Malutka kinowa sala. Czerwono światło nieśmiało padające zza rozwieszonego czarnego materiału. Na scenie gitara, pianino, mikrofon, krzesełko i kilka żarówek. Na widowni tłumy, wszystkie miejsca zajęte, nawet w przejściu ustawiono dodatkowe krzesła. Za kilka minut na scenie pojawi się Kortez, chłopak, który w pięknym stylu przywraca wiarę w polską muzykę. Udowadnia też, że koncertowa magia nie kryje się w fajerwerkach, akrobacjach i pięknych kreacjach – wystarczy gitara, mikrofon i charyzma.

Jesienią 2015 roku ukazała się jego debiutancka płyta Bumerang, która zasługiwała na zdecydowanie większe oklaski aniżeli te, jakie otrzymała. Na szczęście w porę się obudziliśmy i obecnie można już o niej mówić, jako o płycie złotej. Jedni powiedzą, że zbyt depresyjna, że za wolna, przesadnie melancholijna i nudna. Inni zachwycą się przepięknymi melodiami, wysmakowanymi aranżacjami, w których każdy akord i klawisz jest na swoim miejscu, wsłuchają się w piękne teksty i docenią barwę głosu. Ta właśnie grupa, a w zasadzie maleńki jej ułamek, pojawiła się na sobotnim koncercie Korteza i wykupiła bilety jeszcze zanim choćby jeden plakat zdążył o tym wydarzeniu poinformować.

Zdarzają się takie koncerty, po których człowiek wychodzi ze szczęką sięgającą podłogi. Na duszy mu lżej, na sercu cieplej, a po głowie biega stado rozszalałych myśli, których nawet jakby chciał, nie potrafi pozbierać. Spotkało mnie to w sobotę.

Intymność tego koncertu była niesamowita.

Malutka sala, w której znajdują się stare, skrzypiące kinowe krzesła była bezlitosna dla tych, którzy w trakcie występu poruszyli się choćby na milimetr. Każdy szmer, szept, szelest, nawet zmianę efektów gitarowych, można było bez trudu usłyszeć. A przecież nikt nie chciał przeszkadzać artyście. Do tego stopnia, że mało kto decydował się na robienie zdjęć czy pamiątkowe nagrywanie koncertu na telefon komórkowy. Współcześnie zdarza się to niezwykle rzadko i dobrze jest sobie przypomnieć, że są jeszcze muzycy, którzy potrafią wytworzyć tak niesamowitą atmosferę, że zapomina się o upamiętnianiu ich dla potomności.

Słuchając każdej płyty zastanawiam się, jak będzie brzmiała na żywo. Czy mocno się zmieni? Czy głos artysty przeszedł serię zabiegów upiększających? Przy albumie Bumerang zadawałam sobie jeszcze jedno pytanie – czy Kortez na żywo potrafi wytworzyć taką samą atmosferę, jak w studiu? Albo chociaż jej namiastkę. Dziś już wiem, że nie wyobrażam sobie tego materiału w wielkiej hali koncertowej. To materiał, który owszem zasługuje na słuchaczy, ale zasługuje też na zachowanie pewnej intymności, a tej w dużych salach najzwyczajniej w świecie nie ma. No chyba, że są to te z żyrandolami i pozłacanymi ścianami, ale wtedy Kortez musiałby ewidentnie zmienić nieco styl ubierania.

W sobotę oczarował publiczność dźwiękami, autentycznością i prostotą. Ale taką umyślną, świadomą, pokazującą, że prawdziwe instrumenty to kwintesencja fantastycznej muzyki. Na scenie towarzyszył mu tylko jeden muzyk i to nie w każdej piosence. Uwielbiam przekonywać się, że wystarczy talent, gitara, pianino i słowa, polskie słowa, aby stworzyć coś pięknego. Album Bumerang brzmi na żywo niesamowicie, być może mało widowiskowo i mało komercyjnie, ale w tym tkwi jego ogromna siła. Warto tego doświadczyć, warto się przekonać, jak może być pięknie, gdy na scenie stoi tylko jedna osoba.

O Kortezie będzie jeszcze głośno, bo takiej muzyki nie chowa się do szuflady i nie zamyka się jej na klucz. Polska muzyka potrzebuje ludzi, którzy nie boją się i potrafią śpiewać w swoim ojczystym języku. Kortez potrafi i robi to przepięknie. A w sobotę miałam szansę się przekonać, że są ludzie, którzy pragną go słuchać i oglądać.

 

Podobne Posty