Jeśli po trzech dniach festiwalu wracam do domu z dwoma pozytywnymi zaskoczeniami w kieszeni to uznaję Spring Break Showcase Festival za udany. Wiem, że są osoby, które ze zwieszonym językiem biegały od klubu do klubu, byle zobaczyć, jak najwięcej i jak najwięcej usłyszeć. Spoko, szanuję, ale to zdecydowanie nie jest coś, co mi odpowiada.

Dwa dni zajęło mi przyzwyczajenie się do mocno showcasowej formy, jaką w tym roku Spring Break przybrał dla mnie. W ubiegłym roku jakoś tak się złożyło, że żaden z koncertów, na które chciałam pójść się nie zazębiał. W tym roku było wręcz odwrotnie. A ja, nie lubiąca zaczynać koncertów w połowie, bądź w połowie z nich wychodzić, powoli adaptowałam się do warunków.

Najważniejsze, że udało mi się posłuchać tych, których posłuchać chciałam!

I tym samym w 80% zrealizować plan, który przedstawiłam w tekście Spotkajmy się na Spring Break Showcase Festival. Pominęłam jedynie artystów czwartkowych, czubkiem nosa zaglądając na EABS i wracając na lemoniadę. Czwartkowy zestaw artystów, jak zgodnie ze mną twierdzi kilka innych znanych mi osób, nie powalał i był średnią rozgrzewką przed samym festiwalem.

Rok temu, co można sprawdzić tutaj, i czemu dzisiaj sama się dziwię, bardzo ambitnie podeszłam do relacjonowania tego, co działo się na festiwalu. W tym roku będzie krócej, a na pewno zwięźlej.

Zacznę od dwóch bardzo pozytywnych zaskoczeń, czyli Snowmana i Ralpha Kamińskiego

Koncert Snowmana zazębiał się z koncertem Fisza Emade Tworzywo. Trzeba więc było złamać dwie zasady za jednym podejściem – wyjście z koncertu w połowie i przyjście na koncert w połowie. Zrezygnować z żadnego nie chciałam, bo na Fisza raczej nigdy bym się nie wybrała, a Snowman intrygował mnie nowym singlem, więc Spring Break okazał się tym idealnym momentem, żeby skonfrontować się z rzeczywistością.

A ta okazała się rewelacyjna! Mam wielki niedosyt po tym koncercie. Częściowo wynika to z tego, że nie byłam na całym, a częściowo po prostu z faktu, że i tak był bardzo krótki. Snowman idzie w nową, energiczną, polskojęzyczną stronę, która bardzo mi się podoba! Nawiasem mówiąc, to był jeden z najbardziej energicznych koncertów całego festiwalu…

Jeśli chodzi o Ralpha Kamińskiego to z jednej strony olbrzymie zaskoczenie, z drugiej utwierdziłam się też w przekonaniu, że to jest muzyka, która intryguje mnie tylko na pewien czas. Zaskoczenie np. dlatego, że jest naprawdę rewelacyjny na żywo! Jako jeden z nielicznych, z tej 8 którą widziałam, wykazywał się wielkim entuzjazmem, charyzmą i łaknął kontaktu z publicznością. Miał też świetną oprawę koncertu – kolorowe żarówki, zespół ubrany cały na czarno z charakterystycznymi ozdobami na twarzy. Zadbał o wszystko. O to, o co często nie chce się dbać tzw. artystom z dorobkiem.

Muzycznie, a raczej artystycznie, bo w przypadku Ralpha trudno mówić o samej muzyce, zaskoczyła mnie energia, której nie wyłapałam na płycie. Teraz już wiem, że mogę to śmiało zwalić na teksty, które jednak bywają naprawdę nieźle depresyjno-melancholijne, przynajmniej dla mnie. Też sposób śpiewania, opowiadania Ralpha to jest ten rodzaj piosenki aktorskiej, z którą czuję się dobrze tylko przez pewien czas.

Nie sądzę, żebym zaczęła nałogowo słuchać w domu jego piosenek, ale jeśli nastawię się na koncert to z całą pewnością wyjdę z niego bardzo zadowolona.

Jeśli chodzi o brakującą szóstkę artystów to nikt mnie mocno nie zawiódł, ale też jakoś szczególnie nie zaskoczył

Piątek rozpoczął się w klimacie muzyki duetu Święs/Urbański. Bardzo krótki koncert na Dziedzińcu Różanym w zasadzie można byłoby nazwać nie tylko idealnym rozpoczęciem festiwalu, co idealnym jego podsumowaniem. Był jednym z licznych występów upływającym w klimatach „do bujania.” Nie czepiam się, nie krytykuję, po prostu stwierdzam fakt. W tym roku Enea Spring Break był mocno wyczilowany.

Fisz Emade Tworzywo to jest zespół, który dobrze było zobaczyć na żywo, ale nie sądzę, żebym kiedykolwiek wybrała się na ich solowy koncert. Stałam na tym Placu Wolności i momentami naprawdę rewelacyjnie odnajdywałam się w tych dźwiękach, podobały mi się teksty piosenek, a po chwili zabijała mnie 5 minutowa instrumentalka na loopie, w dodatku z tekstem również na loopie.

