Wolałabym nie krytykować chłopaków z Marsa, ale nie mogę z czystym sumieniem napisać, że ich nowy studyjny album mnie zachwycił. Podchodziłam do America z dużą rezerwą, którą wywołały single zwiastujące płytę. Brzmiały bardzo elektronicznie, ale nie to dziwiło mnie najbardziej. Przyzwyczaiłam się już, że elektronika, syntezatory i odchodzenie od organicznego grania to znak naszych czasów. W nowych piosenkach w ogóle nie brakowało mi tego, co ludzie nazywają „stare Thirty Seconds to Mars,” czyli brzmień z pierwszych studyjnych płyt. Negatywnie zaskoczyło mnie coś innego, co miałam nadzieję, że zniknie, gdy posłucham płyty od początku do końca.

America miała być płytą mocno związaną z dokumentem A Day in the Life of America, nad którym pracował Jared Leto. W wakacje czytałam wywiad, w którym Jared przyznał, że pracując nad nowym albumem narodziło się w jego głowie kilka pomysłów, które sprawiły, że doszedł do wniosku, że w obliczu tego wszystkiego, co dzieje się teraz w Stanach Zjednoczonych, ciekawie byłoby zatrzymać te zdarzenia na zawsze w formie dokumentu. Dokument był ściśle związany z amerykańskim świętem niepodległości. Poproszono ludzi, aby wysyłali swoje materiały video, ale takie, które będą pokazywały lub dawały odpowiedź na pytanie, jak wygląda współczesna Ameryka, co inspiruje, cieszy i wścieka ludzi. Dokument miał być szczery i autentyczny, miał być prezentacją tu i teraz, bez cenzurowania tego, co nie jest wygodne i tego, z czego Amerykanie mogą nie być dumni.

Włączając America liczyłam na jedno. Myślałam, że obok elektronicznego brzmienia, które mnie nie zachwyca, ale też nie można go nazwać męczącym, a co najwyżej mało oryginalnym i często pozbawionym charakterystycznych elementów, które wyróżniałyby je na tyle tysięcy innych płyt brzmiących bardzo podobnie, znajdę ciekawe teksty. Teksty głębokie, teksty, które faktycznie byłyby obrazem współczesnej Ameryki. Chciałam, żeby Jared Leto, aktor i twórca dokumentu, wspólnie z Thirty Seconds to Mars pokazali mi koncept album. Płytę, która może i nie stanie się moim ulubionym albumem, ale będzie pewnego rodzaju manifestem. Niekoniecznie politycznym, bo tych pojawia się ostatnio w kontekście Ameryki tak wiele, że każda kolejna to za dużo.

Wyłączając America poczułam, że nie rozpoznaję żadnej piosenki. Wszystkie zlewają się w jedno, wszystkie brzmią nieznośnie podobnie. Na tej płycie zgubiło się to, co potrafiło wyróżnić Thirty Seconds to Mars na tle innych zespołów. Został jedynie głos Jareda, który nadal zwraca uwagę, ale to za mało, żebym chętnie wracała do tej płyty. Nie powiem, że jest to zła płyta. To byłoby przesadą, ale z pewnością jest to najmniej barwny i najbardziej nijaki album w ich dotychczasowej dyskografii, a biorąc pod uwagę, że to już piąta płyta, jaką wydali… nie jest to najlepsza rekomendacja.

Najmilej słucha mi się Walk on Water, pierwszego singla z albumu, ale nie ma to wiele wspólnego z tym, że uważam go za najlepszy. Piosenka ukazała się, gdy byłam na wakacjach i ilekroć ją słyszę, przypominają mi się tamte dni. Utwory, których warto posłuchać to: Rescue Me i Remedy.