albo przynajmniej taki album, który przesłucha się więcej niż jeden raz, praktycznie nigdy nie da się dość do punktu recenzji ostatecznej.

Za miesiąc, za pół roku, za rok, za dziesięć lat, znajdę kilka aspektów, których dzisiaj nie widzę. Pewnie już po czerwcowym koncercie napiszę, że kilka piosenek podoba mi się bardziej niż teraz. Ale na tym chyba polega piękno muzyki – melodie i teksty cały czas w nas są i razem z nami nabierają nowych sensów i znaczeń.

Jeśli czytaliście tekst poświęcony singlowi Hard Times to być może pamiętacie, że powiedziałam: przez tę piosenkę z zaciekawieniem czekałam na całą płytę. Właśnie tak było. Po premierze kawałka Told You So miałam wrażenie, że to będzie jedna z tych słabszych piosenek na albumie. Okazało się jednak, że one dwie są naprawdę niezłą reprezentacją całości. W zasadzie nakreśliły  jego brzmienie. Do tego stopnia, że słuchając płyty zaskoczyła mnie tylko jedna piosenka. I nie jestem pewna, czy to dobrze, bo nie śpiewa w niej Hayley.

Jednocześnie wszystkim tym, którzy sekundę po premierze After Laughter zaczęli nosić na sztandarach napisy „Paramore nagrywa pop dla kasy” (zupełnie tak, jakby dopiero od kilku lat zarabiali pieniądze na muzyce…) te dwie piosenki, plus pierwszy wywiad, którego zespół udzielił opowiadając o After Laughter, powinny dać jasny sygnał jaka to będzie płyta.

Jednym słowem: charakterystyczna. W kilku słowach – brzmieniowo niezwykle pozytywna pozwalająca zadać sobie pytanie, co w dzisiejszych czasach nazywamy muzyką popową, a tekstowo najmroczniejsza w całym ich dorobku.

Paramore nieźle ucierają nosa wszystkim tym, którzy wszystko, co nie ma ostrego gitarowego riffu zamykają w szufladce z napisem pop. Jestem wielką przeciwniczką wrzucania muzyki do takich szufladek, bo to po pierwsze niczego dla odbiorcy nie zmienia, po drugie bardzo krzywdzi artystów. Jeśli Paramore grają pop, co gra Britney Spears? Rozumiecie przewrotność przyklejania takich łatek? Paramore mają też to do siebie, że tam ciągle się coś zmienia i chyba dopiero ewentualna szósta studyjna płyta, nagrana w obecnym składzie, mogłaby pokazać, dokąd ten zespół zmierza.

Tymczasem w piątek pokazali to, nad czym przez kilka miesięcy pracowali w rodzinnym Nashville. Producentem płyty After Laughter jest Taylor York i, ponownie, Justin Meldal-Johnsen. Ilekroć ktoś mi mówi, że słyszy na tym albumie inspiracje muzyką HalfNoise, czyli zespołem Zaca Farro, tylekroć ja mówię, że słyszę na tej płycie inspirację Meldal-Johnsenem. Zaraz wyjaśnię dlaczego.

Od pierwszego przesłuchania nie zmieniła mi się ulubiona trójka. W zasadzie to czwórka, bo Hard Times wciąż uważam za jedną z top piosenek z płyty.

Na tej liście jest jeszcze 26, No Friend i Tell Me How. Tak, to skromna lista i po dodaniu Hard Times łatwo wywnioskować, dlaczego to właśnie one, a nie któraś z pozostałych ośmiu. Trudno przejść obok 26 obojętnie, bo po odsłuchaniu Rose-Colored Boy, chyba rzeczywiście takiej najbardziej popowej brzmieniowo piosenki, jaką kiedykolwiek wypuścili, 26 wydaje się pierwszą oazą spokoju na tej płycie. Ja uwielbiam łączenie smyczków z popem, z rockiem, więc jeśli ktokolwiek wypuści balladę oprawioną instrumentami smyczkowymi, zakładając że nie będzie to kiczowate i niesmaczne – kupi mnie.

Myślę, że No Friend to jest ogólnie ten utwór na After Laughter, który można albo pokochać, albo od razu spisać go na straty i wrzucić do worka z nieudanymi pomysłami. Dla mnie to jest kawałek tak dziwny, tak inny niż wszystko, co do tej pory wydali, że spodobał mi się już po pierwszym przesłuchaniu. Nie wiem, czy jest to powód do większego zadowolenia, bo szansa na usłyszenie tej piosenki w wersji z Aaronem jest marna, wręcz żadna, ale to co facet zrobił w niej brzmieniowo i tekstowo jest po prostu genialne. Cieszę się, że jednak nie został nazwany zgodnie z pierwotnym planem, czyli Idle Worship Outro.

Z Tell Me How mam ten mały problem, że to znów jest ballada łechtająca moje uszy. Tym razem innym instrumentem, czyli pianinem. Słuchając tej piosenki od razu kojarzą mi się kawałki Tegan and Sara z Hearttrob. Już przy Paramore miałam wrażenie, że Justin Meldal-Johnsen trochę wrzuca do Paramore takich teganowych brzmień z tamtego albumu. Tell Me How bardzo mi to udowadnia, choć pewnie Taylor powiedziałby, że to przypadek.

Wniosek jest taki, że dwie z moich ulubionych piosenek z płyty są nimi, bo stworzono je w oparciu o instrumenty, które uwielbiają moje uszy. Dwie pozostałe – bo mnie pozytywnie zaskoczyły.

I chyba mogę wreszcie się przyznać, że nie uważam After Laughter za najlepszą płytę Paramore. Nie uważam jej za płytę lepszą od Paramore. Tam było o wiele więcej zaskoczeń. Pamiętam, że słuchałam Paramore myśląc, że nie sądziłam, że ten zespół kiedykolwiek pójdzie w taką stronę i zrobi tak dobry album, na swój sposób wychodząc ze strefy muzycznego komfortu. Tutaj doceniam smaczki włożone w piosenki, nie tylko te instrumenty smyczkowe i pianino, ale też te wszystkie cymbały, przeszkadzajki choćby w Pool.

Doceniam kunszt Taylora i ponownie mogę powiedzieć, że pewnie gdyby Josh Farro nie odszedł z zespołu, Taylor nigdy aż tak nie rozwinąłby się twórczo i nigdy nie byłoby mi dane posłuchać, co potrafi stworzyć. Doceniam pomysł na klimat tej płyty – zmieszanie naprawdę mocnych, trudnych, depresyjnych i ciężkich tematów poruszanych przez Hayley w tekstach, z muzyką lekką, płynącą, wielokrotnie bardzo delikatną (jak choćby w Forgiveness). Ale to wciąż jest płyta, która w kontraście do Paramore wydaje mi się po prostu dobra.

