metallica.com

Metallica zagrała w Gelsenkirchen

Metallica lubi zaskakiwać fanów, a jeszcze bardziej lubi czynić to w sposób przebiegły, usypiając najpierw ich czujność. Moja czujność została uśpiona w Warszawie w 2010 roku standardową do bólu setlistą, co zaowocowało pominięciem koncertu w 2011, kiedy to festiwalowy repertuar uległ gruntownej przebudowie, w dodatku ubarwiony został takimi rarytasami jak The Call of Ktulu. W podobny sposób można ocenić koncerty z 2014, podczas których ambitny pomysł powierzenia obowiązku wyboru utworów powierzony został niemal w całości fanom. Zespół liczył na wyzwanie, a skończyło się zagraniem kilkunastu koncertów z możliwie standardową festiwalową setlistą. Cios ten zabolał wyjątkowo mocno w Pradze, kiedy to The Unforgiven II – moje największe setlistowe marzenie – przegrał o włos w Vote of the Day, pozostawiając pełne goryczy i rozczarowania uczucie, że oto przepadła jedyna szansa na to, by usłyszeć ten utwór kiedykolwiek na żywo.

Kilka tygodni przed zbliżającym się wielkimi krokami pierwszym na bardzo krótkiej europejskiej trasie koncertem w niemieckim Gelsenkirchen, Metallica pojawiła się na Rock in Rio w Las Vegas, gdzie delikatnie odświeżona setlista zapaliła światełko w tunelu. Oto obok festiwalowych standardów pojawiły się bowiem takie utwory jak King Nothing, Disposable Heroes i Turn the Page, które grane są bardzo rzadko, zwłaszcza na koncertach o takiej skali. Zacząłem wówczas analizować moje spostrzeżenia z 15 lat śledzenia poczynań koncertowych Metalliki i uzmysłowiłem sobie, że istnieje spora szansa, że wydarzy się coś wyjątkowego.

Gdy powiewa rutyną…

Po pierwsze, sam zespół zmęczony był graniem ciągle tych samych utworów. Po drugie, kilkanaście miesięcy wcześniej nauczyli się grać kilka utworów, których nie mieli szansy zagrać więcej niż raz. Po trzecie, Niemcy często dostawali wyjątkowe setlisty. Miało więc sporo sensu to, żeby przykładowo obecny na Rock in Rio Turn the Page w Europie ustąpił miejsca The Unforgiven II, który był na tym kontynencie wielkim przebojem. Sam do końca nie wierzyłem, że coś takiego może się wydarzyć, ale Metallica już nie raz pokazała, że nic nie jest niemożliwe i skoro takie utwory, jak Orion, Dyers Eve, Escape czy Frayed Ends of Sanity w końcu zostały wykonane na żywo, to równie dobrze może być to The Unforgiven II.

Ustawiłem się jak zwykle, czyli mniej więcej w połowie odległości między tylną a przednią barierką w sektorze pod sceną. Bardzo punktualnie z głośników zaczęło dobiegać It’s a Long Way to the Top, a potem Ecstasy of Gold. Doświadczanie tego momentu nie znudzi mi się nigdy.

Zaraz po Ecstasy na scenie pojawia się zespół, Lars jak zwykle zaczepia się z fanami, a James poważnym i spokojnym głosem zapowiada, że przykro mu, ale musi poinformować, że… GIMME FUEL, GIMME FIRE, GIMME THAT WHICH I DESIRE! A więc zaczyna się jak Rock in Rio – od Fuel. Potem jednak, zgodnie z listą Rock in Rio spodziewam się Mastera, a tutaj niespodzianka… Bellz! Pierwsza zmiana w setliście i to dosyć poważna już więc wiadomo że będzie się dziać!

