Zastanawiałam się, czy recenzować EPkę Hayley Williams, Petals for Armor I. To bowiem aż pięć lub zaledwie pięć piosenek, które w maju ukażą się na albumie Petals for Armor. Ostatecznie postanowiłam iść za namową autorki. Skoro Hayley wydaje pięć utworów prawie cztery miesiące przed premierą całego albumu, po to, żeby się z nimi oswoić, to trzeba się oswajać. Można to zrobić Muzycznymi szortami o poszczególnych singlach albo Szortextem o EPce.

Skąd te moje rozterki? Ano stąd, że pisałam już o singlu Simmer w Muzycznych szortach #44, i to naprawdę nie było dawno temu. O utworze Leave It Alone w Monthly na styczeń, a więc zaledwie dwa tygodnie wcześniej. Zostały mi zatem trzy piosenki do skomentowania, a to dość mało. W dodatku to jakaś jedna trzecia całej płyty, więc tym bardziej zastanawiałam się, czy warto oceniać po kawałku. Hayley przekonała mnie jednak, że wydanie tych pięciu piosenek teraz nie jest przypadkowym wyborem i warto przyjrzeć się im bliżej zanim pojawią się kolejne propozycje.

Wydanie EPki bezpośrednio poprzedzającej długogrający album to dobra, ale też ryzykowna forma promocji. Dobra, bo zawsze to kilka publikacji więcej – przedruków (a raczej przekopiów) i autorskich publikacji. Ryzykowna, bo jeśli komuś się ta pięcio-piosenkowa zapowiedź nie spodoba może nie sięgnąć po kolejne. A to już rodzi obawy, że finansowo projekt się nie zwróci. Na szczęście Williams o to nie dba, zależy jej na stronie artystycznej i przekazie. A ten jest mocny.

Piosenki, które trafiły na EPkę Petals for Armor I są, najprościej ujmując, trudne i niepokojące. Dla fanów Paramore, od lat lubiących powtarzać, że to co dziesięć lat temu było lepsze niż to, co zespół tworzy teraz, solowe wcielenie Hayley musi być szokujące. Począwszy od sposobu śpiewania, po poruszane tematy, na brzmieniu utworów kończąc. Na pocieszenie pozostaje swoista obietnica Hayley, że ta piątka nie przygotuje nikogo na brzmienie całej płyty. Wytrwali mogą się więc łudzić, że będzie Misery Business, albo bardzo mainstreamowa piosenka, jeśli są z obozu wróżącego Hayley stadionową, solową karierę.

O ile Hayley nigdy nie wydawała się artystką stroniąca od pisania o uczuciach, na solowym materiale robi to bardziej bezpośrednio i odważniej. Pewną przyjemność sprawia jej obnażanie się z uczuć, wyzwalanie się od demonów, które tkwiły w niej przez lata. Być może ta przyjemność wynika z tego, że nareszcie rozumie własne emocje, potrafi je nazwać, więc stały się bardziej namacalne. Ubrała je w tajemniczą, momentami mroczną, czasami tylko pozornie lekką muzykę. Gdy ma się już wrażenie, że dziwniej niż w Simmer nie będzie, a Cinnamon daje oddech i swoistą lekkość, pojawia się Creepin’. Najbardziej brudna w brzmieniu piosenka, pod jaką kiedykolwiek (przynajmniej do tej pory) podpisała się Williams. Dla mnie najciekawsza z całej piątki, choć ewidentnie niedoceniana przez słuchaczy. Jak można przejść obojętnie obok takiej linii basu?!

Tekstowo też nie jest to łatwy materiał. Najbardziej przejmujące, przynajmniej dla mnie, pozostaje Leave It Alone. To naprawdę smutna piosenka, stawiająca pytania, które każdy z nas może sobie zadać. Muzycznie nie da się nie dostrzec inspiracji Radiohead. Cinnamon z kolei to utwór niemalże pozbawiony tekstu, dający dość duże pole do własnej interpretacji. Daje je także Sudden Desire, na tle innych będące takim światełkiem w tunelu. Mglistym, ale jednak obecnym. A dla wielu fanów zagadką, o kim śpiewa Hayley? Na pewno można ten utwór traktować jako pewną zapowiedź innych tematów, mniej depresyjnych i egzystencjalnych, jakie mogą pojawić się na albumie Petals for Armor. Williams powiedziała bowiem, że pierwsza EPka jest najtrudniejsza, a album pokazuje jej niemalże roczną przeprawę przez różne stany emocjonalne. Muzycznie jest to najbardziej wpadająca w ucho, zaraz po refrenie Cinnamon, piosenka z całej piątki.

To, co już teraz można powiedzieć o Petals for Armor to to, że Hayley postawiła na eksperymenty wokalne. Tworząc z Paramore jej wokal był jednym z instrumentów, czasem mniej czasem bardziej wybijającym się znad gitar i perkusji. Tworząc solo, choć nagrała partie kilku instrumentów na poszczególne kompozycje, to wokal jest największym instrumentem, jakiego używa. Efekt? Poznajemy nową, inną, nieznaną dotąd Williams, niezwykle liryczną, momentami ostrzejszą, sensualną i dojrzałą. Już w tekście o Simmer pisałam, że nareszcie nie brzmi infantylnie – to cały czas prawda.

Trzy z tych pięciu piosenek doczekały się teledysków, powstały także dwa krótkie klipy nazwane interludiami. Nie wiem, który klip przeraża mnie bardziej. Czy Simmer, w którym Hayley wymazała się glinką i biega nago po lesie? Czy Leave It Alone, w którym leży w wannie wychodząc z kokona? Ubrana w niby przerażający, ale przepiękny makijaż? Czy może jest to klip do Cinnamon – niby kolorowy i taneczny, ale jednak gonią ją postaci bez twarzy a jej wzrok budzi grozę? Każdy jest na swój sposób przerażający, ale jednocześnie hipnotyzujący i wciągający. A ja bardzo lubię teledyski z fabułą. Tutaj mam cały zestaw.

Estetycznie Petals for Armor I to uczta dla oka, projekt wykończony do perfekcji. Szalenie mnie to cieszy, bo właśnie na to liczyłam. Od premiery ostatniej studyjnej płyty Paramore, After Laughter, miną w tym roku trzy lata. Niby nie jest to dużo, ale wiele się przez te trzy lata zmieniło w sposobie promocji, a Team Hayley i ona sama świetnie sobie radzą z nowymi trendami. Fakt, że lyric video do Simmer to making of teledysku i piosenki pokazuje, że nie marnują czasu, pieniędzy, ale też wiedzą co zrobić, żeby ludzie chcieli wracać do tego materiału. Z ciekawością czekam na kolejne fragmenty płyty, i na sam album, którego premiera 8 maja.