Flagowa seria symulacyjnych wyścigów samochodowych Microsoftu nie miała łatwego startu w nowej generacji. Piąta odsłona serii ucierpiała przez to, że musiała być gotowa na premierę Xboksa One w 2013 roku. Forza Motorsport 6 sprawia wrażenie produktu zarówno takiego, jakim chcieli go wówczas widzieć twórcy z Turn 10 Studios, jak i takiego, na jakiego zasłużyli lojalni gracze wydający niemałe pieniądze na nową konsolę.

Forza 5 bez wątpienia imponowała – skok jakościowy się udał, niestety ucierpiała zawartość. Gracze przyzwyczajeni byli do bogatej zarówno w samochody jak i trasy czwartej odsłony serii, tymczasem patrząc na same liczby, kolejna odsłona zawierała raptem połowę tego, co jej poprzedniczka. Najnowsza część pod tym względem nie rozczarowuje – to najbogatsza jeśli chodzi o objętość odsłona serii, a zarazem najbardziej różnorodna.

Imponująca w liczbach

Bazowa gra zawiera ich 460, a do tego dochodzą kolejne w postaci tradycyjnie wypuszczanych co miesiąc DLC. Wszystkie wymodelowane w tej samej jakości z możliwością zajrzenia pod każdy zderzak i błotnik w trybie ForzaVista. Jak zwykle każdy fan motoryzacji znajdzie coś dla siebie, od klasyków wyprodukowanych dekady temu, po najszybsze bolidy biorące udział w profesjonalnych zawodach sportów motorowych.

Równie imponująco przedstawia się lista tras. Łącznie pojeździmy w 26 lokacjach, wiele z nich zaś zawiera po kilka wariantów, co łącznie daje obszerną listę ponad 100 tras. Wszystkie obecne w „piątce”, wraz z tymi, które zostały wypuszczone jako DLC, powracają w nowej odsłonie gry, a do tego dochodzi 10 nowych lokalizacji. Największe wrażenie robi nowa fikcyjna trasa umiejscowiona w Rio de Janeiro – jest tak kolorowa i różnorodna, że przypomina mi stare dobre czasy arcade’owych ścigałek z lat 90-tych.

Zróżnicowany rozkład zakrętów, dynamiczne zmiany elewacji, zachwycająca i zmieniająca się jak w kalejdoskopie scenografia – od portu w zatoce, przez centrum miasta, szybki przejazd przez fawelę i okoliczne tereny górskie – to jedna z najciekawszych tras w historii serii.

Mamy także cały zestaw nowych dla serii, autentycznych tras wyścigowych, o które od lat prosili fani, w tym Monza, Lime Rock Park, Circuit of the Americas, Brands Hatch i Daytona. Ponadto z czwórki powracają lubiane Hockenheimring i Sonoma Raceway (dawniej Infineon – ciekawe, że na alfabetycznej liście tras w trybie rywali Sonoma nadal figuruje pod „i” a nie pod „s”).

Wszystkie, według zapewnień twórców, przeskanowane od nowa laserowo i dzięki temu odwzorowano najdokładniej, jak tylko się da. Co ciekawe, kalifornijską Sonomę zdecydowano się przedstawić o innej porze roku – tym razem nasze oczy cieszy intensywna zieleń krajobrazów. Wraz z powracającymi Alpami Bernejskimi, trasą wiodącą przez praską starówkę, ekstremalnym Bathurst i ciasnym Long Beach, mamy do czynienia z najbardziej zróżnicowaną listą tras w historii serii.

Zmagania w trudnych warunkach

Różnorodność jest tym większa, że tym razem twórcy postanowili uwzględnić najczęściej przewijające się w życzeniach fanów warianty nocne i deszczowe dla części tras. To dwa największe nowe „ficzery”, jakimi Turn 10 reklamuje FM6. Oba kompletnie zmieniają wrażenia płynące z jazdy i wymagają od nas nowego podejścia do zachowania na torze.

Tory takie jak Daytona czy Yas Marina w nocy są idealnie oświetlone, ale już na takim Nordschleife czy Spa, o ile jeździmy z włączonymi pełnymi zniszczeniami, a jednocześnie mamy w zwyczaju hamować na tylnych zderzakach przeciwników, możemy bardzo szybko skończyć ze stłuczonymi przednimi reflektorami, a jazda po tych torach po „omacku” do najłatwiejszych zadań nie należy.