A naprawdę trudno jest nie pisać o After Laughter bez porównywania jej do poprzednich albumów, bo chyba w każdej (o ile nie w każdej) piosence można znaleźć odniesienia do innych utworów w dorobku zespołu. W tekście do piosenki Proof z 2013 roku są wersy zbliżone do tych z The Only Exception. Wtedy myślałam, że jest to przypadek. Teraz chyba trudno o nim mówić. Jeśli traktować tę płytę, jako rozprawienie się z demonami przeszłości, sporami i spięciami między członkami zespołu, sprytny zabieg i kolejny smaczek dla wiernych fanów.

Na zakończenie nie mogę nie wspomnieć o piosenkach, które uważam za najmniej udane

Na szczycie tej niechlubnej listy jest kawałek Grudges napisany przez Hayley wspólnie z Zaciem, którego z resztą słychać w tej piosence. Ten utwór jest dla mnie tak nijaki, że aż trudno mi cokolwiek o nim napisać. Drugim jest Caught In The Middle, które wiem, że wielu fanów uważa za jedną ze swoich ulubionych piosenek. Mi tam podoba się tylko i wyłącznie gitarka, zupełnie tak, jak w Told You So.

Trzymam kciuki za Paramore. Za to, żeby w składzie Farro, York i Williams stworzyli jeszcze przynajmniej jedną płytę pozbawioną odśrodkowych napięć, spięć, rozczarowań i niezadowolenia. Album, który nie będzie (u)śmiechem przez łzy. Chciałabym usłyszeć płytę powstającą w czystych warunkach i przekonać się, co im tam w duszach siedzi, gdy nie targają nimi silne emocje. I gdy do muzycznego głosu może mocniej dojść Zac, który do tworzenia tej płyty dołączył na tyle późno, że nawet nie opowiada o jej brzmieniu i przesłaniu.

Kup album After Laughter – tutaj


Wiedząc, jak wielu fanów Paramore czyta mojego bloga przygotowałam dla Was konkurs. Do wygrania egzemplarz majowego wydania brytyjskiego magazynu DIY, na którego okładce znalazł się zespół. W środku obszerny artykuł właśnie na temat płyty. Do magazynu dorzucam naklejkę promującą album After Laughter. Będzie mi miło, jeśli polubisz Medleyland.pl na Facebooku. 

– KONKURS –

Aby wygrać wystarczy odpowiedzieć na pytanie:

Co sądzisz o albumie „After Laughter”? 

Wiesz już, jakie jest moje zdanie na temat tej płyty, a ja jestem ciekawa, jakie jest Twoje! Oczywiście nie musisz pisać długiego, obszernego komentarza niczym mój tekst, który pewnie mógłby być, krótszy, gdybym tylko umiała takie pisać… Jestem bardzo ciekawa komentarzy na temat płyty!!

ZAKOŃCZONY

Laureat: Patryk Zep, gratulacje!

ZASADY KONKURSU
Organizator:
Organizatorem konkursu jest blog Medleyland.pl, fundatorem nagrody jest blog Medleyland.pl,
Warunki uczestnictwa w konkursie:
– w komentarzu należy zamieścić odpowiedź na postawione w treści wpisu pytanie konkursowe
– jedna osoba (uczestnik konkursu) może zamieścić tylko jedną odpowiedź konkursową
Termin przyjmowania odpowiedzi:
20 maja 2017 roku godzina 20:00
Laureat:
– zwycięzca zostanie wybrany przez komisję składającą się z autorów bloga, tj. Anji, Misi i Kota.
– zwycięzca zostanie powiadomiony o wygranej w odpowiedzi na zamieszczony przez siebie komentarz
– wyniki zostaną ogłoszone do czterech dni od zakończenia konkursu; nick/imię i nazwisko laureata będzie podane w edytowanej treści wpisu. Uczestnik wyraża zgodę na przetwarzanie jego danych osobowych na potrzeby konkursu.

Podobne Posty

  • Natalie

    Na samym początku, po pierwszym przesłuchaniu całości, sama nie wiedziałam co myśleć o tej płycie. Sama wspomniałaś, że lekkiemu brzmieniu przypisane są naprawdę ciężkie teksty. Zgadzam się z tą opinią, bo w pierwszej kolejności skupiłam się na stronie lirycznej, zamiast na instrumentalnej. Podoba mi się ten album, ponieważ poniekąd wpasowuje się w to, co w chwili obecnej dzieje się w moim życiu.
    Co do ulubionych kawałków – 26, Fake Happy i Tell Me How wiodą prym, a najbardziej zawiodłam się na Rose – Colored Boy, totalnie nie trafia do mnie jej strona i liryczna, i instrumentalna. Mam nadzieję, że mimo pogłosek krążących wśród fanów na całym świecie, nie będzie to ostatni album trio i pokażą nam, na co ich stać 😉

    • ja bardzo żałuję, że najpierw słucham tekstów, a potem muzyki. w przypadku tej płyty wydaje mi się, że najlepiej jest zacząć od muzyki – potem połączyć ją z tekstami

  • Kamila Zbinkowska

    Ok, zacznę od tego, że żałuję, że przed pierwszym przesłuchaniem płyty obejrzałam drugą część wywiadu z Zanem Lowe, bo wiedziałam już czego się spodziewać i może dlatego Rose-Colored Boy nie poruszył mnie przy pierwszym przesłuchaniu, Hard Times i Told You So (które pokochałam od czasu dodania teledysków) wydawały mi się wybitnie dobre na tle kolejnych utworów.
    Depresja i „anxiety” to ciężkie tematy i nie wydaje mi się, żeby Hayley potrafiła włożyć to do plecaka i napisać szczęśliwe i miłosne kawałki. Dla tych, którzy znają zespół byłoby to widoczne kłamstwo.
    Forgiveness, Fake Happy, 26 oczywiście doceniam za szczery tekst i melodyjne brzmienie, ale znów – tego się spodziewałam. Z nowych utworów dla mnie najmocniejsze pozycje to Idle Worship i No Friend – oba mnie zaskoczyły, ten pierwszy mocniejszym wokalem i szybkim brzmieniem, którego nie spodziewałam się doznać na tej płycie, ten drugi wszystkim od początku do końca – cudo.
    Po drugim, trzecim przesłuchaniu oczywiście pozostałe utwory zyskują dodatkowe punkty i jestem pewna, że aranżacje na żywo będą ciekawe. Podsumowując, bardziej traktuję ten album jako terapię, którą zespół (Hayley) musiał przejść, żeby znów stanąć na nogi, dlatego nie porównuję go do poprzednich, bo jest to zupełnie inny rodzaj muzyki, inny cel. Mam ogromną nadzieję, że wykonywanie utworów na żywo przy akompaniamencie setek fanów podniesie Paramore na duchu i będą gotowi ruszyć z kopyta z kolejną płytą. 🙂

