Pewnego dnia zobaczyłam okładkę płyty. Był na niej blond chłopak, z papierosem w ustach, ubrany w skórzaną kurtkę. Takie niby nic, ale okładka była na swój sposób przyciągająca, prosta, ale bardzo wyróżniająca się w tłumie innych okładek. Pomyślałam, że fajnie. Tak inaczej. Później chciałam napisać, że bardzo mi się podoba płyta Revolving Door, ale jakoś się do napisania tych słów nie zebrałam. To właśnie o ten album, o jego okładkę chodziło. Wczoraj miałam okazuję posłuchać tej płyty na żywo.

Piotr Zioła zabrał swój zespół do Poznania. Koncert odbył się w małym, ale nie za małym klubie Blue Note, który doskonale znam. A że go znam to wiedziałam, że dla Piotrka, jego muzyki i charakteru Revolving Door będzie to idealne miejsce na koncert.

Plusem i minusem Blue Note jest jego akustyka. Klub jest długi i wąski, z wąską sceną, na której zawsze stoi pianino, którego najwidoczniej nie ma gdzie przestawić. Bez względu na to, czy zespół jest nagłośniony dobrze, czy źle zawsze wyraźnie słuchać publiczność. I właśnie tu leży plus pomieszany z minusem. Bo gdy chcemy pośpiewać, to chcemy żeby artysta-wokalista nas słyszał i czerpał z tego radość. Tylko, że artysta-muzyk słyszy też bardzo wyraźny szum, gdy rozmawiamy między sobą. Dla mnie to był największy i jedyny minus tego koncertu – potwornie było słychać, że ludzie gadają, nawet czasami było wyraźnie słychać, co mówią.

Łącznie ze zdaniami „jaki on uroczy!,” „świetny jest,” „o tej piosenki to ja nie znam,” „dalej, zagraj Podobnego!” Oczywiście akustyczny plus spodobał się Piotrowi i jego zespołowi, który był wyraźnie pozytywnie zaskoczony intensywnością wyśpiewywanych singli i ruchową aktywnością publiczności. Ot taki właśnie efekt niezbyt częstych wizyt w Poznaniu.

Innych minusów brak.

Koncert był dokładki taki, jak całe Revolving Door – momentami bardzo liryczny, momentami mocno żywiołowy. Nastroje się piękne przeplatały, a wszystko dopełniało fajne granie prosto z serducha. Radość z tego koncertu było naprawdę widać i to nie tylko w oczach rozochoconych nastolatek ustawionych w pierwszym rzędzie. W oczach, emocjach, grze muzyków też. Piękne są takie koncerty!

Debiutancki album Piotra trwa całe 45 minut. To jest niecała godzina dobrej muzyki, charakterystycznej, niecodziennej barwy głosu i momentami szorstkiego grania. Jak na debiutanta przystało koncert trzeba było magicznie wydłużyć. Jedni robią to muzyką, inni rozmowami między utworami. Piotr wybrał opcję pierwszą i jak wiadomo – najlepszą.

Były więc przedłużone partie instrumentalne i covery. Wszystko skrojone pod charakter Revolving Door tak bardzo, że coverów można było nie odróżnić od autorskich kompozycji. Wicked Game Chrisa Isaaka w wersji HIM skrzyżowanej z Piotrem Ziołą to było mistrzostwo! Wykonanie HIM jest chyba najpopularniejszą przeróbką tej piosenki, ale Zioła Team słuchało mi się o wiele przyjemniej i myślę, że wielu osobom wersja z głosem Piotra bardziej przypadłaby do gustu.

Wiadomo, że to, co działa najlepiej na koncertach to ograne przez stacje radiowe single. W nich każdy czuje się bezpiecznie. Ludzie świetnie się przy nich bawili, ale dla mnie najpiękniejsza była Amy. Piosenka bardzo emocjonalnej, która już na płycie daje niezły ładunek emocjonalny, a na żywo robi to ze zdwojoną siłą. Od razu przypomniało mi, jak Piotr pojawił się w jednym z programów typu talent-show i zaśpiewał Valerie Amy Winehouse.

Chłopak ma talent, charyzmę, bardzo fajny feeling na scenie, który udaje mu się pokazać nawet, gdy twierdzi, że jest zawstydzony. Bardzo lubię takie koncerty debiutantów z jedną płytą. Niby są na scenie od niedawna, niby każdy wybaczyłby im małe, a czasami duże, potknięcia, ale tu nie ma czego wybaczać. Jest fantastyczna barwa głosu, ciekawa, nienachalna radiowa muzyka. Czego chcesz więcej? Większych koncertów? Do tego nie jestem przekonana.