Gdyby przez jeden dzień pozwolono mi być kimkolwiek chce, byłabym żołnierzem. Żołnierz to bohater, który przed złem broni słabszych od siebie. Głównie taki jego obraz pokazują produkcje filmowe, a ich głównymi bohaterami są zazwyczaj wojska amerykańskie. Teraz jest okazja, aby przekonać się, jak w starciu z kinem wojennym, ale nie opowiadającym o bitwach, które Polska toczyła o własną wolność, radzą sobie polscy twórcy i polscy aktorzy.

W połowie września na ekrany kin trafiła produkcja o tajemniczym na pozór tytule, Karbala w reżyserii Krzysztofa Łukaszewicza, który jest zarazem autorem scenariusza. Film przeszedł w Polsce w zasadzie bez większej medialnej uwagi, choć po premierze trailera było można przypuszczać, że rozgorzeje narodowa debata o słuszności angażowania się w wojny, które bezpośrednio nas nie dotyczą. To się nie udało, ale powstał film godny polecenia.

Polska w Iraku

Karbala to przede wszystkim film oparty na prawdziwych wydarzeniach, które w kwietniu 2004 roku rozegrały się w Iraku. To produkcja opowiadająca o polskich żołnierzach, którzy w kwietniu 2004 roku, z pomocą wojsk bułgarskich, bronili ratusza w mieście Karbala. Bitwa o City Hall, bo tak dziś nazywa się to starcie, trwała cztery dni i została uznana za największe starcie bojowe polskich żołnierzy od czasów II Wojny Światowej.

To niebanalne i godne podziwu wydarzenie zostało owiane tajemnicą, a wszyscy, którzy brali w nim udział – pośrednio i bezpośrednio – mieli bezwzględny zakaz opowiadania o tym, co się wydarzyło. W ten sposób bohaterowie tamtych dni pozostali bezimienni aż do 2008 roku, gdy jedna z polskich gazet opublikowała tekst opisujący pamiętne kwietniowe dni.

Mimo to uczestnicy bitwy przez lata czekali na choćby jedno słowo uznania, a nawet jeśli przyznawano im odznaczenia, robiono to po cichu i z daleka od rozgłosu. Prawdopodobnie dlatego, i z powodu wciąż obowiązującej klauzuli milczenia, oficjalne informacje prasowe o filmie Karbala podają, że jest to obraz inspirowany prawdziwą historią. Chociaż na końcu zaprezentowano zdjęcia żołnierzy wykonane na misji w Iraku…

Żołnierz też człowiek

W tym filmie nie ma spektakularnych efektów specjalnych, oszałamiających zwrotów akcji i brawurowej gry aktorskiej. Nie jest to hollywoodzka produkcja trzymająca w napięciu i naszpikowana bajerami. Patrząc na nasze podwórko nie jest to także przedobrzone Miasto 44.

W tym filmie nie chodzi o patriotyzm, podbudowanie sobie ego i stawianie sztandarów. Karbala pokazuje emocje – polskich żołnierzy i Irakijczyków. Pokazuje odwagę, wiarę w drugiego człowieka, braterską miłość, – tutaj dosłownie i w przenośni – oraz nieprzewidywalność, jaką niesie ze sobą wojna.

Poznajemy żołnierzy w różnym wieku, z różnym doświadczeniem i z różnymi historiami zostawionymi w domu. Nie ma tu ma miejsca na to, co tak bardzo upodobaliśmy sobie w amerykańskich produkcjach. Nie ma nadludzi umiejących wyjść bez małej ranki z płonącego samolotu. Mamy sylwetki żołnierzy, którzy potrafią być twardzi, potrafią walczyć, ale są tylko ludźmi, którzy równie często się boją. I okazują to. Uczciwie i szczerze.

Ten strach i niepewność przeplatają się z pozytywnymi emocjami pokazywanymi w bazie, gdzie żołnierze spędzają wieczory. Znają się, lubią się, łączy ich wspólna historia. Nie są sobie obojętni, co nie pozostaje bez znaczenia przy podejmowaniu ważnych na wojnie decyzji.

Żołnierz polski

Uważnie wybieram polskie filmy, na które chodzę do kina i najczęściej z góry wiem, czego od nich oczekuję. Po Karbali oczekiwałam przyzwoitego filmu wojennego pokazującego współczesnego polskiego żołnierza na polu bitwy. Chciałam też zobaczyć, jak polscy aktorzy, a obsada filmu to zbiór naprawdę ciekawych nazwisk, poradzą sobie w takim filmie.

Do tej pory mogli jedynie powalczyć o rolę w filmach o II Wojnie Światowej albo produkcjach o Powstaniach. Teraz mieli szansę przenieść się do współczesności i poczuć trochę, jak wielkie gwiazdy amerykańskiego kina, którym dano do ręki karabin i umazano twarz.

Obronną ręką z roli żołnierza zdecydowanie wyszedł Bartłomiej Topa, który stworzył wiarygodną postać Kapitana Kalickiego. Michał Żurawski i Leszek Lichota też wypadli przekonująco, choć Żurawskiemu łatwiej mogło przyjść budowanie roli, gdy jego filmowego brata grał jego brat, Piotr. Jedyne mieszane odczucia wzbudził we mnie Antek Królikowski i właśnie Piotr Żurawski, których miałam wrażenie, że widziałam w podobnych rolach już kilka razy wcześniej… Ale może to tylko złudzenie. A rozczarowaniem było szybkie pożegnanie się z postacią graną przez Piotra Głowackiego.

Żołnierz ekonomiczny

Łukaszewicz nie pominął w scenariuszu wątku, który stosunkowo rzadko pojawia się, gdy rozmawia się o żołnierzach wyjeżdżających na misje. Zazwyczaj wychodzi się z założenia, że żołnierz, który jedzie w niebezpieczne rejony, robi to z własnej woli. Chce ratować świat, chce być bohaterem, albo ewentualnie jest szaleńcem, który lubi taką specyficzną formę adrenaliny.

W Karbali kilkakrotnie zostaje powiedziane wprost, że żołnierze decydują się na niebezpieczne misje, bo takie wyjazdy są niezwykle intratne. Trzeba wyposażyć dziecko do szkoły, wyremontować dom albo spłacić kredyt. To zdecydowanie nie ten obraz żołnierza-bohatera, który pojawia się choćby w amerykańskim filmie Snajper, gdzie główny bohater był raczej żołnierzem z kategorii „łowca adrenaliny.” Oczywiście, on też się bał, bo strach to coś normalnego, ale przyznanie się do korzyści finansowych wynikających z narażania swojego życia, nie przyszłoby mu z łatwością. Z resztą, to przecież nie byłoby w amerykańskim stylu.

Produkcja Łukaszewicza zwraca też uwagę na inny fakt – jadąc na wojnę, pomijając już powody wyjazdu, nigdy nie wraca się z niej w takim samym kształcie. Nie chodzi tylko o ewentualne urazy, rany, czy poważniejsze uszczerbki na zdrowiu. Chodzi przede wszystkim o psychikę, którą trzeba sobie odbudowywać za każdym razem na nowo.

Karbalę trzeba obejrzeć z jeszcze jednego powodu – to pierwszy polski film o wojnie w Iraku i jeden z nielicznych, które możemy oglądać z perspektywy innej niż amerykańska. A jest to ważne, bo historię tworzą nie tylko wojowniczy Amerykanie i nie tylko oni stoją na straży względnego porządku na tym świecie.