Dobra zmiana

No i co będzie dalej? Długiej solówki Kirka brak, wszyscy stoją w gotowości, będzie King? Chyba nie, James w centralnym punkcie sceny w pełnym hetfieldowym rozkroku, wszyscy zwróceni w jego stronę, jakiż też kawałek może się zaczynać w tym momencie od Jamesa? I nagle słyszymy charakterystyczną zagrywkę… otwierającą Metal Militia! No to szczęka opada mi do samej ziemi, już wiadomo że będzie pełny rozpierdol jeśli chodzi o setlistę. Tego nikt się nie spodziewał! Metal Militia, kawałek nie dość że rzadki, to jeszcze nigdy nie wykonywany tak wcześnie w secie!

James napiernicza zwrotki na zmianę śmiesznym piskliwym głosikiem niczym wprost z roku 1982 i swoim obecnym, niskim morderczym growlem. Mieszanka doskonała, w dodatku zdaje się, że James ma nad tym wokalnym szaleństwem pełną kontrolę. Kolejna niespodzianka: po solówce chłopaki grają charakterystyczną, nieco połamaną zagrywkę, która była wycinana z tego utworu aż do, o ile mnie pamięć nie myli, jubileuszowych koncertów w Fillmore w 2011, kiedy to wykonywano pełne wersje normalnie skracanych utworów z Kill’em All.

Po Militia chwila na nabranie oddechu i pierwsza przemowa Jamesa, a po niej Kirk zaczyna jazgotliwe intro do King Nothing. Zgodnie z rozkładem z Rock in Rio, znakomicie! Koncertowy killer, powinien być zdecydowanie częściej wykonywany, na przykład w rotacji z Memory. W piątym slocie, jak zwykle przez ostatnie 9 lat spodziewałem się oczywiście ballady. A tu bez żadnej przerwy Lars nabija Disposable! Jeden z moich ulubionych koncertowych kawałków, absolutny killer, w dodatku chłopaki nadal świetnie sobie z nim radzą. Absolutna perfekcja i aż zaczynam zastanawiać się co będzie dalej, przecież oni za chwilę stracą wszystkie siły a ja razem z nimi!

Spełnione nadzieje

Po Disposable wszyscy znikają ze sceny z wyjątkiem Kirka, który zapodaje klasyczne Kirk Doodle #1. Następnie światła gasną i także Kirku znika ze sceny i wiadomo że po chwili ciszy będzie ballada. Statywu z gitarą akustyczną brak na scenie, chociaż pojawił się podczas soundchecku. Nie będzie więc The Unforgiven ani Fade to Black. Przerwa trwa, a sekundy ciszy wydłużają się w nieskończoność. Desperacko próbuję wypatrzyć któregokolwiek członka zespołu, żeby odgadnąć kolejny punkt setu. Gdzieś tam w ciemności widzę, jak Lars ukradkiem zasiada do perkusji. Reszty zespołu nadal brak.

Nie ma takiej ballady, która zaczyna się od perkusji… Z wyjątkiem jednej, w której wszyscy zaczynają razem.. Zaraz zaraz, coś leci z głośników… Intro do Unforgiven! Ale na scenie nadal brak gitary akustycznej. Nagle pojawiają się Rob, Kirk i James ze swoim brązowym Explorerem! Te sekundy które trwa intro dłużą się w nieskończoność, milion myśli, przecież nie może być… Niemożliwe… Pierwszy powerchord wraz ze stopą i crashem. THE UNFORGIVEN II!

Piosenka wypadła fantastycznie. Brzmieniowo dobrze pasuje do obecnej kondycji zespołu, zwłaszcza nisko śpiewane przez Jamesa zwrotki. W refrenach zaś całkiem skutecznie Hetfield przełącza się w odpowiednich momentach na swój agresywny, brudny wokal. Sporym zaskoczeniem jest fakt, że James nie używa do tej piosenki charakterystycznej gitary B-Bender Telecaster, zamiast tego sięgając po sprawdzonego Explorera. Zabrakło więc charakterystycznego brzmienia czystych fragmentów rytmicznych, ale muszę przyznać, że zupełnie mi to nie przeszkadza, bo uwielbiam brzmienie brązowego Explorera i w ogóle brakuje mi tej gitary w koncertowej wersji Fade to Black. Do tego zespół nie wyciął z piosenki ostatniej zwrotki, jak to miało miejsce podczas wykonania w 1997 roku. Pełna wersja utworu w swojej pełnej glorii i chwale!