    • ano, liczę że ta szósta płyta się ukaże. że te koncerty, małe jak na nich zbyt małe, tchną w nich zycie i wiarę

  • Patryk Zep

    After Laughter jest dobrym. Zdecydowanie najsilniejszą stroną jest Idle Worship i No Friend. Końcówka albumu jest cudowna, jednak szkoda, że jako ostatnią piosenkę wybrali spokojną balladę. Najgorszą na płycie i chyba jednocześnie najgorszą piosenką w dyskografii Paramore jest Forgiveness; do bólu monotonne, bez wyrazu i brzmi jak piosenka w Lidlu. Hard Times, Rose-Colored Boy i Told You So są z jednej parafii – w stylu, za który przestałem słuchać Paramore po Brand New Eyes, ale dałem szansę Self-titled i jestem w zgodzie z tym brzmieniem, szczególnie, że brzmi to mimo wszystko inaczej, zdecydowanie lepiej. Hard Times i Told You So mają świetne instrumentale, szczególnie w bridge. Fake Happy – przejście z akustyka z dźwiękami syntezatora – delicje, uwielbiam takie zabiegi. Sama piosenka jest sercem albumu, scala cały styl albumu, prezentuje średnią brzmienia całego wydania. Osobiście uwielbiam smutne piosenki z każdym rodzajem głosu, ale 26 jakoś mi nie podpadło, choć jest całkiem miłe i z pewnością dam jej kilka szans. Refren wygrywa w tej piosence, ale brakuje tam czegoś. Pool i ten nieregularny rytm z melodią na początku – kolejne delicje. Piosenka na medal, choć nie tak dobra jak Teen Idle, które jest najlepsze na albumie. Agresywne i odbierające mowę. Grudges – zmarnowany potencjał, piosenka na miarę Pools, jednak brzmi jak soundtrack do napisów filmu dla nastolatków. Caught in the Middle – kolejna zmarnowana piosenka, strasznie zwyczajna (szkoda, że to nie cover piosenki Charli XCX). Całość albumu jest taka mocno 6/10. Okładka średnia, nie podoba mi się ten styl. Tytuły są yummy. W skrócie, dobra muzyka przerywana niekiedy dźwiękami z windy + zmarnowany potencjał i niewyraźność w niektórych miejscach.

  • Patryk Zep

    After Laughter jest dobrym albumem. Zdecydowanie najsilniejszą stroną jest Idle Worship i No Friend. Końcówka albumu jest cudowna, jednak szkoda, że jako ostatnią piosenkę wybrali spokojną balladę. Najgorszą na płycie i chyba jednocześnie najgorszą piosenką w dyskografii Paramore jest Forgiveness; do bólu monotonne, bez wyrazu i brzmi jak piosenka w Lidlu. Hard Times, Rose-Colored Boy i Told You So są z jednej parafii – w stylu, za który przestałem słuchać Paramore po Brand New Eyes, ale dałem szansę Self-titled i jestem w zgodzie z tym brzmieniem, szczególnie, że brzmi to mimo wszystko inaczej, zdecydowanie lepiej. Hard Times i Told You So mają świetne instrumentale, szczególnie w bridge. Fake Happy – przejście z akustyka z dźwiękami syntezatora – delicje, uwielbiam takie zabiegi. Sama piosenka jest sercem albumu, scala cały styl albumu, prezentuje średnią brzmienia całego wydania. Osobiście uwielbiam smutne piosenki z każdym rodzajem głosu, ale 26 jakoś mi nie podpadło, choć jest całkiem miłe i z pewnością dam jej kilka szans. Refren wygrywa w tej piosence, ale brakuje tam czegoś. Pool i ten nieregularny rytm z melodią na początku – kolejne delicje. Piosenka na medal, choć nie tak dobra jak Teen Idle, które jest najlepsze na albumie. Agresywne i odbierające mowę. Grudges – zmarnowany potencjał, piosenka na miarę Pools, jednak brzmi jak soundtrack do napisów filmu dla nastolatków. Caught in the Middle – kolejna zmarnowana piosenka, strasznie zwyczajna (szkoda, że to nie cover piosenki Charli XCX). Całość albumu jest taka mocno 6/10. Okładka średnia, nie podoba mi się ten styl. Tytuły są yummy. W skrócie, dobra muzyka przerywana niekiedy dźwiękami z windy + zmarnowany potencjał i niewyraźność w niektórych miejscach.

  • Patryk Zep

    After Laughter jest dobrym. Zdecydowanie jego najsilniejszą stroną są Idle Worship i No Friend. Końcówka albumu jest cudowna, jednak szkoda, że jako ostatnią piosenkę wybrali spokojną balladę. Najgorszą na płycie i chyba jednocześnie najgorszą piosenką w dyskografii Paramore jest Forgiveness; do bólu monotonne, bez wyrazu i brzmi jak piosenka w Lidlu. Hard Times, Rose-Colored Boy i Told You So są z jednej parafii – w stylu, za który przestałem słuchać Paramore po Brand New Eyes, ale dałem szansę Self-titled i jestem w zgodzie z tym brzmieniem, szczególnie, że brzmi to mimo wszystko inaczej, zdecydowanie lepiej. Hard Times i Told You So mają świetne instrumentale, szczególnie w bridge. Fake Happy – przejście z akustyka z dźwiękami syntezatora – delicje, uwielbiam takie zabiegi. Sama piosenka jest sercem albumu, scala cały styl albumu, prezentuje średnią brzmienia całego wydania. Osobiście uwielbiam smutne piosenki z każdym rodzajem głosu, ale 26 jakoś mi nie podpadło, choć jest całkiem miłe i z pewnością dam jej kilka szans. Refren wygrywa w tej piosence, ale brakuje tam czegoś. Pool i ten nieregularny rytm z melodią na początku – kolejne delicje. Piosenka na medal, choć nie tak dobra jak Teen Idle, które jest najlepsze na albumie. Agresywne i odbierające mowę. Grudges – zmarnowany potencjał, piosenka na miarę Pools, jednak brzmi jak soundtrack do napisów filmu dla nastolatków. Caught in the Middle – kolejna zmarnowana piosenka, strasznie zwyczajna (szkoda, że to nie cover piosenki Charli XCX). Całość albumu jest taka mocno 6/10. Okładka średnia, nie podoba mi się ten styl. Tytuły są yummy. W skrócie, dobra muzyka przerywana niekiedy dźwiękami z windy + zmarnowany potencjał i niewyraźność w niektórych miejscach.

