Need for Speed powraca – po dwuletniej przerwie, bez podtytułu, szumnie zapowiadany przez „słuchających fanów” autorów, jako „reboot” i „powrót do korzeni”. Czy to rzeczywiście słuszne określenia najnowszej odsłony tej popularnej serii? Czy można w ogóle „zrebootować” ścigałkę?

Jeśli tak, to nie odbywa się to po raz pierwszy, bo w trakcie 20 lat swojego istnienia seria kilkakrotnie diametralnie zmieniała kierunek, w którym podążała. Jednak dopiero tym razem odważono się na wypuszczenie odsłony bez podtytułu. A to automatycznie nasuwa skojarzenia z pierwszą częścią cyklu, której pełny tytuł tak naprawdę brzmiał Road & Track Presents: The Need for Speed, jednak to nie na niej wzorowali się twórcy.

Korzenie? Co najwyżej gałązka

Jak zatem Electronic Arts rozumie sformułowanie „powrót do korzeni”? Przez ostatnich parę lat dosyć głośna grupa fanów serii domagała się trzeciej części legendarnej w ich kręgach odsłony Underground. Gry skoncentrowanej na nocnych ulicznych wyścigach i rozbudowanym tuningu importowanych samochodów. Motyw szalenie popularny we wczesnych latach 2000-cznych, ale czy mający prawo bytu w roku 2015? Zdaniem twórców tak, a do tego godny pierwszej od 1994 roku odsłony gry bez podtytułu.

Powracamy więc do „podziemnego” świata nielegalnych miejskich wyścigów, które odbywają się nocą – a pełną immersję ma zapewnić nam powracająca otoczka fabularna. Mamy pierwszoosobowe cutscenki z całą ekipą odgrywanych przez żywych aktorów „superfajnych” ludzi, z którymi nasz niemy bohater stale przybija żółwiki. Te zaś, celowo skrajnie pretensjonalne i kiczowate, bardzo męczą, czyli szybko zacząłem je przeklikiwać. Wyjątek stanowiły te z udziałem blond-włosej Robyn, odgrywanej przez naturalnie sympatyczną Christinę Wolfe, ciepło kojarzącą mi się z Kaley Cuoco.

Niestety, przeklikiwanie filmików nie załatwiało sprawy, a przed inwazyjną fabułą nie da się uciec – wszystkie postaci mają bowiem nachalny zwyczaj wydzwaniania i wysyłania wiadomości tekstowych na nasz wirtualny telefon komórkowy – w efekcie przez większość czasu spędzonego za kierownicą (nawet podczas wykonywania zadań!) będziemy także wysłuchiwać nadmiernie podekscytowanych „ziomków”, którym najwyraźniej nie przeszkadza, że interakcja z naszym protagonistą sprowadza się do wygłaszania przez nich monologów.

01

Do przodu, na wstecznym

Mimo pozornych zmian gra ma bardzo podobną strukturę do ostatnich kilku odsłon, a podobieństw do Rivals, pierwszej gry odpowiedzialnej obecnie za serię studia Ghost Games, nie sposób nie zauważyć. Do naszej dyspozycji oddano więc niezbyt szeroko otwarty świat, tym razem wzorowany na kalifornijskich przedmieściach. „Karierę” podzielono na pięć „ścieżek”: styl, tuning, prędkość, ekipa i bezprawie. Każda z nich ma swojego „opiekuna” – to jedna ze wspomnianych wyżej postaci, które nawijają non-stop przez telefon. Każda ścieżka ma także swoją listę zadań i w każdej z nich osobno zbieramy punkty. Mimo tych pozornie wielkich zmian, całość sprowadza się, jak zwykle do rozbijania się po otwartym świecie i zaliczaniu kolejnych „ikonek” na mapie, przedstawiających różne zawody.

Wśród nich znajdziemy zaś zarówno klasyczne wyścigi, próby czasowe, jak i zawody driftu. Mają one po kilka wariantów, przykładowo zawody driftowe mogą wymagać od nas trzymania się blisko pozostałych zawodników, a od odległości dzielącej nas od nich zależeć będzie mnożnik punktów. W praktyce jednak wszystkie zawody sprowadzają się albo do gnania przed siebie na złamanie karku, albo umiejętnej jazdy bokiem. Do tego gdzieś tam w tle dochodzi policja, ale jej umiejętności łapania złoczyńców są tak niedorzecznie niskie, że często musiałem się po nich wracać, by wypełnić określony cel, np. uciec po pościgu trwającym minimum 2 minuty.

Opcjonalny drift jest obowiązkowy

Need for Speed oferuje nam nie tylko bogaty tuning optyczny. Za zgromadzoną gotówkę możemy kupować nowe pojazdy (nasz garaż pomieści zaledwie do pięciu samochodów na raz) oraz ulepszać te, które już mamy dokupując do nich części. Na tym polu gra niczym nie zaskakuje, pozytywną niespodzianką są za to bardzo rozbudowane możliwości dopasowania sterowania do naszych upodobań. Mimo że to czysta zręcznościówka, możemy dopasować wiele parametrów, dzięki czemu pojazd będzie trzymał się lepiej drogi, bądź też dawał łatwiej wprowadzać się w zakręty poślizgiem.

