W 2018 roku aż kilkakrotnie można było podejmować próbę polubienia się z polskimi serialami kryminalnymi, thrillerami czy jak kto woli, obyczajowymi z wątkami kryminalnymi w tle. Do gry weszli dwaj nowi gracze – Showmax i Netflix, a stacja TVN zaprezentowała dwie swoje, krótkie propozycje. Do tego od lat skutecznie walczący o uwagę i przychylność widza, HBO i Canal+. Efektem jest osiem produkcji, kilkadziesiąt godzin polskiego aktorstwa i przynajmniej dwie ciekawe historie.

Zamiast pisać osiem tekstów, jeden o każdym serialu, zdecydowałam, że napiszę jeden o całej ósemce. No, z małym wyjątkiem, bo o Rojst był osobny, dość obszerny tekst. O Pułapce zresztą też. Ten jest zbiorem mini recenzji, raczej pozbawionym spoilerów.

Kruk. Szepty słychać po zmroku

Aż trudno mi uwierzyć, że ten serial zadebiutował w tym roku! Marzec wydaje mi się tak odległym miesiącem, że pewnie dlatego brzmi, jakby wydarzył się całe wieki temu. Tymczasem to właśnie od serialu Kruk. Szepty słychać po zmroku rozpoczęła się ta fascynująca przygoda z polskim serialem w 2018 roku. I jak na początek wcale nie było źle.

Podobał mi się klimat tego serialu, wizje głównego bohatera. Pomieszanie tego, co prawdziwe, z tym co urojone. Działanie napędzane zdarzeniami z przeszłości, mroczne sekrety mieszkańców. Niestety dość szybko udało mi się rozszyfrować scenariusz, więc z każdym kolejnym odcinkiem upewniałam się tylko w swoich domysłach. Frajdy z oglądania było więc mniej, ale w skali rocznej, to nadal jedna z ciekawszych produkcji, jakie wyszło spod polskiej ręki w tym roku.

Canal+, bo to ich serial, postawił sobie bardzo wysoko poprzeczkę i coraz trudniej jest mu zaskakiwać. Zastanawiam się też, czy w ogóle oczekuję od nich zaskoczeń czy może po prostu wystarczy mi, żeby nie schodzili poniżej pewnego poziomu, nie szli na łatwiznę?

Rojst

Pokładałam w tym serialu bardzo duże nadzieje, ale im bardziej wchodziłam w fabułę, tym większe rozczarowanie mi towarzyszyło. Obszerny tekst na jego temat opublikowałam tutaj.

Nielegalni

W Monthly trochę krytycznie wypowiedziałam się o tym serialu. Po obejrzeniu pierwszych odcinków miałam wrażenie, że to najmniej udana propozycja Canal+ od lat. Po obejrzeniu całego sezonu wciąż uważam, że Nielegalni zaniżyli statystyki stacji, która słynęła z dobrych i bardzo dobrych seriali, ale znalazłam też kilka plusów.

Ten serial nie jest zły. Jest po prostu inny od dotychczasowych propozycji stacji. Jest trochę jak wino – im bardziej poznajemy historię, tym bardziej się w nią wkręcamy. Czy w taki sposób powinien być zbudowany scenariusz dobrego serialu? Powiedziałabym, że nie, bo w czasach silnej konkurencji trzeba łapać widza od razu, a nie delikatnie i wolno zachęcać do pozostania przy odbiorniku.

Zakładam jednak, że Canal+ chciało stworzyć serial bardzo inny od tych, którymi zasłynął przez ostatnie lata. Podjęto ryzyko, powstał serial w kolaboracji, szpiegowski i z akcją dziejącą się w kilku krajach. Nie zachwyca i nie powala na kolana, ale zyskuje przy bliższym poznaniu.

Na pewno warto go oglądać dla Andrzeja Seweryna, który w 2018 roku przeżywa serialową młodość. Zagrał w dwóch produkcjach, każda inna, w każdej zrobił to świetnie. Szalenie miło ogląda się na małym ekranie cenionych polskich aktorów, którzy mają bogaty dorobek i nie mają trzydziestu lat. To zawsze mi uświadamia, że mamy w Polsce wielu aktorów, o których zapomnieliśmy.

Pułapka

Za ten serial będę biła TVNowi brawo. Przez lata czekałam, aż zdecydują się na konkretną kryminalną produkcję, a nie kolejny serial obyczajowy, którego akcja będzie się toczyła w mieszkaniach z katalogów i postaciach idealnie uszytych pod trendy z kolorowych magazynów dla pań. Co prawda martwi mnie, że ma powstać drugi sezon, bo obawiam się, że nie wpłynie to dobrze na odbiór pierwszego, ale na razie skupiam się na tym, co pokazano w jedynce.

