Między 28 a 30 sierpnia 2015 roku w brytyjskim Reading odbyła się kolejna edycja legendarnego festiwalu, Reading Festival. Z maleńkim poślizgiem publikuję pierwszą z trzech relacji z tamtejszych koncertów. Na start serwuję wrażenia ze skromnego koncertu zespołu PVRIS, który stał się naszym blogowym odkryciem tamtejszego lata. Przed wyjazdem zalecono mi, bym sprawdził ich występ, ale o zespole tym nie wiedziałem wówczas kompletnie nic.

PVRIS mięli zagrać w jednym z najmniejszych namiotów na festiwalu, na scenie The Pit. Koncert rozpoczął się ze sporym opóźnieniem (30-40 minut), ale bardzo licznie zgromadzonym fanom to nie przeszkadzało. Jeszcze przed pierwszym akordem jasne było, że PVRIS to zespół zbyt popularny na The Pit, a namiot nie był w stanie wszystkich pomieścić i sporo osób stało „na zewnątrz”. Ja sam zająłem miejsce przy jednym z „filarów”, jako że wówczas jeszcze nie znałem zupełnie tego zespołu i nie miałem natchnienia, by się pchać pod scenę, tym bardziej, że czekało mnie jeszcze sporo atrakcji

Gdy pojawili się na scenie, od razu uwagę przykuła intrygująca wokalistka i liderka Lynn, która wyskoczyła z gitarą. Mimo sporej odległości od sceny mogłem się jej solidnie przyjrzeć, gdyż nawet w tym małym namiocie zadbano o telebimy. Wprawdzie były niewielkie, a jakość obrazu jak i ogólna produkcja pozostawiały sporo do życzenia, ale i tak pozytywnie zaskoczył mnie fakt, że się o nie postarano.

Najważniejsze jednak, że muzycznie PVRIS bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Odkąd Paramore zaczęło osiągać umiarkowane sukcesy, jak grzyby po deszczu pojawiały się zespoły, które często bezpardonowo kopiowały zarówno ich wizerunek sceniczny, jak i brzmienie. PVRIS to twór zdecydowanie mocno zainspirowany Paramore, w którym można odnaleźć bardzo wiele podobieństw, ale jednak do kalki mu bardzo daleko. Znakomicie sprawdza się tutaj, także na żywo, znakomicie zbalansowane połączenie organicznego, dynamicznego rocka z nowoczesną elektroniką. Ta jednak jest na tyle subtelna, że nigdy nie dominuje i nie tłumi rockowej energii i gitar, które przez większość czasu są na pierwszym planie instrumentarium.

Oczywiście punktem centralnym zespołu jest Lynn, która mimo pewnej naturalnej nieśmiałości potrafi całkiem skutecznie nawiązywać kontakt z rozszalałą publicznością. Zaintrygował mnie jej wokal, który mimo tego, że wypada jeszcze znacznie gorzej niż na perfekcyjnie wyprodukowanym albumie, zadziwił mnie swoją mocą i tym, że Lynn potrafi także w odpowiednim momencie całkiem agresywnie, że tak powiem, „huknąć” do mikrofonu.

Zespół podczas zaledwie 30-minutowego setu przedstawił 6 utworów, które poprzedził krótkim instrumentalnym intrem, co także przywiodło na myśl początki koncertów Paramore. Najlepiej wypadły moim zdaniem trzy utwory: otwierające set Fire, oraz dwa kończące: potężne White Noise i wpadające w ucho, dynamiczne My House. O jakości tych utworów może poświadczyć fakt, że ich fragmenty zapadły mi w pamięć już po pierwszym odsłuchaniu, co miało miejsce właśnie na tym koncercie – a coś takiego zdarza się szalenie rzadko.

Urzekała także atmosfera, gdyż znakomita większość zgromadzonych w namiocie fanów znała te piosenki i uczestniczyła w tym krótkim występie z pełną energią. Widać było jak na dłoni, że popularność zespołu rośnie szybciej, niż zakładali organizatorzy i na kolejnym swoim Reading Festivalu PVRIS z pewnością wystąpi już na większej scenie.Ja natomiast opuściłem The Pit zadowolony, że dałem się namówić, by wybrać się na koncert zespołu, którego zupełnie nie znałem i wiedziałem, że nie przegapię najbliższej okazji, by wybrać się na ich własny koncert klubowy.