Siódmym studyjnym albumem Plastic Hearts Miley Cyrus udowadnia, że jest muzycznym kameleonem, który uwielbia zmiany, ale też potrafi zmieniać się tak, żeby nie przeszło to niezauważone. Rok 2020 zaskoczył mnie muzycznie już tak wiele razy, że powinnam w ciemno zakładać, że nowa płyta Miley będzie jedynie wisienką na obfitym torcie. Zwłaszcza, że singiel Midnight Sky zapowiadający Plastic Hearts to jedno z moich najmilszych muzycznych wakacyjnych wspomnień. I być może właśnie w tym natłoku doskonałych i jeszcze lepszych płyt Plastic Hearts dłużej formowało sobie drogę do mojego serca.

Po pierwszym przesłuchaniu uznałam, że Midnight Sky to perełka, Prisoner jedna z najlepszych piosenek na płycie, a High to Miley, której mogłabym słuchać w nieskończoność. Z kolejnymi odsłuchami zaczęłam wyłapywać szczegóły, które ukształtowały moją opinię na temat albumu. Choć wciąż nie jestem pewna, czy to najlepszy album w dyskografii Miley. Będąc w branży rozrywkowej od blisko dwudziestu lat doskonale wie, jaką drogą podążać i jak zaskarbiać sobie serce publiczności. Wydany siedem lat temu Bangerz jest doskonałym dowodem potwierdzającym tezę. Słuchając Plastic Hearts można jednak odnieść wrażenie, że Cyrus wreszcie doskonale odnajduje się nie tylko w wykreowanym przez siebie wizerunku, ale też gatunku muzyki. Rockowe i punkowe inspiracje nigdy nie były jej obce, a nietuzinkowa i niezwykle charakterystyczna barwa głosu w pewnym sensie skazywała ją na wykonywanie takich, a nie innych kompozycji.

Kłócę się jednak z autorami wszystkich recenzji, które przypisują Plastic Hearts więcej rockowego, punkowego czy nawet grunge’owego brzmienia aniżeli rzeczywiście na tej płycie można usłyszeć. Zdecydowanie Cyrus inspirowała się ikonami, trzy zaprosiła nawet do współpracy, co nie pozostaje bez znaczenia – to Billy Idol, Joan Jett i Stevie Nicks – jednak Plastic Hearts to album przede wszystkim popowy, który miesza ze sobą elementy zaczerpnięte z innych gatunków, w tym muzyki rockowej. Z tej mikstury powstało dwanaście przyjemnych dla ucha kompozycji, za których produkcję – w większości – odpowiada Andrew Watt i Louis Bell.

Być może pamiętacie, jak w Muzycznych szortach #67 nazwałam singiel Prisoner poprawną popową kompozycją, która nie mogła być słaba, bo takim nazwiskom jak Cyrus i Lipa nie wypada wypuścić kiepskiego utworu, ale nie udało im się stworzyć utworu, który zaskakuje. Dokładnie takie samo wrażenie odnoszę słuchając Plastic Hearts. To album dobry, ale nie taki, który zaskakuje swoją nieprzewidywalnością i nie taki, który pozwala poznać Miley Cyrus, której nigdy wcześniej nie poznaliśmy. Paradoksalnie, patrząc na wydany w 2017 roku Younger Now i Bangerz z 2013, Plastic Hearts to szalenie bezpieczna płyta, na której Cyrus dołącza do grona zainspirowanych muzyką święcącą triumfy kilka dekad temu.

Na nowej płycie jest zadziornie (WTF Do I Know) i energicznie (Plastic Hearts), lirycznie (Angels Like You, High), radiowo (Prisoner, Night Crawling), melodyjnie (Hate Me) i nostalgicznie (Never Be Me). Są więc dokładnie te komponenty, które powinny sprawić, że album okaże się przebojem i będzie okupował czołowe miejsca na listach sprzedaży. Potwierdzając tym samym, że Cyrus to teraz już przede wszystkim zdolna wokalistka i tekściarka, a w drugiej kolejności aktorka, z czego ponoć nadal jest najbardziej znana, bo wymazać z pamięci Amerykanów lat spędzonych pod skrzydłami Disneya tak łatwo się nie da.

Producenci zadbali, żeby w niemalże każdej energicznej piosence pojawiła się gitara elektryczna, najlepiej w postaci solówki wyeksponowanej pod koniec utworu. Słychać to w otwierającym album WTF Do I Know czy tytułowym Plastic Hearts, które brzmieniem przypomina mi kilka utworów z EPki She is Coming, wydanej w 2019 roku jako jedna z zapowiedzi siódmej płyty. Ostatecznie z wydania dwóch kolejnych części zrezygnowano, ale perełka w postaci Mother’s Daughter na szczęście zdążyła się ukazać. Na Plastic Hearts perełki znalazłam trzy – niezmiennie pozostaje nią Midnight Sky, Prisoner dołącza do listy w towarzystwie High, pięknej ballady z gitarą akustyczną w roli głównego instrumentu, któremu towarzyszy ten nietuzinkowy wokal Miley. Do listy chciałam, początkowo, dopisać też Golden G Strings, ale po pewnym czasie zaczęłam słyszeć w nim kompozycję Taylor Swift śpiewaną przez Cyrus i zmieniłam zdanie.

Zastanawiam się nadal, co jest w Plastic Hearts tak oczywistego, co sprawia, że słuchając albumu ani razu nie pomyślałam: wow, ależ to genialna piosenka!? Może chodzi o to, że Miley z rockowym pazurem znamy od lat? A może o to, że Miley z rockowym pazurem to tak oczywisty kierunek jej muzycznego rozwoju, że trudno rozpatrywać go w kategoriach ewolucji? A może diabeł tkwi w szczegółach, czyli fakcie, że zakładałam, że Plastic Hearts będzie dobrą płytą i moje oczekiwania zostały spełnione? Na dziś moje odpowiedź brzmi nie wiem.

Album można zamówić tutaj.