Gra jednak w nieudolny sposób komunikuje graczowi przesłanki do bawienia się ustawieniami sterowania. Tłumaczy je osobistymi preferencjami gracza – a ponieważ lubię, gdy auto trzyma się drogi, od początku ustawiałem wszystkie moje samochody pod kątem lepszej przyczepności. Nie było problemu, by wygrywać wszystkie początkowe, łatwe zawody, nawet te driftowe. Po pewnym czasie okazało się jednak, że osiągnięcie przyzwoitego wyniku w trudniejszych zawodach driftowych było tymi pojazdami niemożliwe – i konieczne jest było przynajmniej jednego samochodu specjalnie do zawodów driftowych. A i wtedy nie zrobiło się wcale łatwo – poziom trudności zmienia się czasem bardzo gwałtownie i chociaż przez prymitywną, sztuczną inteligencję przeciwników (która dba o to, byśmy nigdy nie znaleźli się zanadto ani z przodu, ani z tyłu) wygrać wyścigi i próby czasowe nigdy nie jest przesadnie trudno, tak osiągnięcie wymaganego wyniku w zawodach driftowych sprawiło, że rwałem sobie włosy z pleców.

Kolejną kontrowersyjną decyzją twórców jest to, że – podobnie jak Rivals – gra wymaga stałego połączenia z internetem. Decyzja ta nie ma absolutnie żadnego uzasadnienia w rozgrywce, a wręcz często przeszkadza. Ot, dołączamy do przypadkowej sesji online, a nasz świat zaludniają także żywi gracze. O ile jednak nie umówimy się ze znajomymi, każdy zajęty jest braniem udziału w zawodach wraz z komputerowymi przeciwnikami, w efekcie zdarza się, że wykonując próbę czasową natkniemy się na graczy sunących na złamanie karku w przeciwnym kierunku i zaliczymy czołówkę, uniemożliwiającą zaliczenie zadania. Co mnie jednak najbardziej zaskoczyło to to, że z gry usunięto opcję przejścia całkowicie w tryb offline – mimo że można ją ukończyć bez udziału żywych graczy. Mało tego, pewnego razu pojawiła się informacja o zbliżających się pracach nad serwerami – rozpoczęły się one w momencie, gdy jechałem solo (!) w próbie czasowej – mimo to gra się zresetowała i połączyła mnie z innym serwerem, a ja musiałem próbę czasową zacząć od nowa.

02

Mokro tu

Mimo że nie jestem fanem faszerowania grafiki zbyt wieloma efektami post processingu, najnowszy Need for Speed wizualnie mnie oczarował. Twórcy obrali sobie określony styl graficzny i wywiązali się z zadania znakomicie. Tak realistycznie wyglądających dróg i miasta nocą w trakcie deszczu jeszcze nie było. Dzięki umiejętnie dobranym filtrom i rozmyciom, grę momentami naprawdę można pomylić z materiałem video. W trakcie jazdy niemal czujemy na twarzy wilgoć i mamy ochotę wytrzeć zaparowany monitor. Szkoda tylko, że zapowiadane „od zmierzchu do świtu” nie jest dynamiczne, podobnie jak pogoda – te są na stałe przypisane konkretnym dzielnicom, a przejścia między nimi mają zaledwie kilka klatek animacji i odbywają się w bardzo nienaturalny sposób. Nie zmienia to faktu, że to jedna z najlepiej wyglądających obecnie samochodówek i gier w ogóle. Nic dziwnego, że NfS nie ukazał się na konsolach poprzedniej generacji – X360 i PS3, to pierwsza w pełni „next-genowa” odsłona serii.

Quo vadis, Ghost?

Ciężki mam orzech do zgryzienia z tym nowym Need for Speedem. Niegdyś moja ulubiona seria, kompletnie utraciła swoją tożsamość i nie wiadomo teraz zupełnie, czym Need for Speed tak naprawdę jest. Ghost Games próbują tytuł zdefiniować na nowo, ale wybory, których dokonują, nie zawsze wydają się trafne. To solidna samochodówka, której pewne elementy zachwycają, inne rozczarowują.

Z jednej strony, mamy solidny wybór pojazdów, wśród których każdy maniak motoryzacji powinien znaleźć coś dla siebie (w tym Porsche i Ferrari); przepiękny otwarty świat o genialnej atmosferze; bogate możliwości dostosowania wielu aspektów gry, w tym prowadzenia aut. Z drugiej strony, „to wszystko już było” – brakuje czegoś naprawdę nowego i oryginalnego; fatalne cutscenki i ciągłe nękanie postaci telefonami może wywołać nerwicę natręctw; nie mówiąc już o niewytłumaczalnym obowiązku stałego bycia online.

Jeśli tęsknisz za Undegroundami i Carbonem – znajdziesz tu część tej magii, która przykuła Cię do tamtych części. Ale to zupełnie inna gra, która miesza elementy zbyt wielu części serii naraz i przez to źle na tym wychodzi. EA zapowiedziało, że tegoroczna odsłona wyznacza kierunek, w którym podąży od tej pory seria – a mi się wciąż marzy prawdziwy powrót do korzeni, do pierwszych pięciu odsłon z lat 1994-2000.

Podobne Posty