Show must go on

Mówiąc szczerze to po Unforgiven II ten koncert mógłby się już skończyć, mogliby go przerwać i odwołać, mogłoby paść nagłośnienie, nie przejąłbym się tym. A my przecież nawet nie jesteśmy jeszcze w połowie setu! Przyszedł więc czas na coś z Death Magnetic – a konkretniej, Cyanide. Następnie Lords of Summer – które siłą rzeczy słyszałem na żywo tylko raz, bo zadebiutowała na poprzedniej trasie.

Potem Sad But True zakończone solem basowym i zespół po raz kolejny uśpił moją czujność. Jestem już przekonany, że setlista będzie już do samego końca wypełniona standardami. Szybko uzmysłowiono mi, że się mylę. Kolejne intro z taśmy i to brzmienie perkusji… To Justice! Ale zaraz, nie… To nie tytułowy kawałek… Znów coś innego… Toż to FRAYED ENDS OF SANITY! Poważnie? Po tym wszystkim? Po Metal Militia, Disposable, Cyanide, Lords of Summer teraz jeszcze Frayed Ends? Po UNFORGIVEN II? Ano tak.

Zespół zdaje się być naprawdę już solidnie zmęczony i ucierpiało na tym nieco wykonanie Frayed. Oczywiście zachwycony jestem faktem, że mogę doświadczyć tego utworu na żywo i że setlista jest naprawdę niewyobrażalnie odświeżona, to jednak trudno było nie dostrzec dwóch dosyć solidnych wtop. Pierwsza to charakterystyczny moment w niedorzecznie długiej instrumentalnej części, kiedy to przed pierwszą solówką na chwilę milkną wszystkie gitary, a Lars zapodaje mini-solo-przejście, które wprowadza w drugą część utworu. Przejście to jest dosyć proste, a jednak Larsowi poplątały się ręce. Na szczęście zespół się nie pogubił.

Potem jednak zespół wchodzi w swoją strefę bezpieczeństwa – One i Master. Brakuje tylko efektów pirotechnicznych na One, chociaż lasery także dają fajny efekt. Po Masterze jednak kolejna niespodzianka – kolejne intro z taśmy, tym razem Damage Inc.! Muszę przyznać, że bardzo spodobał mi się prosty efekt, jakim się posłużono – czerwone reflektory w bardzo fajny sposób zsynchronizowane są z narastającymi brzmieniami basu Cliffa. Moment ten sprawił, że wpadłem w chwilę zadumy myśląc o Cliffie.

Dalej Kirk Doodle #2 a na scenie pojawia się gitara akustyczna… Szansa na pierwszego Unforgivena w tej sytuacji jest raczej mała, a więc… Tak, Fade to Black – zamiast Nothinga! Zupełnie jak w 2011. A więc to nie koniec niespodzianek w secie, myślę sobie. Po Fade zaś bezpośrednio nabicie do Seeka!

Póki co jednak kończy się główny set i chłopaki żegnają się wstępnie z publicznością. Wiadomo jednak, że to tylko takie żarty i po paru minutach przerwy i ciszy wracają na scenę i zaczynają grać… Blitzkrieg! Niestety, to tylko jam, a szkoda.

Lars jednak stanowczo nabija i leci festiwalowy faworyt – Creeping Death. Lepiej brzmi, kiedy chłopaki są jeszcze w pełni sił. Finalnie obeszło się bez Nothinga, a także Sandmana, który został zagrany jako ostatni numer. Tylko Lars trochę zaszalał i zamienił kolejność, żeby było inaczej. No cóż, Sandman już zamykał koncerty, więc nie było to nic nowego. Trochę tylko dałem się nabrać, bo sądziłem, że Seek zamykający główny set oznacza, że w bisach usłyszymy jeszcze jakieś niespodzianki, ale i tak nie byłem rozczarowany. Tak czy owak, doświadczyłem absolutnie spektakularnej setlisty i dobrze zrobiłem, że wybrałem się na pierwszy koncert na trasie, bo niespodzianka była jeszcze większa.