Oczarował mnie ten album! Alice Merton znałam z duetu z Tomem Odellem i przebojowego singla No Roots, ale po album Mint sięgnęłam z ciekawości. Trochę też dlatego, że na początku stycznia premier jest na tyle mało, że to dobry moment, żeby dać szansę nowym artystom, a trochę dlatego, że rozważałam udział w jej kwietniowym koncercie w Poznaniu. Spodziewałam się żywiołowego grania, mając w głowie singiel No Roots, ale zaskoczyło mnie, jak bardzo różnorodna, a jednocześnie spójna, jest ta płyta.

Po wydaniu światowego przeboju, jakim bezsprzecznie trzeba nazwać No Roots można błyskawicznie wydać płytę, odcinając kupony i starając się utrzymać na fali. Można też, jak zrobiła Alice, spokojnie skończyć płytę, dograć wszystko na własnych warunkach i opublikować wydawnictwo, jakie zasługuje na to, żeby mówić o nim: bardzo dobra debiutancka płyta. Nie chcę powiedzieć, że bardzo dobre debiutanckie płyty zdarzają się rzadko, bo byłoby to kłamstwem. Wystarczy przypomnieć sobie choćby debiutancki album Halsey, żeby obalić takie przeświadczenie, ale na pewno nie jest łatwo wydać album, który nie popsuje dobrego wrażenia, jakie zostawił przebojowy singiel.

Alice udało się stworzyć płytę, z której bije młodzieńcza energia, spontaniczność i figlarny zadzior. To idealny album na zimowe popołudnia. Mint to płyta dodająca energii, która wstrzykuje w słuchacza endorfiny, kilkakrotnie pozwala zwolnić tempo, ale muzycznie nie odczujemy zmęczenia. Na tej płycie jest elektronika, ale utrzymana w ryzach. Są gitary i tzw. “konkretne granie”, różne odcienie wokalu Alice i prezentacja jej muzycznej wrażliwości. Dopieszczone utwory, przemyślane aranżacje, piosenki utrzymane w podobnej stylistyce, ale nie klony swoich poprzedników i miłe zaskoczenia w momentach, w których ma się wrażenie, że ciekawiej (lub inaczej) Alice już nie potrafi.

Jeśli pamiętacie singiel No Roots i myślicie, że to najlepsza lub najbardziej energetyczna piosenka na Mint to muszę Was zmartwić. To dopiero początek, przedsmak tego, co przygotowała Alice. Otwierający płytę Learn to Live już nie pozwala utrzymać stóp w bezruchu, a wszystko za sprawą charakterystycznego riffu… Krótkie wytchnienie przychodzi co prawda szybko, bo daje je już druga piosenka na płycie, 2Kids, ale jestem sobie w stanie wyobrazić, że na koncertach to wcale nie będzie balladowo-spokojna piosenka. Zresztą Alice wcale nie udaje, że ma ochotę na balladowe granie. Wręcz przeciwnie. Pokazuje, że ma ochotę na dobrą zabawę, którą zaszczepiła w każdym z jedenastu utworów.

Materiał z Mint powinien się rewelacyjnie sprawdzać na koncertach, choć dużo zależy od tego, jak dobrą performerką jest Alice. Zamierzam to sprawdzić, bo wypuściła płytę, na której każda piosenka (okrzykami lub klaskaniem) zachęca ludzi do interakcji, a więc wnioskuję, że Alice z tej interakcji będzie korzystała.

Utwór Speak Your Mind to najbardziej zaskakująca piosenka na płycie. Pełna dramaturgii, mroczna, śpiewana z charakterystyczną manierą i zamknięta ostrymi riffami. Honeymoon Heartbreak to z kolei czas na wokalne popisy Alice, a sam utwór brzmi dla mnie, jak pomieszanie wrażliwości Lany Del Rey z wrażliwością i temperamentem (koncertowym) Toma Odella. Bardzo mi się ta mikstura podoba!

Jestem oczarowana temperamentem i pozytywną energią, która płynie z tego albumu. Nie spodziewałam się tak udanej debiutanckiej płyty, tak różnorodnej i pokazującej różne oblicza Alice. Jestem bardzo ciekawa, gdzie ta dziewczyna będzie za kilka lat, bo Mint pokazuje, że ma wszystkie narzędzia, żeby wypuszczać przebój za przebojem i podbijać świat.

Alice Merton zagra w kwietniu dwa koncerty w Polsce. 1 kwietnia wystąpi w poznańskim klubie Blue Note, a 2 kwietnia w warszawskiej Proximie. Organizatorem jest Agencja Go Ahead. Bilety są dostępne tutaj.