  • Patryk Zep

    After Laughter jest dobrym albumem. Zdecydowanie jego najsilniejszą stroną są Idle Worship i No Friend. Końcówka albumu jest cudowna, jednak szkoda, że jako ostatnią piosenkę wybrali spokojną balladę. Najgorszą na płycie i chyba jednocześnie najgorszą piosenką w dyskografii Paramore jest Forgiveness; do bólu monotonne, bez wyrazu i brzmi jak piosenka w Lidlu. Hard Times, Rose-Colored Boy i Told You So są z jednej parafii – w stylu, za który przestałem słuchać Paramore po Brand New Eyes, ale dałem szansę Self-titled i jestem w zgodzie z tym brzmieniem, szczególnie, że brzmi to mimo wszystko inaczej, zdecydowanie lepiej. Hard Times i Told You So mają świetne instrumentale, szczególnie w bridge. Fake Happy – przejście z akustyka z dźwiękami syntezatora – delicje, uwielbiam takie zabiegi. Sama piosenka jest sercem albumu, scala cały styl albumu, prezentuje średnią brzmienia całego wydania. Osobiście uwielbiam smutne piosenki z każdym rodzajem głosu, ale 26 jakoś mi nie podpadło, choć jest całkiem miłe i z pewnością dam jej kilka szans. Refren wygrywa w tej piosence, ale brakuje tam czegoś. Pool i ten nieregularny rytm z melodią na początku – kolejne delicje. Piosenka na medal, choć nie tak dobra jak Teen Idle, które jest najlepsze na albumie. Agresywne i odbierające mowę. Grudges – zmarnowany potencjał, piosenka na miarę Pools, jednak brzmi jak soundtrack do napisów filmu dla nastolatków. Caught in the Middle – kolejna zmarnowana piosenka, strasznie zwyczajna (szkoda, że to nie cover piosenki Charli XCX). Całość albumu jest taka mocno 6/10. Okładka średnia, nie podoba mi się ten styl. Tytuły są yummy. W skrócie, dobra muzyka przerywana niekiedy dźwiękami z windy + zmarnowany potencjał i niewyraźność w niektórych miejscach.

    • Muzyka w Lidlu? 😀 Fajne porównanie, podoba mi się! Zabawne, że zgadzamy się w tym, że te piosenki, którymi zachwycają się ludzie (aka fani), są najsłabsze. Czyli Forgiveness i Caught In The Middle. I Grudges… Tej piosenki to mi żal, bo czasami myślę, że weszła na płytę, żeby Zac nie odszedł

    • Nie wiem, czy to ta ironia którą czuję w tym komentarzu, czy zabawne porównania, które mi się niesamowicie spodobały, ale gazetka DIY jest Twoja 🙂 Napisz proszę na maila (kontakt@medleyland.pl) albo wiadomość prywatną na Facebooku bloga i podaj adres, na jaki mamy wysłać nagrodę. Gratuluję!

  • Agata Szczepańska

    Powinnam chyba zacząć od tego, że „After Laughter” mnie zaskoczył. Tak pozytywnie. Już od czasu premiery „Hard Times” wiedziałam, że to jest inne brzmienie niż w przypadku ich poprzedniej płyty. Mimo, że nie jestem wielką fanką lekkich brzmień, to tekst piosenki przykuł moją uwagę. Zauważyłam tą rozbieżność między akompaniamentem, a tym, o czym śpiewa Hayley. Po kolejnym singlu, „Told You So”, który okazał się być moim najmniej ulubionym kawałkiem na całej płycie, ale to wcale nie znaczy, że uważam, iż jest zły, przyszedł czas na cały album. Czekałam cierpliwie do piątku, by go posłuchać, pomimo, iż w sieci krążyły już wycieki i inni fani zachwalali różne piosenki na stronach społecznościowych. Jednakże z racji mojego wielkiego szacunku do tego zespołu, chciałam tym razem dostać płytę do ręki, zanim zacznę jej słuchać. Nie udało się z winy Empiku, ale to już inny temat.
    Gdy w końcu zasiadłam, by posłuchać „After Laughter” byłam w lekkim szoku. „Hard Times” i „Told You So” do końca nie przygotowały mnie chyba jednak na nowe brzmienie Paramore. Słuchając tego albumu miałam wrażenie, że znajduję się gdzieś blisko plaży, a na horyzoncie widzę zbliżający się zachód słońca. Tylko, że czuję się złamana, przygnębiona i rozgoryczona. Takie właśnie są skojarzenia przychodzące mi do głowy, gdy myślę o muzyce i tekście piosenek na tym krążku. Przy pierwszym odsłuchaniu z nóg zbiło mnie najbardziej „26”. Była to taka pierwsza przerwa od szybkiego tempa innych kawałków i od razu przykuła moją uwagę, a gdy wsłuchałam się w tekst, poczułam się naprawdę wzruszona. Zdawałoby się, że to takie połączenie „Misguided Ghosts” i „Last Hope” z poprzednich albumów kapeli, ale nie da się tej piosenki zamknąć w takich wąskich ramach. Jest to coś naprawdę innego od wspomnianych ballad i na pewno coś oryginalnego. Smyczki na końcu piosenki przypominają mi stare filmy – baśni, w których młoda osoba czuje się zawiedziona otaczającą ją rzeczywistością. Trochę jak Dorotka z „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”. I taka jest ta piosenka. Hayley Williams śpiewa o nadziei, która jest czymś, czego warto się trzymać, mimo, że czasami może się wydawać, że cały świat jest przeciwko tobie. Nawet bliskie osoby. I tak właśnie można przejść do podobnych tematów poruszanych często na płycie przez Hayley i Taylora Yorka, którzy napisali wspólnie większość piosenek. Bardzo często w piosenkach pojawia się temat zdrady czy szukania przebaczenia. Z całą pewnością są o tym „Forgiveness” i „Pool”, z których bardzo cenię sobie tą drugą piosenkę i która stała się jedną z moich ulubionych. Aranżacja muzyczna w zwrotkach tej piosenki jest prześwietna. Taylor z pewnością rozwinął swój muzyczny talent przez ostatnie kilka lat i widać, że lubi eksperymentować z różnymi instrumentami, co bardzo dobrze mu wychodzi. Innymi kawałkami, które zaskarbiły sobie moją wielką sympatię są „Rose-Colored Boy” i „Fake Happy”. Obydwie brawurowo opowiadają o przygnębieniu, które trudno zamaskować przed resztą świata i zirytowaniu postawą ludzi, którzy są przesadnie szczęśliwi i szerzący pozytywne hasła, gdy człowiek ma wystarczająco dużo powodów, by mieć wszystkiego dosyć. „No Friend” jest utworem, który najbardziej odstaje od reszty i jest czymś zupełnie nowym w dorobku zespołu. Kolaboracja z Aaronem Weissem może wielu osobom się nie podobać, ale mi przypadła do gustu. Zwłaszcza, że w tekście piosenki występuje wiele aluzji do dawnych piosenek Paramore i w pewien sposób odzwierciedla ich burzliwą historię, jako kapeli. Ostatnia linijka „If nothing comes of it, then just know we are grateful” zdaje się mówić, iż nawet, jeśli płyta zawiedzie pewnych fanów, to członkowie Paramore są nadal wdzięczni za wsparcie okazane im przez wszystkie lata ich działalności i, które pozwoliło im dojść tak daleko. Zamykający kawałek „Tell Me How” jest kolejną z moich ulubionych piosenek, obok „26”, „Pool”, „Fake Happy” i „Rose-Colored Boy”. Jestem całkiem pewna, że jest to piosenka zaadresowana do byłego basisty zespołu, Jeremy’ego Davisa. Hayley śpiewa o tym, że nie czuje nienawiści do dawnego przyjaciela, pomimo, iż on prawdopodobnie odczuwa takie negatywne emocje, myśląc o niej. Jest to bardzo intymny i smutny utwór, który przypomina o sporze prawnym pomiędzy Davisem i zespołem oraz niesmaku, który pozostał po całej tej sytuacji. W pewien sposób też wyraża nikłą nadzieję, że może kiedyś, tak jak stało się to w przypadku perkusisty Zaca Farro, który powrócił do zespołu po latach, dawny przyjaciel przestanie być jedynie kolejnym nieznajomym.
    Tak jak wspomniałam, osobiście najmniej podoba mi się „Told You So”, a także „Grudges”, choć ta druga piosenka nadal wypełnia mnie ciepłem, gdy myślę o jej kontekście – odnowionej przyjaźni między Yorkiem i Williams a Zaciem Farro. Następnym razem chciałabym usłyszeć jeszcze więcej Zaca, który udzielił swojego wokalu w opisanej przeze mnie piosence.
    Podsumowując, „After Laughter” to świetny album należący już bardziej do gatunku new wave niż pop-punk i szczerze mówiąc, cieszy mnie to, że ten zespół rozwija się w takim kierunku, jaki im pasuje, a równocześnie nadal pisze teksty, z którymi długoletni fani mogą nadal się identyfikować. Mało, kto potrafi w tak udany sposób połączyć smutek z chęcią do tańca, jak Paramore na ich nowej płycie.

