Głupio byłoby rozpisywać się o pięknie muzyki tworzonej przez młodych polskich artystów nie znając historii krajowych brzmień. Historia ma to do siebie, że lubi być zakurzona, siedzieć w kącie i dawać nikłe oznaki życia. Na co dzień, włączając radio albo z doskoku słuchając nowej płyty, raczej nie zastanawiamy się, kto był inspiracją i jak powstała piosenka, której właśnie słuchamy. Czasami uda nam się wychwycić podobieństwa do znanych nam już utworów i właśnie wtedy możemy udać się na krótką wycieczkę do przeszłości. Cała trudność polega jednak na tym, że mnóstwo dźwięków na zawsze pozostanie dla nas nieodkrytych, a często nie mamy po prostu ochoty wracać do piosenek, które powstały na długo przed naszymi narodzinami.

Fascynacja amerykańską popkulturą to jedno, a odważne wygłaszanie osądów, że polska muzyka jest do bani, to coś zupełnie innego. A takie opinie od czasu do czasu słyszę i zawsze mam ochotę zadać magiczne pytanie – A jakich polskich artystów słuchasz? Gdy ktoś wymienia mi nazwiska z pierwszej trójki list przebojów, od razu wiem, że daleko z tą rozmową nie dojdziemy. Słuchanie radia, a słuchanie muzyki to dwie zupełnie różne sprawy.

Made in Polska

Żyjemy w takich specyficznych czasach, w których każdy chce nagrywać po angielsku, bo tak łatwiej, szybciej i światowo. Kiedyś uwielbiano śpiewać po polsku. Pisano teksty, które nie brzmiały banalnie, o czymś opowiadały i nie trzeba ich było ukrywać pod przykrywką języka, w którym nawet najbardziej idiotyczne zdanie brzmi dobrze. W ostatnich miesiącach przez Polskę przejechała mała, ale wielka trasa koncertowa zatytułowana Tribute to Marek Jackowski. Jej celem było przyciągnięcie fanów Jackowskiego i przypomnienie piosenek, jakie stworzył dla Maanamu, siebie oraz innych artystów. W koncercie wzięli udział jego przyjaciele, ludzie z którymi pracował, ludzie dla których tworzył. Grono artystów, którzy na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat kreowali polską scenę muzyki rozrywkowej. Ogromnie dużo do niej wnieśli i ogromnie dużo jej dali.

Gdyby się tak dobrze zastanowić, większość z nich szalała na scenie w czasach młodości moich rodziców. Nie są to czasy bardzo odległe, ale wystarczająco odległe, żebym mogła powiedzieć, że mnie nie dotyczą. Nie jestem dzieckiem lat 70. i 80. Tak naprawdę nawet nie do końca jestem dzieckiem lat 90., ale nie zmienia to faktu, że bardzo dobrze znałam wszystkie utwory, jakie rozbrzmiały podczas tamtego koncertu. Znałam też ludzi, którzy przyjęli zaproszenie, żeby je wykonać. A jest to chyba powód do małej, muzycznej dumy, bo niektórzy obecni na koncercie nie mieli nawet pojęcia, że Marek Jackowski nie żyje.

Filmoteka wspomnień

Marek Jackowski zaczął tworzyć muzykę w czasach, w których codziennością nie było kolekcjonowanie wspomnień, wrażeń i wydarzeń na YouTube. Stąd też niezwykle ważne stają się archiwalne wywiady. Fragmenty kilku z nich pokazano w przerwach między występami, a po każdym występie muzycy zbierali się na białych kanapach, aby powspominać swojego zmarłego przyjaciela.

