Próbowałam ostatnio ustalić, kiedy dokładnie wybrałam się do kina na American Honey. Przypomniało mi się o tym filmie w momencie, w którym sprzątając kinowe ulotki filmowe natrafiłam na jedną dotyczącą właśnie tego roku. Od razu, szybko przypominając sobie, o czym było American Honey, doszłam do wniosku, że to świetna propozycja na wakacje. Szukasz dobrego filmu na wakacje? Obejrzyj American Honey.

Świetna, chociaż z drugiej strony nie jest to jeden z tych oczywistych wakacyjnych filmów z wodą, morzem, oceanem i drinkami z palemką na pierwszym planie. To głębsza, trudniejsza historia opowiedziana oczami młodych ludzi. Film z gatunku tych zwanych coming of age movies, z wieloma cechami kina drogi.

W głównych rolach Shia LaBeouf i Sasha Lane, jest też Riley Keough i mnóstwo młodych, nieznanych szerszej publiczności twarzy, co dodaje temu filmowi autentyzmu, bo wreszcie nie musimy oglądać tych samych aktorów w podobnych rolach. Dla Lane to kinowy debiut, który nazwałabym odważnym i udanym.

O czym to opowieść?

Poznajemy nastoletnią Star, dziewczynę z niezamożnej rodziny, nawet podpadającej pod patologiczną, która chce wyrwać się z miasteczka, w którym mieszka. Ot taka dość klasycznie zapowiadająca się opowieść o młodej dziewczynie pragnącej życia, którego nie ma. Pewnego dnia spotyka Jake’a i grupę jego znajomych, którzy wspólnie podróżują po Ameryce, zarabiają pieniądze wciskając ludziom kit i prowadzą mocno koczowniczy tryb życia.

Tak oto poznajemy nie oblicze Ameryki, to które zawsze bardzo lubię w filmach. Nie ma wielkich, oszklonych budynków, drogich samochodów i dziewczyn rodem z filmów z serii Fast and Furious. Są młodzi ludzie, pozostawieni sami sobie, którzy pragną lepszego życia nie do końca wiedząc, jak ma ono wyglądać i co to w sumie oznacza.

Popełniają błędy, podejmują nieodpowiednie decyzje, dokonują złych wyborów, a jednocześnie cały czas wierzą, że gdzieś, w kolejnym mieście, w kolejnym motelu, na kolejnym postoju znajdą to lepsze życie, którego by chcieli. Star jest tylko jednym z elementów tej historii i tylko na początku akcja i narracja prowadzone są tak, jakby to wszystko działo się z jej perspektywy. W dalszej części historii poznajemy losy innych bohaterów, z którymi Star związała się tą podróżą.

Lubię chwalić filmy za ładne zdjęcia, ale w tym przypadku aż ciśnie mi się, żeby powiedzieć, że American Honey to brudny film. Praktycznie w każdej scenie, nie licząc wycieczek do domów bogaczy, widać brud. W tym miejscu chyba wypadałoby pochwalić Andreę Arnold, reżyserkę i scenarzystkę, za to, że udało jej się tak dobrze odtworzyć realia, w jakich osadziła swoich bohaterów. Ja naprawdę czułam te warunki, w jakich oni żyją i naprawdę nie chciałabym w takich żyć. Nigdy.

Dlaczego to dobry film na wakacje?

Nie wiem, jak brzmi Wasza definicja dobrego filmu, któremu warto poświęcić prawie trzy godziny życia, ale dla mnie to z pewnością film, który zostaje w mojej głowie na dłużej. A ten został, bo trudno go obejrzeć, wyjść z kina, czy wyłączyć telewizor i nie zastanawiać się nad tym, co się właśnie obejrzało. Nawet, jeśli towarzyszy nam przekonanie, że można byłoby skrócić ten film o co najmniej pół godziny.

Kino drogi, a przynajmniej na mnie zawsze tak działa, jest mocno refleksyjne. W przypadku American Honey mamy jeszcze do czynienia z filmem długim, bo trwającym ponad dwie i pół godziny i jak przystało na film Arnold, mocno psychologicznym. Cały motyw podróży idealnie pasuje do wakacyjnej aury i chociaż już wspomniałam, że tematycznie nie jest to najlżejsza propozycja, to myślę, że wiele scen, krajobrazów i melodii przywołuje wakacyjny klimat. A trochę refleksji nikomu jeszcze nie zaszkodziło!