  • Inga Śmigielska

    Zaczynając do początku uważam, że Hard Times to bardzo dobry wybór na piosenkę promującą cały album. Jest chwytliwa, słuchając jej chce się tańczyć i myślę, że mogłaby być hitem radiowym. Spodobała się nawet moim współlokatorkom. Moimi ulubionymi utworami są 26, Tell Me How, Fake Happy oraz Idle Worship. Jeśli chodzi o 26 to mam tak samo jak Ty, kocham połączenie instrumentów smyczkowych z popem lub rockiem, więc spodobała mi się od razu. Cieszę się, że jest jedna piosenka, o powrocie Zaca i że zaśpiewał razem z Hayley. Najmniej podobają mi się Caught In The Middle oraz Forgiveness. Na początku tak nie myślałam, ale po kilku przesłuchaniach płyty zaczęłam pomijać te piosenki. Totalnym zaskoczeniem jest dla mnie No Friend, ale oczywiście pozytywnym. Choć może nie jest to piosenka, którą będę słuchać na spacerze czy w drodze na uczelnie, ale jestem bardzo zadowolona, że znalazła się na płycie. Żałuję tylko, że wokal nie jest trochę bardziej wyeksponowany. Jestem bardzo ciekawa czy wykonają No Friend razem z Aaronem na żywo. Teksty na płycie są bardzo prawdziwe i otwierają ludziom oczy, że członkowie zespołu zawsze muszą być mili i uśmiechnięci, bo taka jest ich praca. Podobają mi się odwołania w tekstach do starych piosenek. Połączenia radosnej muzyki ze smutnym tekstem sprawiają, że nie wiem czy mam tańczyć czy płakać. Jedno co wiem na pewno to, że ta trójka jest strasznie utalentowana. Nie mogę się doczekać koncertów, bo z piosenkami Paramore mam tak, że prawie wszystkie bardziej lubię w wersji koncertowej niż w wersji studyjnej.

    • Po pierwszych 30 sekundach Forgiveness pomyślałam: dobre! A potem im dalej w las, tym mi się mniej podobała.

