Dzisiaj wszystko pachnie, jak ostatnie dni wakacji, bo to są ostatnie chwile wakacji! Październik kojarzy mi się raczej z masowymi premierami muzycznymi, świetnymi filmami w kinach i powrotem ulubionych seriali, ale równocześnie z tą myślą pojawia się druga: trudno będzie znaleźć na wszystko czas w natłoku obowiązków. Już jutro pierwsze zajęcia na uczelni. Dla kogo to będzie pierwszy raz? Pierwszaku – wystąp. I wrzuć na luz. Koniecznie!

Dużo opowiada się o pięknie studiowania, najlepszych latach w życiu i niezależności, jaka wynika z wyprowadzki z rodzinnego domu. Studiowanie kojarzy się właśnie tak i sporo jest w tym racji. Tylko, jak przetrwać pierwsze dni na uczelni? Co robić, a czego nie? Ile doświadczeń, tyle rad. Moje są dziecinnie proste i… podstawowe.

1. Kup sobie kalendarz

Już w liceum nie wyobrażałam sobie planowania tygodnia i nadchodzących tygodni bez kalendarza. O większych sprawach zawsze, jakoś łatwiej jest pamiętać, ale pozostają jeszcze te mniejsze pierdołki, którymi też trzeba się zająć. Mam tutaj na myśli odbieranie z punktu ksero materiałów na zajęcia, wypożyczenie bądź oddawanie książek, podbijanie legitymacji, czy wreszcie nowe terminy odwołanych zajęć. Kalendarz pomaga nad tym zapanować. I nie zwariować.

Jaki jest najlepszy? Nieelektroniczny. Im mniej wypasiony, tym lepszy. Im lżejszy, tym lepszy. Im więcej ma miejsca do pisania, tym lepiej. Im bardziej przejrzystą grafikę stron ma, tym wygodniej.

Unikam grubych, dużych kalendarzy i małych, zbyt małych, gdzie miejsca na treści jest zdecydowanie za mało. Nie lubię też kalendarzy, w których zbyt dużą wagę przywiązuje się do wpisywania świąt, imienin, ważnych rocznic i ozdabianie rogów obrazkami. W codziennym użytkowaniu to wszystko naprawdę jest zbędne, a żaden kalendarz nie uwzględnia dat urodzin najbliższych, czy naszych prywatnych świąt.

2. Nie kupuj zeszytów do wszystkich zajęć

Czasami oglądam ładnie zdjęcia z blogów, których autorzy pokazują tzw. back to school haul, czyli swoją szkolną wyprawkę. W zależności od wieku wygląda ona inaczej, co jest oczywiście w pełni zrozumiałe, ale gdy już trafiam na bloga kogoś, kto pisze, że zaraz zaczyna pierwszy rok studiów mam ochotę napisać: nie potrzebujesz zeszytu do każdego przedmiotu. Na studiach nikt już nie kontroluje, co notujesz, jak notujesz i czy w ogóle cokolwiek notujesz. Wielu studentów już dawno przerzuciło się na laptopy i równie wielu wykładowców nie ma z tym żadnego problemu.

Osobny zeszyt do każdych zajęć jest najzwyczajniej w świecie niepraktyczny. Trzeba je wszystkie nosić, a zeszyty z natury są ciężkie (nawet te w miękkich oprawach), w dodatku nie masz pewności, czy w ogóle cokolwiek zapiszesz, bo może akurat na tych zajęciach będziecie dyskutować lub pracować na materiałach od prowadzącego?

Ja wolę pisać na kartkach A4, takich pełniących domyślnie rolę wkładów do segregatora. Zawsze noszę ich odpowiednio więcej, żeby przypadkiem nie zabrakło mi, gdy już przyjdzie do masowego pisania, ale dzięki nim w połowie semestru mogę połowę zostawić w domu i zabrać ze sobą tylko notatki z trzech, czterech ostatnich wykładów. Wiem, że niektórzy preferują jeden zeszyt do wszystkich lub kilku zajęć. Dla mnie to jest rozwiązanie niepraktycznie, bo trudno byłoby mi się z takiego zeszytu uczyć.