Jeszcze większym wyzwaniem jest jazda w deszczu. Nie tylko opony mniej chętnie trzymają się mokrej nawierzchni – w określonych miejsach toru tworzą się dość rozległe i głębokie kałuże, a przejazd przez mnie powoduje akwaplaning, co w wielu przypadkach kończy się całkowitą utratą panowania nad samochodem i wylądowaniem na poboczu. Możliwości radzenia sobie z kałużami jest kilka – można nauczyć się odpowiednio przez nie przejeżdżać, zupełnie je omijać, albo wręcz próbować zepchnąć w nie przeciwników.

Kariera wyścigowa

Zmiany zaszły także w trybie kariery, chociaż tutaj mamy do czynienia z kosmetyką. Twórcy mają najwyraźniej problem ze skonstruowaniem kariery w nowy, ciekawy sposób i serwują nam swojego rodzaju mieszkankę tego, co oferowały „czwórka” i „piątka”. Znów więc jesteśmy w sposób liniowy ciągnięci od wyścigu do wyścigu, a całość nazwana „Stories of Motorsport” podzielona jest na 5 tomów: od wyścigów samochodów ulicznych po najszybsze sporty motorowe. W ramach każdego z tomów weźmiemy udział w 3 seriach wyścigów.

Ponadto każdy tom daje możliwość wyboru jednej z 6 kategorii pojazdów, które zawęża pole wyboru auta do określonego typu karoserii. Kategorie można zmieniać po każdej serii, bądź przejechać cały tom tym samym pojazdem. Warunkiem przejścia dalej jest zajęcie każdorazowo, co najmniej trzeciej pozycji na podium. Ciężko zatem pojąć, dlaczego każdej serii nie potraktowano jako oddzielnego mistrzostwa z trybem punktacji, jak to ma miejsce nawet w bardziej zręcznościowej Forza Horizon 2.

Sympatycznym akcentem jest próba nadania kontekstu temu trybowi – zarówno każdy tom, jak i każda seria, mają swoje wprowadzenie, w którym narratorem jest sławna osoba, w jakiś sposób powiązana z motoryzacją (nie zabrakło lubianych dziennikarzy z dawnego Top Gear – Richarda Hammonda i Briana Maya), która w dramatyczny sposób opowiada np. o tym jakie to niebezpieczne były niegdyś bolidy Grand Prix. Ten w gruncie rzeczy drobny szczegół uzmysławia jedynie, jak wielki potencjał jeszcze tkwi w tak ogromnej grze, jaką stała się Forza.

Rywalizacja na poziomie

Zupełnie osobną kategorią jest „Showcases”, czyli zawody pokazowe, odblokowywane wraz z postępami w głównym trybie kariery. Tutaj znajdziemy wszystkie nietypowe zawody znane z poprzednich odsłon, takie jak kręgle, wyprzedzanie, autocross, wyścigi 1 na 1 z „wirtualnym kuzynem Stiga”, a także kilka nowych np. wyścig wielu generacji Corvetty. Mimo tych paru nowości brakuje tutaj czegoś naprawdę oryginalnego i porywającego. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystko to już  było, tylko trochę inaczej zaaranżowane.

Ponadto mamy zwyczajowe tryby jazdy swobodnej i mój ulubiony tryb rywali, gdzie zmierzymy się z czasami i „duchami” znajomych bądź najlepszych graczy na świecie. To właśnie to sprawiło, że niegdyś zakochałem się w Forzie i cieszę się, że opcja rywalizowania w rankingach nie zniknęła z gry. Nowości znajdziemy także w trybie multiplayer, gdzie zawody ligowe mają w teorii umożliwić graczom ściganie się z sobie równymi. Całość przybrana jest w ładne i estetyczne menu, po którym można poruszać się z przyjemnością, a za jednym naciśnięciem przycisku na padzie przechodzimy do trybu ForzaVista z samochodem, w którym obecnie „siedzimy”.

Kolejną nowością są tzw. „mody” – przedstawione w formie przydzielanych graczowi losowych zestawów „kart”, które przykładowo wpływają na osiągi, lub zmuszają nas do jazdy w trudnych warunkach w zamian za wyższe premie. Muszę przyznać, że ich obecność w grze o symulacyjnym zacięciu bardzo mnie zdziwiła i że zdecydowano się na to poświęcić czas w procesie twórczym, podczas gdy tryb kariery pozostawia tak wiele do życzenia.