Była to taka chwila na refleksję, na przeniesienie się do przeszłości i posłuchanie nie tylko o tym, jak pracowało się z Markiem Jackowskim i jakim był człowiekiem prywatnie, ale także o tym, jak to kiedyś tworzyło się muzykę. Dla młodszego grona artystów, którzy przyjęli zaproszenie do udziału w koncercie ta chwila na kanapie była momentem na opowiedzenie o pracy z legendą, z człowiekiem, który w dużym stopniu wykreował pewien okres w dziejach polskiej muzyki i nagle zechciał stworzyć coś z młodszym pokoleniem. Ania Wyszkoni opowiadała o tej przygodzie ze łzami w oczach, podkreślając, jak ogromne miała dla niej znaczenie i jak bardzo przeżyła śmierć muzyka. Przeplatanie takich wspomnień przebojami, a tych Jackowski stworzył przepiękną kolekcję, było niesamowitą lekcją historii.

Wentyl bezpieczeństwa

Podczas koncertu zaskoczyła mnie jedna rzecz, którą po głębszym przemyśleniu uznałam za pozytywną. Chodzi o Anię Wyszkoni i reakcję ludzi. Ilekroć pojawiała się na scenie, publiczność reagowała dość obojętnie. Genialnie witano Ostrowską, Cugowskich, Iwańskiego, ale nie Wyszkoni. Ludzie budzili się dopiero na dźwięk utworów, które miała wykonać. A w udziale przypadło jej śpiewanie największych przebojów Maanamu, tych rozpoznawalnych dzięki charakterystycznej barwie głosu Kory.

Czyżby ludzie nie znali Wyszkoni? To wydaje się mało możliwe, bo początki muzycznej kariery Ani to przecież zespół Łzy i ładne dwadzieścia lat wstecz. Przypuszczam, że chodziło o coś innego – swoisty wentyl bezpieczeństwa. Na tle artystów, z jakimi przyszło jej stanąć na wspólnej scenie, najmniej kojarzyła się ze współpracą z Markiem Jackowskim i jednocześnie była najbardziej wyrazistą przedstawicielką współczesnej muzyki rozrywkowej. Wokalnie była jednak wspaniała i właśnie tym, z każdym wykonaniem, przekonywała do siebie ludzie. Choć trzeba przyznać, że gdy otwierała koncert, publiczność przywitała ją chłodno i ewidentnie pokazując, że raczej nie na jej obecność liczyła.

Takie zachowanie dało mi do myślenia i ostatecznie doszłam do wniosku, że istnieje bardzo dużo grupa ludzi, którzy nie traktują muzyki rozpopularyzowanej w mediach, jako wyznacznika poziomu artystycznego. Wyszkoni musi tej grupie jeszcze coś udowodnić, pokazać, że zasługuje na to, aby za dziesięć, dwadzieścia lat mówiło się o niej w takich superlatywach, jak o Małgorzacie Ostrowskiej i Krzysztofie Cugowskim. Budujące doświadczenie.

Benefisy i hołdy

Nie każdy koncert upamiętniający jakąś osobę jest dobry. Ten zasługuje na uwagę ze względu na artystów, którzy prezentują muzykę Marka Jackowskiego. Śmietanka przegenialnych głosów z polskiej sceny muzycznej, skład świetnych muzyków, którzy dają pewność, że kultowe piosenki zabrzmią w sposób, w jaki powinny zabrzmień. Bo nie ma nic gorszego, jak zniszczony utwór zagrany z myślą o uhonorowaniu czyjejś twórczości.

Z Małgorzatą Ostrowską, Anią Wyszkoni, Krzysztofem Cugowskim, Piotrem Cugowskim i Januszem Iwańskim taka katastrofa nie ma prawa się wydarzyć. Jasne, że lepiej byłoby wybrać się na koncert Maanamu, ale sęk w tym, że lubiąc polską muzykę z lat własnego dzieciństwa, albo z lat przed narodzinami, bardzo często trudno jest o taką możliwość. Wtedy z pomocą przychodzą Tribute to… i dwugodzinne lekcje muzycznej historii. Lepiej znać swoje i chwalić cudze niż chwalić cudze, a swego nawet nie próbować poznać.