Lubię historie, zwłaszcza od XIX wieku, lubię produkcje historyczne i takie z historią w tle. Najczęściej uważnie wybieram to, co oglądam, ale czasami wybiorę się na film, po którym nie spodziewam się wiele. W tym przypadku miałam zdecydowanie większe oczekiwania niż należało, a wychodząc z sali kinowej towarzyszyła mi jedna myśl: byłby z tego dobry serial. Film Piłsudski to zmarnowana okazja na ciekawe, inspirujące pokazanie niebywale barwnej postaci i bardzo ważnego okresu w historii Polski. Borys Szyc jako Józef Piłsudski to natomiast świetny przykład na to, że nawet jeśli aktor włoży w rolę naprawdę dużo pracy, nie uratuje kiepskiego scenariusza.

Szczerze szkoda jest mi Borysa Szyca, bo bardzo możliwe, że zagrał jedną z najbardziej wymagających ról w swoim życiu. Doskonale się do niej przygotował, czego najlepszym dowodem jest fakt, że sposób, w jaki mówił w Piłsudskim zupełnie nie przypomina Szyca, którego znam. A w kilku filmach go już widziałam. Wykonał naprawdę dobrą robotę, odciął się od charakterystycznego dla siebie aktorstwa, miał świetną charakteryzację, ale raczej morza nagród nie dostanie. I to zupełnie nie z własnej winy, choć można powiedzieć, że z własnej, bo przecież przeczytał scenariusz, a mimo to przyjął rolę. Cóż, nie codziennie ma się okazję zagrać Marszałka.

Jest rok 1901. Józef Piłsudski „Ziuk” (Borys Szyc) po brawurowej ucieczce ze szpitala psychiatrycznego ponownie staje na czele polskiego podziemia niepodległościowego. Nieugięty na polu walki, w życiu prywatnym poddaje się namiętności, rozdarty między dwiema kobietami – żoną (Magdalena Boczarska) i kochanką (Maria Dębska). Przez zachowawczych członków Polskiej Partii Socjalistycznej uważany za terrorystę, Piłsudski wraz z najbliższymi współpracownikami nie cofnie się przed niczym by osiągnąć swój cel: niepodległą Polskę. Zbliża się rok 1914 i „Ziuk” widzi nowe szanse na realizację niemożliwego. „Piłsudski” to kino awanturnicze, płomienny romans, historia Marszałka, jakiej dotąd nie znano. – opis dystrybutora

Jak zmarnować okazję do stworzenia porywającego i pasjonującego filmu? Pisząc scenariusz będący zlepkiem wydarzeń z kilku lat. Tworząc film przypominający bardziej kronikę filmową z kadrami wyrwanymi z kliszy fotograficznej niż film, w którym toczy się akcja. Józef Piłsudski był osobą, o której można powiedzieć „barwna postać”. To też taka postać, z której decyzjami jedni się zgadzają, a inni do dziś je kwestionują. Postać ważna dla historii Polski, postać bardzo kontrowersyjna, a więc taka, której życie trudno jest zamknąć w 2-godzinnym filmie.

Michał Rosa, scenarzysta i reżyser Piłsudskiego, podjął się tego zadania. Do współpracy zaprosił m.in. Borsa Szyca, Magdalenę Boczarską, Marię Dębską, Elizę Rycembel, Tomasza Schuchardta i Józefa Pawłowskiego. To nazwiska, które polskiej kinematografii nie są obce. Niestety, o czym pisałam już w nie jednej recenzji, czasami nawet najlepsza grupa aktorów nie stworzy z filmu arcydzieła, jeśli gra na złym scenariuszu.

Film Piłsudski to z jednej strony świetnie wizualnie zrealizowany film, z doskonale dobranymi strojami do epoki, udaną charakteryzacją i pięknymi krajobrazami. Z drugiej strony to produkcja, w której brakuje akcji. Najpierw poznajemy Marszałka w szpitalu psychiatrycznym, ledwo stojącego na nogach. Chwilę później jest już w ramionach żony, potem biega z pistoletem, a jeszcze później spędza miłe chwile z kochaną, Aleksandrą, później drugą żoną.

Kobiety w życiu Marszałka też nie były postaciami bezbarwnymi, choć w tym filmie nie udało się tego uchwycić. Maria Dębska, grająca Aleksandrę, miała zdecydowanie większą szansę na pokazanie, jak interesującą postacią była późniejsza żona Marszałka. Magdalena Boczarska, grająca Marię Piłsudską, takiej szansy nie miała. I o ile wiem, że Piłsudski miał opowiadać o Marszałku, a nie jego kobietach, o tyle postaci drugoplanowe są ważne, a w tym filmie nawet one znikały.

Z czym kojarzą się filmy osadzone w czasach walki zbrojnej? Ano z walką właśnie. Piłsudski to przykład filmu, w którym każda walka jest iluzoryczna. Nie chodzi o to, że Marszałek i Legiony Polskie nie walczyli – w rzeczywistości tak, ale w filmie ich walki były krótkie, urwane, jedynie zasygnalizowane. Rosa miał pewien pomysł na ten film i ten pomysł, co zresztą już zrobiłam, nazwałabym chęcią stworzenia kroniki. Możliwie, jak najbardziej treściwej, ale bardzo niedopowiedzianej. Film podzielił więc na kilka części, każda pokrótce opowiadająca o jakimś wydarzeniu w roku. Głównie, co chyba oczywiste, najpierw było planowanie walki, a później pokazanie, że się odbyła i jaki był jej skutek.

Trudno się wciągnąć w ten film. Trudno nawet poczuć, że Marszałek był tak ważną postacią. Na pewno można poczuć, że miał charyzmę, lubił przewodzić, podobał się kobietom i miał swoje zdanie, którego zmienić nie chciał. Szkoda tylko, że piosenka promująca film przewidziała, że to nie miało prawa się udać… Scenariusz, który napisał Rosa byłby dobrym wstępem do pracy nad kilku godzinnym serialem o Piłsudskim. Taki serial dałby możliwość rozwinięcia wątków, które na to zasługują, a w filmie zostały potraktowane po macoszemu. Michał Rosa ma na koncie fantastyczny, uwielbiany przeze mnie Czas honoru i w taką stronę powinien iść z Piłsudskim. Szkoda, że tak się nie stało. Oczami wyobraźni widzę świetny serial, przyciągający miliony widzów.

Na koniec jeszcze słowo o piosence To nie miało prawa się stać, utworze Organka i O.S.T.R., który promuje film i jednocześnie pojawia się na napisach końcowych. Pomijając fakt, że utwór muzycznie brzmi jak odrzut z prac nad hymnem Męskiego Grania, jestem chyba zbyt wrażliwa (i zbyt wyczulona) na przekleństwa. Nie rozumiem, jak można dać na napisach końcowych filmu, jednak o kultowej postaci i bardzo ważnym okresie historycznym, piosenkę, w której pada zdanie „chuj mnie obchodzi”. Bardzo zepsuło mi to i tak niezbyt pozytywne zdanie o produkcji.