  • Agata Szczepańska

    Powinnam chyba zacząć od tego, że „After Laughter” mnie zaskoczył. Tak pozytywnie. Już od czasu premiery „Hard Times” wiedziałam, że to jest inne brzmienie niż w przypadku ich poprzedniej płyty. Mimo, że nie jestem wielką fanką lekkich brzmień, to tekst piosenki przykuł moją uwagę. Zauważyłam tą rozbieżność między akompaniamentem, a tym, o czym śpiewa Hayley. Po kolejnym singlu, „Told You So”, który okazał się być moim najmniej ulubionym kawałkiem na całej płycie, ale to wcale nie znaczy, że uważam, iż jest zły, przyszedł czas na cały album. Czekałam cierpliwie do piątku, by go posłuchać, pomimo, iż w sieci krążyły już wycieki i inni fani zachwalali różne piosenki na stronach społecznościowych.
    Gdy w końcu zasiadłam, by posłuchać „After Laughter” byłam w lekkim szoku. „Hard Times” i „Told You So” do końca nie przygotowały mnie chyba jednak na nowe brzmienie Paramore. Słuchając tego albumu miałam wrażenie, że znajduję się gdzieś blisko plaży, a na horyzoncie widzę zbliżający się zachód słońca. Tylko, że czuję się złamana, przygnębiona i rozgoryczona. Takie właśnie są skojarzenia przychodzące mi do głowy, gdy myślę o muzyce i tekście piosenek na tym krążku. Przy pierwszym odsłuchaniu z nóg zbiło mnie najbardziej „26”. Była to taka pierwsza przerwa od szybkiego tempa innych kawałków i od razu przykuła moją uwagę, a gdy wsłuchałam się w tekst, poczułam się naprawdę wzruszona. Zdawałoby się, że to takie połączenie „Misguided Ghosts” i „Last Hope” z poprzednich albumów kapeli, ale nie da się tej piosenki zamknąć w takich wąskich ramach. Jest to coś naprawdę innego od wspomnianych ballad i na pewno coś oryginalnego. Smyczki na końcu piosenki przypominają mi stare filmy – baśni, w których młoda osoba czuje się zawiedziona otaczającą ją rzeczywistością. Trochę jak Dorotka z „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”. I taka jest ta piosenka. Hayley Williams śpiewa o nadziei, która jest czymś, czego warto się trzymać, mimo, że czasami może się wydawać, że cały świat jest przeciwko tobie. Nawet bliskie osoby. I tak właśnie można przejść do podobnych tematów poruszanych często na płycie przez Hayley i Taylora Yorka, którzy napisali wspólnie większość piosenek. Bardzo często w piosenkach pojawia się temat zdrady czy szukania przebaczenia. Z całą pewnością są o tym „Forgiveness” i „Pool”, z których bardzo cenię sobie tą drugą piosenkę i która stała się jedną z moich ulubionych. Aranżacja muzyczna w zwrotkach tej piosenki jest prześwietna. Taylor z pewnością rozwinął swój muzyczny talent przez ostatnie kilka lat i widać, że lubi eksperymentować z różnymi instrumentami, co bardzo dobrze mu wychodzi. Innymi kawałkami, które zaskarbiły sobie moją wielką sympatię są „Rose-Colored Boy” i „Fake Happy”. Obydwie brawurowo opowiadają o przygnębieniu, które trudno zamaskować przed resztą świata i zirytowaniu postawą ludzi, którzy są przesadnie szczęśliwi i szerzący pozytywne hasła, gdy człowiek ma wystarczająco dużo powodów, by mieć wszystkiego dosyć. „No Friend” jest utworem, który najbardziej odstaje od reszty i jest czymś zupełnie nowym w dorobku zespołu. Kolaboracja z Aaronem Weissem może wielu osobom się nie podobać, ale mi przypadła do gustu. Zwłaszcza, że w tekście piosenki występuje wiele aluzji do dawnych piosenek Paramore i w pewien sposób odzwierciedla ich burzliwą historię, jako kapeli. Ostatnia linijka „If nothing comes of it, then just know we are grateful” zdaje się mówić, iż nawet, jeśli płyta zawiedzie pewnych fanów, to członkowie Paramore są nadal wdzięczni za wsparcie okazane im przez wszystkie lata ich działalności i, które pozwoliło im dojść tak daleko. Zamykający kawałek „Tell Me How” jest kolejną z moich ulubionych piosenek, obok „26”, „Pool”, „Fake Happy” i „Rose-Colored Boy”. Jestem całkiem pewna, że jest to piosenka zaadresowana do byłego basisty zespołu, Jeremy’ego Davisa. Hayley śpiewa o tym, że nie czuje nienawiści do dawnego przyjaciela, pomimo, iż on prawdopodobnie odczuwa takie negatywne emocje, myśląc o niej. Jest to bardzo intymny i smutny utwór, który przypomina o sporze prawnym pomiędzy Davisem i zespołem oraz niesmaku, który pozostał po całej tej sytuacji. W pewien sposób też wyraża nikłą nadzieję, że może kiedyś, tak jak stało się to w przypadku perkusisty Zaca Farro, który powrócił do zespołu po latach, dawny przyjaciel przestanie być jedynie kolejnym nieznajomym.
    Tak jak wspomniałam, osobiście najmniej podoba mi się „Told You So”, a także „Grudges”, choć ta druga piosenka nadal wypełnia mnie ciepłem, gdy myślę o jej kontekście – odnowionej przyjaźni między Yorkiem i Williams a Zaciem Farro. Następnym razem chciałabym usłyszeć jeszcze więcej Zaca, który udzielił swojego wokalu w opisanej przeze mnie piosence.
    Podsumowując, „After Laughter” to świetny album należący już bardziej do gatunku new wave niż pop-punk i szczerze mówiąc, cieszy mnie to, że ten zespół rozwija się w takim kierunku, jaki im pasuje, a równocześnie nadal pisze teksty, z którymi długoletni fani mogą nadal się identyfikować. Mało, kto potrafi w tak udany sposób połączyć smutek z chęcią do tańca, jak Paramore na ich nowej płycie.

  • Agata Szczepańska

    Gdy w końcu zasiadłam, by posłuchać „After Laughter” byłam w lekkim szoku. „Hard Times” i „Told You So” do końca nie przygotowały mnie chyba jednak na nowe brzmienie Paramore. Słuchając tego albumu miałam wrażenie, że znajduję się gdzieś blisko plaży, a na horyzoncie widzę zbliżający się zachód słońca. Tylko, że czuję się złamana, przygnębiona i rozgoryczona. Takie właśnie są skojarzenia przychodzące mi do głowy, gdy myślę o muzyce i tekście piosenek na tym krążku. Przy pierwszym odsłuchaniu z nóg zbiło mnie najbardziej „26”. Była to taka pierwsza przerwa od szybkiego tempa innych kawałków i od razu przykuła moją uwagę, a gdy wsłuchałam się w tekst, poczułam się naprawdę wzruszona. Zdawałoby się, że to takie połączenie „Misguided Ghosts” i „Last Hope” z poprzednich albumów kapeli, ale nie da się tej piosenki zamknąć w takich wąskich ramach. Jest to coś naprawdę innego od wspomnianych ballad i na pewno coś oryginalnego. Smyczki na końcu są cudowne. Bardzo często w piosenkach pojawia się temat zdrady czy szukania przebaczenia. Z całą pewnością są o tym „Forgiveness” i „Pool”, z których bardzo cenię sobie tą drugą piosenkę i która stała się jedną z moich ulubionych. Aranżacja muzyczna w zwrotkach tej piosenki jest prześwietna. Taylor z pewnością rozwinął swój muzyczny talent przez ostatnie kilka lat i widać, że lubi eksperymentować z różnymi instrumentami, co bardzo dobrze mu wychodzi. Innymi kawałkami, które zaskarbiły sobie moją wielką sympatię są „Rose-Colored Boy” i „Fake Happy”. Obydwie brawurowo opowiadają o przygnębieniu, które trudno zamaskować przed resztą świata i zirytowaniu postawą ludzi, którzy są przesadnie szczęśliwi i szerzący pozytywne hasła, gdy człowiek ma wystarczająco dużo powodów, by mieć wszystkiego dosyć. Bardzo się z tym identyfikuję. „No Friend” jest utworem, który najbardziej odstaje od reszty i jest czymś zupełnie nowym w dorobku zespołu. Kolaboracja z Aaronem Weissem może wielu osobom się nie podobać, ale mi przypadła do gustu. Zwłaszcza, że w tekście piosenki występuje wiele aluzji do dawnych piosenek Paramore i w pewien sposób odzwierciedla ich burzliwą historię, jako kapeli. Zamykający kawałek „Tell Me How” jest kolejną z moich ulubionych piosenek, obok „26”, „Pool”, „Fake Happy” i „Rose-Colored Boy”. Jestem całkiem pewna, że jest to piosenka zaadresowana do byłego basisty zespołu, Jeremy’ego Davisa. Muszę przyznać, że wzrusza mnie ten utwór ponad miarę.
    Tak jak wspomniałam, osobiście najmniej podoba mi się „Told You So”, a także „Grudges”, choć ta druga piosenka nadal wypełnia mnie ciepłem, gdy myślę o jej kontekście – odnowionej przyjaźni między Yorkiem i Williams a Zaciem Farro. Następnym razem chciałabym usłyszeć jeszcze więcej Zaca, który udzielił swojego wokalu w opisanej przeze mnie piosence.
    Według mnie „After Laughter” to świetny album należący już bardziej do gatunku new wave niż pop-punk i szczerze mówiąc, cieszy mnie to, że ten zespół rozwija się w takim kierunku, jaki im pasuje, a równocześnie nadal pisze teksty, z którymi długoletni fani mogą nadal się identyfikować. Mało, kto potrafi w tak udany sposób połączyć smutek z chęcią do tańca, jak Paramore na ich nowej płycie. Dałabym tej płycie takie solidne 8/10.