Na fali wciąż niegasnącego podekscytowania powrotem Kasi Stankiewicz do Varius Manx nie mogłam ominąć koncertu Anity Lipnickiej. Nie ukrywałam, i nadal nie ukrywam, że chciałam usłyszeć ją w piosenkach właśnie Varius Manx. Udało mi się to, chociaż nie w pełni, bo z powodu zbyt długich solówek koncert musiał zostać skrócony. Przypuszczam, że właśnie temu zawdzięczam brak Piosenki Księżycowej. Było natomiast Tokyo i bardzo przeze mnie lubiane Zabij mnie.

O ile w Varius Manx prawie zawsze śpiewały piękne, utalentowane wokalistki, to Kasia jest zdecydowanie bardziej temperamentna. Na tym koncercie też było to widać. Anita jest bardziej nieśmiała, mniej wyluzowana i bardziej skupiona na tym, co robi. W Kasi jest więcej performera, w Anicie muzyka-grajka. Na żywo, wokalnie każda wypada świetnie.

Sobotę zaczęłam od sprawdzenia, jak na żywo radzi sobie Julia Wieniawa. Był to jej pierwszy koncert w karierze, więc wszystko można było jej wybaczyć. Jestem ciekawa, jak potoczy się jej muzyczna droga, jak daleko zajdzie i czy w ogóle gdziekolwiek zajdzie. Bardzo trudno napisać mi o jej występie cokolwiek konstruktywnego – zachowaniem przypominała Paulę, postać którą gra w rodzince.pl, a wokalnie schowała się za efektami z konsolety. Będę ją obserwować i sprawdzać, jak jej idzie!

Następna na liście „do sprawdzenia” była kolejna Julia, tym razem Julia Pietrucha. Chciałabym poznać odpowiedź na pytanie, komu przyszło do głowy organizowanie jej koncertu na największej scenie Spring Break, czyli na Placu Wolności? Muzyka Julii zupełnie tam nie pasowała! Brakowało intymnej atmosfery, dźwięków odbijających się od ścian… Klimatu.

Album Parsley jest bardzo klimatyczny, tryska smaczkami muzycznymi, które olbrzymia scena i zimne powietrze sobotniego popołudnia zabiło. Na koncercie nie było też szczególnie dużo osób, więc przeniesienie Snowmana na Plac Wolności, a Julii do Zamku wydaje mi się idealnym rozwiązaniem. Szkoda, wielka szkoda, że tak właśnie nie było.

Z Julią trzeba było pożegnać się w połowie koncertu, a wszystko po to, żeby zdążyć na koncert Toli. Ponoć miały być tłumy. Na korytarzach dało się słyszeć głosy sugerujące, że naprawdę ponad połowa festiwalowiczów chce zobaczyć na żywo Tolę. 10 minut przed koncertem ludzi była garstka, na samym koncercie 2 razy mniej niż na Snowmanie i półtora raza mniej niż na Ralphie…

Wiem, że idąc na jej koncert wiele osób chciało spełnić swoje marzenie. Ja niekoniecznie, ale po koncercie doszłam do wniosku, że trzymam za Tolę kciuki. Mam nadzieję, że wreszcie uda jej się wydać album, którym trafi do szerszego grona odbiorców, że ktoś da jej szansę i ta jej twórczość wypłynie na szersze wody. Koncert był bardzo przyjemny, klimatyczny, wizualnie dopracowany, choć muzycznie brakowało zgrania zespołu.

A na zakończenie wisienkę na torcie postawił Organek. I tutaj w sumie malutkie rozczarowanie setlistą. Po zaledwie 45-minutowym koncercie spodziewałam się więcej śpiewania, mniej solówek i mniej gadania. Rozumiem, że było to spowodowane przeziębieniem wokalisty i tym, że nie chciał zniszczyć sobie gardła na resztę życia. Niemniej szkoda, bo była szansa na mocny akcent na koniec i na najbardziej energiczny koncert całego festiwalu.

Co poza tym? Jakie przemyślenia?

Byłam w ogromnym szoku, bo w tym roku zupełnie nie wstrzeliłam się w zamiłowania tłumu. Na Fiszu też było zdecydowanie mniej ludzie niż przypuszczałam, że będzie, na Toli świeciło pustkami, a na Snowmana prawie nie dało się wejść. Na Placu Wolności szczegółowa kontrola osobista, którą jak najbardziej rozumiem, ale liczba ochroniarzy mogła być zdecydowanie większa – szło by to sprawniej. Trochę mam też niedosyt wynikający z tego, co działo się na dużej scenie. Czy w tym roku była konieczność, sens jej tworzenia? Czy chodziło tylko o prestiż jej posiadania?

Myślę, że to zdjęcie idealnie podsumowuje pogodę na #EneaSpringBreak – raz słonce, raz deszcz ☔ #poznań

Post udostępniony przez MEDLEYLAND (@medleylandpl)