Agata Kulesza przyjmuje różne propozycje i chociaż z reguły są to ciekawe oferty, nie zawsze wybiera dobrze. Przykładem może być Ultraviolet, gdzie jej postać była tak bardzo drugoplanowa, że prawie niezauważalna. Pomimo komediowych ról jakie ma na koncie, ja lubię Kuleszę w konkretnych rolach, silnych kobiet. Pułapkę obejrzałabym do końca tylko i wyłącznie dla niej, ale na szczęście wkręciłam się w fabułę i oglądałam z przyjemnością.

To jest serial, którego brakowało mi w ofercie TVN. Porównując do ich propozycji na przestrzeni ostatnich lat – bardzo mocny i wymagający. Jednocześnie taki, który nie odstraszy widza Diagnozy i Drugiej szansy, które w pewnym momencie też zaczęły zahaczać o wątki kryminalne i nie stroniły od krwi. W tym przypadku jednak mamy do czynienia z serialem bazującym na silnych emocjach głównych bohaterek, poszarpanych przez los i otoczenie, a więc świat z kolorowych katalogów to jakaś odległa kraina.

Ślepnąc od świateł

Wspaniale jest utwierdzić się w przekonaniu, że HBO Polska pozostaje liderem, jeśli chodzi o rynek rewelacyjnie napisanych i zrealizowanych seriali w naszym kraju. Ich Wataha nadal pozostaje moim ulubionym polskim serialem kryminalnym ostatnich lat, ale Ślepnąc od świateł nie zostaje daleko w tyle. Jeśli którykolwiek z seriali z tej listy zasługuje na to, żeby poświęcić mu osiem godzin życia, zdecydowanie jest to właśnie ten.

Zanim zaczęłam go oglądać przeczytałam książkę. Chciałam w pełni świadomie oglądać serial, wiedzieć co zostało zaczerpnięte z książki, jak udała się jej adaptacja, a co zostało pominięte, dopowiedziane czy po prostu, zmienione. Oczywiście największym szokiem, tym do czego trzeba się przyzwyczaić, to zmiana imion kilku postaci. Gdy mózg już sobie ułoży, że ten to ten, a tamten to tamten, idzie gładko.

Wiem, że wiele osób zachwyca się rolą Jana Frycza. Inni zwracają uwagę na Cezarego Pazurę, a jeszcze innym przeszkadza sposób grania Kamila Nożyńskiego. Kto czytał książkę ten wie, że serialowy Kuba nie jest wcale tak daleki od książkowego pierwowzoru stworzonego Jakuba Żulczyka. To nie jest postać tryskająca energią, której emocje wylatują uszami. On po prostu taki jest, szorstki, skryty… dziwny. Jeśli chodzi o Frycza to rzeczywiście, jego rola może zachwycać, ale duża w tym zasługa faktu, że on się po prostu nie kojarzy z tego rodzaju ostrym, wulgarnym i bezczelnym bohaterem. Pazura natomiast, cóż, wielu dawno go skreśliło, a w Ślepnąc od świateł pokazał, że umie wejść nie tylko w zabawne, humorystyczne, lekko (a czasami bardzo) głupkowate postaci.

To, co urzeka mnie w tym serialu, oprócz tego że jest po prostu dobrze zrealizowany i niczego nie robiono na pół gwizdka, to dobór obsady. Okej, denerwuje mnie, że jest to kolejny serial z Robertem Więckiewiczem, który jest naczelnym aktorem polskich seriali kryminalnych, ale oprócz niego wielu aktorów to twarze nowe. Lubię przekonywać się, że polski serial (i kino) umie odkryć nowe nazwiska, nie musi non stop angażować tych samych aktorów. Nawet, jeśli są świetni i uwielbiani przez (tele)widzów.

Obejrzyjcie. Koniecznie! To rewelacyjny serial!

Pod powierzchnią

Być może moje krytyczne zdanie na temat tego serialu wynika z faktu, że trafił na antenę chwilę po Pułapce, więc moje oczekiwania były duże. Być może problem polega na tym, że zbyt silnie kojarzył mi się z rewelacyjnym The Affair, co mnie denerwowało. Najbardziej prawdopodobne jest jednak, że Pod powierzchnią to średnia produkcja, która nie wciąga, nie intryguje, ale bardzo irytuje.