    • Haha tak!! Kot też mi mówił, że ta plyta ma taki wakacyjny flow. Coś w tym jest i mi sie wydaje, że to próbował opisać Taylor, ale mu nie wyszło i ludzie dość niefortunnie zrozumieli „no more headbanging” 😀

  • Magdalena Lewandowska

    After laughter niezaprzeczalnie wyróżnia się na tle dotychczasowej dyskografii paramore. Nowe aranżacje są wzbogacone o instrumenty, syntezatory do tej pory niewykorzystywane przez zespół oraz o eksperymenty z dźwiękiem.
    Kiedy jeszcze przed premierą całego albumu zobaczyłam okładkę płyty-różową, ozdobioną różnymi nieregularnymi formami, pomyślałam, że może pomimo odejścia Jeremy’ego album będzie jednak lekki, ukazujący świat szczęśliwej mężatki, do której zespołu powrócił przyjaciel sprzed lat- Zac. Nic bardziej mylnego. Piąty krążek paramore przepełniony jest ironią, smutkiem, zwątpieniem, a nawet rezygnacją. Dla podkreślenia swojego obecnego stanu ducha wokalistka przefarbowała swoje ognisto-rude włosy na jasny blond dając wszystkim do zrozumienia, że poprzez wiele doświadczeń utraciła sporą ilość energii, którą do tej pory zarażała wszystkich na koncertach.
    After laughter otwiera utwór Hard Times, który stał się pierwszym promocyjnym singlem tego wydawnictwa. Pokazał on w jakim kierunku zmierza zespół i czego można spodziewać się na płycie. Nie można powiedzieć, że mnie rozczarował, lecz wywołał wiele sprzecznych uczuć, a co za tym idzie polubiłam ten utwór po kilkunastokrotnym przesłuchaniu. Po udostępnieniu teledysku do drugiego singla (Told you so) zrozumiałam, że wraz z wiekiem muzyków zmienił się ich styl i na próżno doszukiwać się brzmień typowych np. dla brand new eyes, należy otworzyć się na nowe brzmienia prezentowane przez Hayley i chłopaków.
    Jeśli chodzi o najmocniejsze strony płyty są to dla mnie bezapelacyjnie utwory: Tell me how, Idle worship, 26 oraz Fake happy. Bije od nich niesamowita szczerość, można odnieść wrażenie, że żadne słowo w tekście nie znalazło się w nim przez przypadek. Kompozycje są w pełni przemyślane i odwzorowują konkretne nastroje członków zespołu. a co więcej wywołują ogrom emocji u słuchającego. Dziewiąty utwór na płycie -Cought in the middle- wyróżnia i jednocześnie ratuje charakterystyczny refren, który ma ochotę nucić się dalej po zakończeniu piosenki.
    Forgivness i Rose-colored boy w pewnym sensie uzupełniają album ale zdecydowanie nie tworzą jego filarów. Po dzień dzisiejszy nie mogę przekonać się do Pool oraz Grudges. Uważam, że utwory te nie wnoszą za wiele do After Laughter, a oprócz tego po wyłączeniu płyty nie jestem w stanie przypomnieć sobie ich melodii (ale to nie oznacza, że nie dostaną ode mnie w przyszłości drugiej szansy!).
    Na wyróżnienie zasługuje też No Friend- pierwszy jak do tej pory utwór w którym to nie Hayley użycza swojego głosu. W moim odczuciu ma on dość psychodeliczny wydźwięk, słowa nie są melodycznie wyśpiewane, lecz wyrzucane z gardła wokalisty, przepełnione emocjami, które do tej pory były prawdopodobnie tłumione.
    Gdybym miała określić płytę After Laughter jednym słowem byłoby to słowo: ZMIANY.
    Nie da się stwierdzić czy na lepsze, ale na pewno bardzo potrzebne zespołowi.
    Ciężko też stwierdzić, które miejsce należy się AL w ogólnej klasyfikacji płyt paramore, lecz biorąc pod uwagę wyłącznie warstwę liryczną nie do do końca pewnie ale przyznaję miejsce pierwsze.
    Kończąc dodam, że nie mogę się doczekać wszystkich utworów w wersji live, które będzie mi dane usłyszeć latem w Berlinie, a tymczasem wracam do słuchania płyty 🙂

  • Rafał Romejko

    Od roku 2013 muzyka Paramore to dla mnie trudna miłość. Na początku self- titled nie zachwyciło mnie wcale. Jedynie Now było dla mnie było jako tako fajnym utworem z super przesłaniem. Podobnie miałem teraz. W hard times zakochałem się od razu. Przysięgam, że popłakałem się gdy usłyszałem tę piosenkę. Ostatnie dwa lata to był dla mnie bardzo ciężki okres. Wiadomo matura, dom i praca nie zostawiały na mnie suchej nitki. Hard Times było dla mnie odskocznią. Było tak wielką odskocznią, że przypaliłem biszkopt na tort dla ważnej dla mnie osoby, ale z mocą udało się go uratować haha. Potem nadeszła euforia. Hard Times słuchałem dzień i noc (dosłownie bo nawet w nocy miałem włączone spotify z zapętlonym hard times na wyciszeniu). W dniu premiery zamówiłem płytę przesłuchałem całą. Musiałem się na tym poważnie skupić. Nie mogło do mnie dotrzeć, że muzyka, która jest tak wesoła kontrastuje z tak depresyjnym i smutnym tekstem. Dotarło do mnie wtedy, że Paramore dorosło. Mógłbym to powiedzieć o self-titled z 2013 roku, ale teraz zmieniam zdanie. Paramore dorosło, a wraz z nim ja. To co mnie uderza to mała ilość utworów. Nie jest to jednak wada, aczkolwiek ta płyta jest tak dobra, że potrzebowałbym z 5 piosenek dodatkowo, żeby czuć się zaspokojonym haha. Wielu ludzi narzeka na brzmienie. Że to pop pod publikę. Dla mnie Paramore zmienia swoje brzmienie podobnie jak ja swój gust muzyczny. Zakochałem się w instrumentach smyczkowych słyszalnych na płycie. Moim zdaniem ta płyta jest doskonale przekazanym wnętrzem tego zespołu. Pokazuje, że życie nie jest cukierkową krainą. Czasem trzeba popłakać bo nasza dusza by zwariowała. Melodie sprawiają jednak, optymizm przeważa nad pesymizmem. Moim ulubionymi utworami z płyty są: Hard Times, Idle Worship i 26. Bardzo chciałbym usłyszeć je na żywo. Jeszcze jedną rzeczą którą chciałbym się podzielić jest fakt, że bardzo mną ten album wstrząsnął i jedyne o czym teraz marzę to przytulić Hayley, Zaca i Taylora z osobna. Dlatego, że cierpieli. Dlatego, że walczyli. Dlatego, że nauczyli mnie walczyć. Dlatego, że są po prostu ludźmi.

