Zespół Snowman był jednym z moim największych odkryć Spring Break 2017. Jednocześnie wychodziłam z ich koncertu z wielkim niedosytem, bo nie dość, że był krótki to jeszcze solidnie się spóźniłam. Czekałam więc ponad pół roku, żeby wysłuchać materiału z płyty Gwiazdozbiór na żywo. Udało się w poznańskim klubie Blue Note.

Przez te ponad pół roku dość regularnie sprawdzałam, czy Snowman przypadkiem nie zaplanował koncertu w Poznaniu. Spring Break pokazał mi już, że niestety, ale wielu artystów, którzy podczas festiwalu grają dla setek ciasno ustawionych w klubie ludzi, nie wraca do Poznania na solowe koncerty. W przypadku Smowmana, który z Poznania pochodzi, ponowny koncert wydawał się tylko kwestią czasu. Na szczęście, bo przyznam szczerze, że o ile ucieszyłam się, że chłopaki pograją przed Anią Dąbrowską i Comą, pokażą się nowym ludziom, to bałam się, że nagle i w roli supportu zobaczę ich przed jakimś koncertem… w Poznaniu.

A tego bardzo bym nie chciała, bo Gwiazdozbiór to jedna z moich ulubionych polskich płyt roku.

O ile nie ulubiona, bo jak zerkam na tegoroczne krajowe premiery to z przykrością stwierdzam, że w ubiegłym roku było znacznie lepiej. Jesień trochę podniosła morale, przyniosła kilka ciekawych płyt, ale Gwiazdozbiór nie stracił swojej pozycji. Taki Snowman w energicznej, polskojęzycznej odsłonie niesamowicie przypadł mi do gustu i bardzo zaskoczył. Na żywo to wrażenie zupełnie się nie zmieniło, nie osłabło.

Wielokrotnie pisałam już, jakie są wady i zalety klubu Blue Note. Od czasu zamknięcia kultowego klubu Eskulap, chcąc nie chcąc Blue Note podniósł nieco swój status i mocniej wpisał się na listę czołowych koncertowych klubów w Poznaniu. Już nie tylko jazzowych. Lubię go za to, że jest mały i daje poczucie intymniejszych koncertów. Nie lubię go np. za to, że nie stawia barierek przed sceną (widziałam je raptem kilka razy), przez co ci bardziej nieśmiali fani tworzą z pierwszego rzędu takie śmiesznie wyglądające kółeczko. Może wydać się to dziwne, ale taka barierka, która niby wprowadza podział artysta – publiczność, jakoś bardziej ludzi ośmiela do podchodzenia bliżej.

Fani, którzy przyszli w niedzielę spędzić wieczór przy dźwiękach Snowmana ewidentnie mieli trochę kłopotu z dystansem, poczuciem klimatu. Na szczęście mniej więcej w połowie koncertu publiczność zdawała się złapać bakcyla i świetnie się bawiła. Przed nami stały dwie dziewczyny, ewidentnie jeszcze większe fanki płyty Gwiazdozbiór niż ja, które przez cały koncert naprawdę nieźle dokazywały. Jeśli oglądaliście nagrania na Instagramie to można je było tam zauważyć.

Wspaniale się na nie zerkało, zarażały energią i bardzo szybko obok nich znaleźli się inni, którzy nie przyszli tylko popatrzeć, ale też się poruszać. I oczywiście posłuchać.

Zawsze, gdy mogę pójść na koncert z aparatem na szyi czuję się trochę wyróżniona. Zupełnie nie dlatego, że nie wpuszczają z nimi wszystkich. To wyróżnienie polega na tym, co potrafi ujawnić zoom. Robiąc zdjęcia muszę nie tylko myśleć o tym, żeby po prostu były ostre i żeby cokolwiek było na nich widać, co w przypadku kiepskiego światła już samo w sobie staje się dużym wyzwaniem, ale też o tym, żeby zrobić jak najwięcej różnorodnych ujęć. I wtedy, używając zbliżenia – większego i mniejszego – mogę mieć artystów na wyciągnięcie ręki. Zobaczyć na ich twarzach te emocje, drobinki potu, nabrzmiałe żyły. Wszystko to, co może umknąć tym, którzy tego zooma nie mają.

Jest to na swój sposób magiczne, bo próbuję uchwycić, zatrzymać to, co bardzo szybko się zmienia, umyka i może nawet przejść niezauważone. Podczas koncertu Snowmana dużo było pięknych emocji. Zakochałam się w płycie Gwiazdozbiór właśnie z ich powodu, a w zasadzie z dwóch powodów. Pięknych emocji, lirycznych, skrajnych, różnorodnych i polskich tekstów piosenek, które nie są banalne, zwyczajne i o niczym.

Niesamowicie się cieszę, że po siedmiu miesiącach udało mi się usłyszeć Gwiazdozbiór na żywo. Chciałabym, żeby ten album został dostrzeżony przez większą grupę ludzi, bo wiem, że istnieją w Polsce fani polskiej muzyki, którzy tej płyty nie słyszeli, którym ona umknęła, a którym by się spodobała. Z tą płytą przychodzi trochę inny Snowman, może trochę ciekawszy? Może trochę żywszy, bardziej melodyjny? Może bardziej zbliżony do Myslovitz?

Może. Myslovitz, jak już może pisałam, przez lata było moim polskim zespołem numer jeden. Przy nich dorastałam, na ich koncerty zabierali mnie rodzice otwierając kolejne muzyczne drzwi, ich płyty podkradałam z wielkiej kolekcji taty. Odejścia z Myslovitz Artura Rojka może i było zaskoczeniem, ale myślę, że bardziej tym, czego fani się spodziewali. Pojawienie się na wokalu Michała Kowalonka pozytywnie mnie zaskoczyło i optymistycznie nastawiło na przyszłość Myslovitz.

Poszłam na chyba jeden z pierwszych koncertów, jakie Michał zagrał po dołączeniu do Myslovitz. Ludzie przyjęli ich wtedy entuzjastycznie, ale nie trudno było zauważyć, że brakuje wokalu Rojka. I tu wcale nie chodziło o to, że Michał śpiewał kultowe piosenki źle. Wręcz przeciwnie, nie niszczył ich, ale też nie próbował naśladować Artura ani zmieniać piosenek w swoje.

Po przesłuchaniu płyty Gwiazdozbiór od razu było dla mnie jasne, że na współpracy z Myslovitz zdecydowanie bardziej zyskał Michał, i w konsekwencji Snowman, niż samo Myslovitz. Pokazuje to już sama jakość tego albumu, w porównaniu do płyty 1.577 Myslovitz nagranej z Michałem, która ma momenty, ale brzmi dość… bezpiecznie.

Kończąc, włączcie sobie album Gwiazdozbiór, posłuchajcie go w całości, od początku do końca słuchając tekstów, a potem upewnijcie się, że zrobiliście wszystko, żeby zobaczyć ich na żywo. Zasługują na znacznie więcej pozytywnych wibracji od publiczności niż te, które dostają.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Podobne Posty