Smaczki i fakty

Forza 6 działa w natywnym pełnym HD, czyli rozdzielczości 1080p i stałych 60 klatkach na sekundę, a jak wiemy to nadal nie jest standard, na który liczyliśmy w tej generacji konsol. Tym bardziej imponujące jest to, że udało się to osiągnąć studiu Turn 10, przy tak olśniewającej oprawie. Nawet trasy obecne w FM5 przeszły kosmetyczne poprawki – asfalt na Laguna Seca przybrudzony jest piachem, który wzniecają również podmuchy wiatru w różnych miejscach trasy, a przejazd przez most Karola w Pradze wreszcie wygląda tak, jak na pierwszych zwiastunach FM5 pokazywanych na E3 w 2013 roku.

Aby osiągnąć tak imponujący efekt, a zarazem pomieścić na trasie 24 samochody i wprowadzić tryb nocny i fenomenalny deszcz, gdzie efekt kropli deszczu ulegających wiatrowi i przeciążeniom na szybach wygląda nawet lepiej niż w Driveclub, konieczne były kompromisy gdzie indziej. Przede wszystkim – zarówno pora doby jak i warunki pogodowe nie zmieniają się dynamicznie. Ponadto na niektórych trasach, jak Alpy czy Praga, kibicuje nam nieco mniej ludzi. Lusterka, niektóre odbicia, animacje kropli na szybie, powtórki i „cut scenki” nadal działają tylko w 30 klatkach na sekundę i ta różnica jest czasem naprawdę wyczuwalna.

Ogólnie jednak gra wygląda rewelacyjnie – Turn 10 należą się owacje na stojąco za wzorowe zoptymalizowane tytułu na konsoli, na której z tym samym zadaniem nie potrafi sobie poradzić praktycznie żadna inna firma. Nie ma jednak róży bez kolców i kompromisy graficzne to nie jedyne błędy, jakie można wytknąć temu produktowi.

Z mojego punktu widzenia największy to po macoszemu potraktowane kierownice. Jeśli ktoś zaopatrzył się w popularny model Thrustmaster TX i oczekuje, że wystarczy ją wyjąć z pudełka i podłączyć, a gra będzie z nią idealnie współpracować, srodze się zawiedzie. Konieczne są długie, żmudne i mocno wystawiające cierpliwość na próbę eksperymenty z ustawieniami zarówno w grze, jak i samej kierownicy. To trochę rozczarowujące, brawszy pod uwagę, że producenci zarówno kierownicy, jak i gry deklarują pełną kompatybilność obu produktów.

Dziwią też niektóre decyzje w zakresie designu, co na ogół wiąże się z usunięciem pewnych prostych, a zarazem przydatnych funkcji gry, np. indykatora informującego nas o „przybrudzonym” okrążeniu w trybie kariery. Doprawdy, pozbywanie się go ciężko czymkolwiek uzasadnić, tym bardziej, że stale jesteśmy informowani o kolejnych pokonanych „rywalach”, więc gra tak czy owak na bieżąco zestawie nasze czasy kolejnych okrążeń z globalnymi rankingami. W trybie rywali wszystko jest po staremu i gra stawia ikonkę „!” przy „brudnym” czasie okrążenia. Wreszcie, rozczarowujące jest, że noc i deszcz, którymi najbardziej reklamowano szóstą odsłonę serii, obecne są raptem na paru trasach, a na innych brakuje nawet obecnych w „czwórce” wariantów pory dnia.

Te drobne niedociągnięcia nie zmieniają jednak faktu, że Forza Motorsport 6 to pierwsza od 2011 roku odsłona serii sprawiająca wrażenie kompletnej, dopracowanej i bardzo wciągającej. Jej zakup z czystym sumieniem mogę polecić w zasadzie każdemu, kto się nią choć trochę interesuje. Jeśli nigdy wcześniej nie grałeś w żadną odsłonę serii i zastanawiasz się, czy warto zaczynać teraz – odpowiedź brzmi jak najbardziej tak.

Gra wita z otwartymi ramionami nowych graczy i przez pierwsze 30 minut prowadzi ich za rękę przez wszystkie swoje tryby. Jeśli jesteś weteranem serii i rozczarowała się uboga w zawartość „piątka” – najnowsza odsłona zaspokoi Twój apetyt. Jeśli ostatni raz grałeś w „czwórkę” i zastanawiasz się, kiedy zakupić nową konsolę – teraz jest na to świetny moment. FM6 sprawi, że poczujesz się „jak w domu”, ale solidnie wyremontowanym i na nowo umeblowanym.

Podobne Posty