    Ale kończąc ten depresyjny wywód, chciałbym się podzielić tym, że moimi ulubionymi utworami są: Hard Times, Fake Happy, Idle Worship i 26, a ich usłyszenie na żywo będzie spełnionym malutkim marzeniem 🙂

    • tym, którzy doszukali się w Paramore zagrań pod publikę dopiero w 2017 roku pytam – gdzieście byli, gdy Paramore nagrali „Decode,” wydali „brand new eyes” a to „decode” pociągnęło całą promocję i sprzedaż albumu?

      • Rafał Romejko

        A kto sie doszukuje zagrań pod publikę haha, a nawet jesli to robią to dla mnie jak najbardziej na plus ^^

        • to jest zupełnie normalne, że zespoły rosną w siłę i w popularność. ale niebyt normalne jest ogólne przekonanie, że popowe dźwięki to najwyższa komercyjna półka. nie w dzisiejszych czasach. pop to nie jest już tylko Britney, Spice Girls i Take That. Teraz, wbrew dziwnym przekonaniom, więcej szumu jest wokół tzw. artystów alternatywnych. W każdym razie jeśli chodzi o Paramore – gdyby wydali album, którego nie napisali, który kupili od znanych producentów i tekściarzy, zaczęłabym się o nich bardzo poważnie martwić. Na razie nie ma o co.

  • Magdalena Lewandowska

    After laughter niezaprzeczalnie wyróżnia się na tle dotychczasowej dyskografii paramore. Nowe aranżacje są wzbogacone o instrumenty, syntezatory do tej pory niewykorzystywane przez zespół oraz o eksperymenty z dźwiękiem.
    Kiedy jeszcze przed premierą całego albumu zobaczyłam okładkę płyty-różową, ozdobioną różnymi nieregularnymi formami, pomyślałam, że może pomimo odejścia Jeremy’ego album będzie jednak lekki, ukazujący świat szczęśliwej mężatki, do której zespołu powrócił przyjaciel sprzed lat- Zac. Nic bardziej mylnego. Piąty krążek paramore przepełniony jest ironią, smutkiem, zwątpieniem, a nawet rezygnacją. Dla podkreślenia swojego obecnego stanu ducha wokalistka przefarbowała swoje ognisto-rude włosy na jasny blond dając wszystkim do zrozumienia, że poprzez wiele doświadczeń utraciła sporą ilość energii, którą do tej pory zarażała wszystkich na koncertach.
    After laughter otwiera utwór Hard Times, który stał się pierwszym promocyjnym singlem tego wydawnictwa. Pokazał on w jakim kierunku zmierza zespół i czego można spodziewać się na płycie. Nie można powiedzieć, że mnie rozczarował, lecz wywołał wiele sprzecznych uczuć, a co za tym idzie polubiłam ten utwór po kilkunastokrotnym przesłuchaniu. Po udostępnieniu teledysku do drugiego singla (Told you so) zrozumiałam, że wraz z wiekiem muzyków zmienił się ich styl i na próżno doszukiwać się brzmień typowych np. dla brand new eyes, należy otworzyć się na nowe brzmienia prezentowane przez Hayley i chłopaków.
    Jeśli chodzi o najmocniejsze strony płyty są to dla mnie bezapelacyjnie utwory: Tell me how, Idle worship, 26 oraz Fake happy. Bije od nich niesamowita szczerość, można odnieść wrażenie, że żadne słowo w tekście nie znalazło się w nim przez przypadek. Kompozycje są w pełni przemyślane i odwzorowują konkretne nastroje członków zespołu. a co więcej wywołują ogrom emocji u słuchającego. Dziewiąty utwór na płycie -Cought in the middle- wyróżnia i jednocześnie ratuje charakterystyczny refren, który ma ochotę nucić się dalej po zakończeniu piosenki.
    Forgivness i Rose-colored boy w pewnym sensie uzupełniają album ale zdecydowanie nie tworzą jego filarów. Po dzień dzisiejszy nie mogę przekonać się do Pool oraz Grudges. Uważam, że utwory te nie wnoszą za wiele do After Laughter, a oprócz tego po wyłączeniu płyty nie jestem w stanie przypomnieć sobie ich melodii (ale to nie oznacza, że nie dostaną ode mnie w przyszłości drugiej szansy!).
    Na wyróżnienie zasługuje też No Friend- pierwszy jak do tej pory utwór w którym to nie Hayley użycza swojego głosu. W moim odczuciu ma on dość psychodeliczny wydźwięk, słowa nie są melodycznie wyśpiewane, lecz wyrzucane z gardła wokalisty, przepełnione emocjami, które do tej pory były prawdopodobnie tłumione.
    Gdybym miała określić płytę After Laughter jednym słowem byłoby to słowo: ZMIANY.
    Nie da się stwierdzić czy na lepsze, ale na pewno bardzo potrzebne zespołowi.
    Ciężko też stwierdzić, które miejsce należy się AL w ogólnej klasyfikacji płyt paramore, lecz biorąc pod uwagę wyłącznie warstwę liryczną nie do do końca pewnie ale przyznaję miejsce pierwsze.
    Kończąc dodam, że nie mogę się doczekać wszystkich utworów w wersji live, które będzie mi dane usłyszeć latem w Berlinie, a tymczasem wracam do słuchania płyty 🙂

  • Ja w ogóle myślę, że dopiero koncertowe wersje do mnie bardziej przemówią. To chyba najtrudniejsza płyta Paramore – nie chodzi mi zupełnie o teksty, ale o całokształt – teksty + muzykę.