Roksana Węgiel to odkrycie polskiej sceny muzycznej ostatnich kilkunastu miesięcy. Dziewczyna wygrała pierwszą edycję polskiego The Voice Kids, później wygrała Eurowizję dla dzieci, a niedawno wydała debiutancki album. Jej eurowizyjny przebój grają rozgłośnie radiowe, Roksana pracuje bezustannie budując swoją karierę i próbując udowodnić, że polski przemysł fonograficzny jest gotowy na to, żeby listy przebojów i sprzedaży podbijały dzieci. No właśnie, sęk w tym, że chyba nie do końca jest na to gotowy.

Nie przepadam za pisaniem krytycznych recenzji płyt. Przyjemność sprawia mi pisanie o albumach, które polecam, bo uważam za świetnie niż o płytach, które ewidentnie mi nie leżą. W przypadku debiutu Roksany Węgiel robię wyjątek, cicho licząc na to, że pewien czas będę mogła napisać, że wyciągnięto wnioski, odrobiono lekcję.


Zamów album tutaj.


Album zatytułowany po prostu Roksana Węgiel mógł być rewelacyjnym albumem młodej, zaledwie czternastoletniej dziewczyny. Płytą na miarę polskojęzycznego debiutu Ewy Farnej, która przecież też wchodziła na największe sceny będąc jeszcze dzieckiem. Tymczasem Roksana to metrykalnie dziecko, a na płycie kobieta śpiewająca o rozstaniach, życiu będącym grą, ludziach którzy próbują ją zmienić i miłości. Słuchając tego albumu odnoszę wrażenie, że wytwórnia nie potrafiła znaleźć tekściarza, który poradzi sobie z wiekiem Roksany i przygotuje teksty piosenek pasujące do jej wieku i życiowego doświadczenia. Tak, żeby młodą piosenkarkę wyróżniało coś więcej niż wiek i sukces na Eurowizji Junior.

Roksana ma wszystkie predyspozycje do tego, żeby podbić polską scenę muzyczną na wiele lat. Jest utalentowana, ma mocny głos i niezłą skalę. Do tego ćwiczy śpiew od początku szkoły, ma ładną buzię i chce jej się ciężko pracować, a szczęście ma po swojej stronie. Niestety jej debiutancka płyta to zlepek utworów, które mogłyby spokojnie trafić na płyty jej starszych koleżanek z wytwórni, oprawione często niezbyt strawną dla ucha muzyką. Wiem, że dla swoich rówieśniczek Roksana jest pewnie wielką idolką, i w zasadzie wcale się nie dziwię, bo wygrać Eurowizję dla dzieci wcale nie jest tak łatwo, ale to może nie wystarczyć, żeby na tej płycie znaleźć drugi przebój. A to, jak wiemy, ma znaczenie, bo wydanie kolejnej płyty może w dużej mierze zależeć od sukcesu tej pierwszej.

Nie wskażę jednego lub dwóch utworów z Roksana Węgiel, których warto posłuchać, bo nie potrafię. Na tym albumie jest wszystko – popisy wokalne, udowadnianie, że w jej gardle siedzi kawał głosu, zabawa plastikowym popem z beatami z komputera, romantyczne ballady i nieco ambitniejsze melodie. Groch z kapustą, do tego zmieszany z majonezem i polany ketchupem, bo trochę jest po polsku, trochę po angielsku i nawet białoruski się znalazł. Trawi się to wszystko z trudem, więc nie zmusiłam się, żeby słuchać tego albumu kilka razy.

Mam wielką nadzieję, że ta debiutancka płyta to naprawdę dopiero początek, że za kilka lat Roksana pójdzie w ślady wielu polskich artystów, którzy znaleźli pomysł na siebie i swój własny muzyczny styl. Życzę jej tego, bo mam nieodparte wrażenie, że ktoś chciał zbyt szybko przekuć eurowizyjny sukces w sukces finansowy.

Efektem jest album, którego za kilka lat Roksana może żałować i udawać, że nigdy go nie wydała. A takie przypadki muzyka już widziała. Może być też odwrotnie – do końca życia pozostanie wykonawczynią jednego przeboju, będzie odwiedzać letnie festiwale w telewizji a nasze wnuki będą słuchać, że oto Roksana, która wygrała Eurowizję Junior. Oby nie! Oby na tym się nie skończyło, bo gdy patrzę na nią na scenie, i słyszę jej głos, mam poczucie, że naprawdę szkoda byłoby zmarnować jej talent. Na razie Węgiel pozostaje rześkim odświeżeniem na polskiej scenie.