Na początku roku, zainspirowana już nie pamiętam czym, odszukałam na Spotify artystkę o imieniu Ofelia i posłuchałam kilku dostępnych tam utworów. Wśród nich znalazła się kompozycja Tu, wydana kilka tygodni temu, jako drugi singiel zapowiadający debiutancki krążek Igi Krefft. Iga na co dzień występuje jako Ofelia i właśnie w ten sposób nazwała swój pierwszy album. To kolejna artystka z tzw. młodego pokolenia, która udowadnia, że pomiędzy identycznie brzmiącymi albumami i w tłumie podobnych do siebie wokalistek można pokazać coś innego. Ofelia jest jedna, drugiej takiej na polskim rynku nie ma.

W albumie Ofelia można się albo zakochać, albo nigdy się do niego nie przekonać. Wrażliwość Igi, jej sposób śpiewania, barwa głosu i muzyka nie przypadną go gustu miłośnikom łatwych dźwięków i chwytliwych melodii, które wkręcają się na dwa tygodnie tylko po to, żeby przez kolejne dwa wkręciły się inne. Ofelia to całokształt, artystyczne wcielenie, które mnie zafascynowało, ale nie będę przekonywać, że to muzyka dla każdego. I chociaż życzę Idze, żeby debiutancka płyta była początkiem fascynującej muzycznej przygody, życzę jej też, żeby znalazła grono wiernych i oddanych fanów, a nie uwielbienie milionów, którzy zapomną o niej przy drugiej płycie.

Jej twarz od dzieciństwa oglądają miliony Polaków. Gra jedną z głównych ról w najpopularniejszym polskim serialu i właśnie wydała płytę, która od okładki aż do ostatniej nuty w dwunastym utworze jest spójna, dopracowana i wyklejona ofeliowym uczuciem. Ile lat zajęło jej napisanie tego albumu? Ile lat szukała własnego brzmienia? Ile czasu od momentu, gdy wiedziała już, jak chce brzmieć zajęło jej wydanie debiutanckiej płyty? Trochę to trwało, o czym świadczą choćby piosenki Home, New Year czy Tu wydane w 2016 roku. Albumowe brzmienie Ofelii nie jest jednak znacząco inne od tego, które przed laty prezentowała na nagraniach wciąż dostępnych w sieci. Jurek Zagórski, producent albumu zadbał o to, żeby Ofelia się nie zmieniła.

Co z tego wyszło? Debiutancka płyta będąca niespełna godzinnym romansem z naprawdę wieloma gatunkami. Zaczyna się od inspiracji muzyką ludową w przepięknym, klimatycznym Intro, które już wyobrażam sobie jako utwór otwierający koncerty Ofelii. Później pojawia się inspiracja muzyką gitarową, hipnotyzująca ballada Meteoryt zakończona cudownym chórem i wspomniane już przeze mnie Tu, pierwsza bardziej taneczna, bujająca propozycja na albumie. Zdecydowanie nie bez powodu wybrana na singiel. Kolejne w kolejce czeka Paczuli, z partiami fortepianu i melancholijnym wokalem Igi przeplatanym klimatyczną gitarą elektryczną.

Później wracamy do folkowych inspiracji z Ćmą, utworem który pewnie chciałyby mieć w swoim repertuarze dziewczyny z zespołu Tulia. W połowie płyty pojawia się ona, piosenka Zaraz, pierwszy singiel promujący płytę. Piosenka energiczna, pokazująca zdecydowanie inne oblicze całego materiału. Jeśli ktoś sięgając po debiut Igi sugerował się brzmieniem tylko i wyłącznie tego utworu może być zaskoczony – na płycie próżno szukać drugiej tak żywej kompozycji, ale muzycznie nadal jest ona spójna z resztą piosenek.

Co jest dalej? Ballada Dwa Słowa, w którą wpleciono elektronikę i instrumenty smyczkowe. Nostalgiczne To do Pana, gdzie znów pojawiają się surowe klawisze i wreszcie najbardziej punkowy utwór na albumie, tytułowa kompozycja, która pokazuje, że Iga nie opowiada się wchodzenia w naprawdę bardzo różne muzyczne zakamarki. Również w takim zadziorniejszym klimacie nie zwodzi. Bezpieczniej czuje się jednak w spokojniejszych utworach, bo to one dominują na płycie. Nawet, jeśli jak w przypadku utworu Dzieci Saute oparte są na gitarze elektrycznej. Zbliżając się do końca albumu trafiamy na Pejotl, romans Igi z rockiem kliku dekad wstecz, a przygodę kończymy kompozycją Dawno, już mocno elektroniczną propozycją.

Krefft opowiada historie. Bajkowe, magiczne, prawdziwe. Przenosi w swój świat, świat baśniowy, świat bezpiecznych dźwięków i zarazem świat eksperymentów. Ofelia to debiut rewelacyjny, z piosenkami zbudowanymi z wiele warstw, których słuchanie i wyszukiwanie kolejnych instrumentów sprawia wielką przyjemność. To nie jest materiał, który przesłuchany raz pokaże wszystkie swoje oblicza. To płyta, której należy posłuchać więcej niż raz, żeby odnaleźć w niej wszystkie ukryte cuda. Na uwagę, choć tego nie widać na nagraniach w serwisach streamingowych (chyba że patrzy się na animacje na Spotify!) zasługuje cała oprawa graficzna albumu. Jest, po prostu, bardzo ładny i niezwykle dziewczęcy.

Dziewczęcy jest debiut Ofelii, a jej muzyka jest tak starannie dopieszczona, jako okładka i wszystkie ilustracje zdobiące album. Teraz czekam na klimatyczną trasę koncertową z kwiatami, świecami i pięknymi emocjami. Album można zamówić tutaj.

Podobne Posty