Wyczuwałam w niej wiele niespójności. Począwszy od tego, że na początku opisywano miejsce akcji na małą mieścinę, która finalnie okazała się być Płockiem. Może i nie jest to największe miasto w kraju, ale do wioseczki trochę mu daleko. Jednocześnie główni bohaterowie byli znani i nieznani w swoim otoczeniu – w jednym odcinku byli nieznani, w innym znani, a w kolejnym dopiero poznawali wieloletnich mieszkańców okolicy, z którymi (gdyby żyli w małej miejscowości) raczej już by się znali. Brakowało mi w tym serialu spójności, fajnej energii, lepszego scenariusza. Cały czas miałam wrażenie, że pracowano nad nim chwilę, że aktorzy niedawno dostali swoje role, że wszystko zrobione jest na szybko, na kolanie.

Irytował mnie też Bartłomiej Topa, który od kilku lat  jest czołowym męskim aktorem TVNu i zawsze nosi czarne spodnie i białą koszulę. Każda grana przez niego postać to tzw. czarny charakter. Przestał być dla mnie wiarygodny.

Znaki

Na przestrzeni ostatnich lat AXN Polska zyskało w moich oczach miano stacji, która niby próbuje ścigać się z HBO i Canal+ na tzw. autorskie produkcje, ale w praktyce jakby się tej rywalizacji obawiali… Ich serialowe propozycje zawsze były mniej pasjonujące i skierowane do zdecydowanie mniej wymagającego widza. Ultraviolet, zeszłoroczna propozycja, z jednej strony miała świetną obsadę aktorską, ale jednocześnie scenariusz był tak mało wymagający, że aktorzy nie musieli się specjalnie trudzić żeby wejść w role.

Czytając o serialu Znaki nastawiałam się na kolejną niezbyt wymagającą propozycję, którą obejrzę z doskoku, jednym okiem i bez zaangażowania. Ostatecznie oglądałam odcinki parami i muszę przyznać, że AXN mnie zaskoczyło. Znaki to nadal serial, któremu bardzo daleko do świetnych propozycji HBO i Canal+, ale widać postęp i chęć dotarcia do widza, który ceni seriale wymagające myślenia i skupienia na fabule.

Fakt, że w obsadzie nie znalazły się topowe w ostatnim czasie serialowe nazwiska działa na korzyść i niekorzyść serialu. Jeśli kogoś męczy Robert Więckiewicz grający w każdym możliwym serialu z wątkami kryminalnymi, Znaki to rewelacyjne antidotum. Z drugiej strony, topowe nazwiska przyciągają widzów i dają pewną gwarancję powodzenia. W przypadku tej produkcji trzeba po prostu zaryzykować.

Nie jest to najlepsza polska serialowa propozycja z 2018, ale warto zwrócić na nią uwagę. Zwłaszcza, jeśli oglądało się wcześnie próby AXN. Jest szansa, że za rok lub dwa wypuszczą coś naprawdę dobrego!

1983

Pierwsza polska produkcja oryginalna Netflix brzmi tak dumnie, że niektórzy z marszu, mając w głowach wizję Polski, kraju genialnymi serialami płynącego, uznali, że 1983 będzie fenomenem na skalę House of Cards. Wielkie było zdziwienie, gdy okazało się, że do House of Cards dużo brakuje. Nie powiem, bawiło mnie usilne poszukiwanie recenzji tego serialu w zagranicznych mediach, które niektórzy uskuteczniali próbując samych siebie przekonać, że z 1983 należy być dumnym.

Z mojej perspektywy ten serial jest w porządku. Wstydu nie ma, kapcie nie spadają, ale ogląda się go dobrze. Scenariusz to takie pomieszanie marzeń wielu milionów Polaków na temat wielkości i potęgi kraju, w którym mieszkają, z wyobrażeniami na temat kraju, w którym mieszkają w otoczce alternatywnej rzeczywistości, czyli co by było gdyby bieg historii pobiegł inaczej. Dla tych, którzy znają historię Polski i jednocześnie interesują się współczesną Polską (nastrojami społecznymi, problemami, aspiracjami, ambicjami polityków i obywateli) scenariusz pełen jest smaczków, które pozwalają się uśmiechnąć pod nosem. Natomiast dla zagranicznego widza, nazwijmy go nieco krzywdząco, typowego widza seriali Netflixa, fabuła może być trudna, zagmatwana, pozbawiona drugiego dna.

Jedyne, czego żałuję to fakt, że znów poszliśmy w świat z naszą historią. Nie umiemy się przekonać do tego, że możemy zaproponować światu produkcje pozbawione umęczonego narodu walczącego o wolność. Pokazać, że umiemy robić nie tylko produkcje o wojnach, walkach, starciach, z krwią, umierającymi dziećmi i ruchami wyzwoleńczymi. Mam nadzieję, że 1983 to dopiero wstęp do tego, co pod polskimi nazwiskami trafi niebawem na Netflixa.