3. Nie wypożyczaj wszystkich obowiązkowych książek z biblioteki

Tradycją stało się już moje obserwowanie tłumów biegnących na początku października do biblioteki po książki, których tytuły znajdują się na liście pozycji obowiązkowych do przeczytania. Po kilkunastu tygodniach, również tradycyjnie, oglądam podobne tłumy zwracające te książki. Oczywiście nie przeczytane, bo takiej potrzeby jeszcze nie poczuli.

Zostaw wypożyczenie książki na moment, w którym wiesz, że będzie Ci potrzebna. A to stanie się albo przed zajęciami z danego tematu, albo dopiero przed kolokwium, czy końcowym zaliczeniem. Biblioteki raczej nie pozwalają trzymać w domu książki przez cały semestr, więc wypożyczając ją w październiku z myślą o styczniu postępujesz nielogicznie. A tłumaczenie, że później jej nie dostaniesz też nie ma sensu, bo skoro będzie ją trzeba za miesiąc zwrócić to problem wciąż nie jest rozwiązany.

4. Poznaj ludzi z roczników wyżej

Porada godna introwertyka. Znajomości przydają się wszędzie, a w tym przypadku chodzi po prostu o to, żeby mieć kolegów, którzy poradzą Ci, jak odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Gdzie zjeść obiad, gdzie najtaniej skserować notatki lub potrzebne na zajęcia materiały, dokąd wybrać się na praktyki albo który akademik ma najwyższy standard i z którego najszybciej dojechać na uczelnię.

To jest pomocne, gdy studiujesz w obcym mieście i nie masz w nim przyjaciół albo rodziny, która zawsze Ci pomoże. A z takich koleżeńskich znajomości wynikają też inne korzyści… Towarzyskie.

5. Daj się poznać z dobrej strony

Bądź sobą i wyluzuj. Nie zgrywaj ważniaka, twardziela albo cwaniaka. Nowe środowisko bardzo szybko Cię zweryfikuje, a na starcie nie potrzebujesz falstartu. Chociaż w teorii znajomi z roku są Twoją konkurencją na rynku pracy, to w praktyce przez najbliższe lata gracie do tej samej bramki.

Łączy Was plan zajęć, grupa ćwiczeniowa, wykładowcy i wspólne projekty, od których na większości kierunków studiów nie da się uciec. Z niektórymi osobami zaprzyjaźnisz się na lata, z innymi pewnie nigdy nie zamienisz nawet słowa, ale lepiej nie robić sobie wrogów.

Rada banalna, ale dla wielu osób bardzo trudna do wprowadzenia w życie, bo samodzielność i wolność często idzie w parze z próbą sprawdzenia w praktyce, jak wygląda ta strona mnie, której do tej pory nie było okazji przetestować. Z boku to zawsze wygląda komicznie.

6. Sprawdź, jak wygląda wykładowca

Po co? Żeby przypadkiem nie obgadywać go, gdy stoi tuż za Tobą. Na wszelki wypadek sprawdź też, jak się nazywa i czy zupełnie przypadkowo nie rozmawiasz o nim z kimś z jego rodziny. Świat jest mały i łatwo strzelić sobie samobója.

Trochę się już w życiu nasłuchałam historii o tym, jak to Basia opowiadała Kasi, jaki Pan Miecio jest nieprzyjemny, niemiły i gburowaty podczas gdy Pan Miecio przechadzał się 10 metrów dalej. Lub odwrotnie, jak to Kasia opowiadała Basi, jaki Pan Artur jest przystojny i czarujący, gdy ten akurat otwierał drzwi do sali, w której Kasia z Basią mają zajęcia. Przezorny zawsze ubezpieczony, a nie każdy ma tą maleńką dawkę zrozumienia dla Pierwszaka.

Relax & take it easy

Podobne Posty