Metallica rzadko mnie rozczarowuje. Chociaż tak zwany czynnik ludzki wielu fanów drażni, dla mnie zawsze był czymś ważniejszym, od technicznej, czy artystycznej, perfekcji (czymkolwiek ona by nie była). Jednak okoliczności zorganizowania i wyprodukowania S&M2 włączyły sceptyka nawet we mnie. Nie dało się spojrzeć racjonalnie na to przedsięwzięcie bez podniesionej brwi. A jednak chłopcy po raz kolejny udowodnili, że im bardziej coś zdaje się nierealne, tym większa szansa na to, że im się to uda.

Oryginalny S&M zajmuje bardzo szczególne miejsce w moim sercu. Ten pierwszy koncert Metalliki z orkiestrą symfoniczną z San Francisco, wydany później jako film i dwupłytowy album, zwrócił moją uwagę – osoby, która wówczas w ogóle nie było zainteresowana tego typu muzyką. Było coś intrygującego w tym podgrywającym sobie na gitarze akustycznej, wieśniacko śpiewającym Amerykaninie z bródką, któremu towarzyszą dziwny gitarzysta niewiadomego koloru skóry przypominający Michaela Jacksona, robiący dziwne miny perkusista o europejskiej twarzy i cała zgraja towarzyszących muzyków grających na „prawdziwych” instrumentach. Basisty już wówczas nie dostrzegałem i jak się niedługo później okazało, była to znamienna obserwacja. Ale to historia na inny temat. Nothing Else Matters z tego koncertu, będący singlem promującym album koncertowy, przez wiele tygodni nie schodził z pierwszego miejsca słynnej polskiej listy przebojów 30 ton, a ja wsiąknąłem tak bardzo, że Metallica niemal z miejsca stała się nie tylko moim ulubionym zespołem, ale także istotną częścią mojego życia na bardzo wielu płaszczyznach, a ten nietypowy związek emocjonalny trwa nieprzerwanie już od 20 lat.

Nic dziwnego zatem, że serce szybciej mi zabiło, gdy chłopaki w tym roku ogłosili, że będzie sequel. Bo to nie tylko celebracja 20-lecia oryginalnego S&M, ale też 20-lecia całej mojej przygody z Metalliką. Jednak im bliżej było tego wydarzenia, tym więcej pojawiało się znaków zapytania w mojej głowie. Śledzenie każdego kroku  zespołu wytworzyło nawyk nadmiernego analizowania wszelkich aspektów ich kariery, ale jest to niewątpliwie część frajdy z tak zwanego „bycia fanem”.

Po pierwsze, pierwszy koncert miał się odbyć niecałe dwa tygodnie od ostatniego przystanku intensywnej, europejskiej letniej trasy stadionowej. Nie mam złudzeń, że przygotowania trwały od wielu miesięcy, ale praktycznie zostało bardzo mało czasu na tak zwane próby generalne. Co, zwłaszcza biorąc pod uwagę obecnie odrobinę chaotyczną naturę muzyczną zespołu, pozostawiło pewne wątpliwości, czy, mówiąc kolokwialnie, orkiestra za tym pędzącym na złamanie karku pociągiem „nadąży”. Po drugie, zaledwie miesiąc później film miał być wyświetlony w ponad 3000 kin na całej planecie. To zostawiło w praktyce trzy tygodnie na całą postprodukcję i przygotowanie materiału pod projekcję kinową – a warto wspomnieć, że taką produkcję przygotowuje się inaczej, niż pod album służący do odsłuchu „domowego”.

Sam fakt, że przedsięwzięcie się odbyło, a film trafił na wielki ekran w terminie, postrzegam jako niebywały sukces całej licznej ekipy, która nad tym filmem pracowała. Umieszczony na oficjalnej stronie Metalliki artykuł odsłaniający kulisy pracy czytałem z wypiekami na twarzy i wytrzeszczonymi oczami. Każdemu zainteresowanemu serdecznie polecam się z nim zapoznać, jest to jedna z najbardziej pasjonujących lektur, z którą zapoznać się może jakikolwiek fan muzyki, interesujący się chociaż odrobinę aspektami produkcji dźwiękowej i muzycznej. Oto link do artykułu: (klik)– wyświetlenie wymaga zalogowania się na stronie).

Metallica nie chciała kopiować pierwszego wydarzenia. Oprawa była zupełnie inna, a repertuar uległ znacznym przeobrażeniom. Nie zabrakło kilku najbardziej udanych, klasycznych utworów z pierwszego S&M, których po prostu nie mogło zabraknąć. Dwa spośród nich otrzymały zaktualizowane orkiestracje. Natomiast w temacie nowych utworów, przyjęto zasadę, że zagrane zostaną wyłącznie kompozycje, wydane przez Metallikę po roku 1999. Nieumiejętnie czytającym fanom to nie wystarczyło, by zapomnieć o marzeniach o usłyszeniu takich utworów, jak Fade to Black, czy Orion w wersjach z orkiestrą. Ta wiadomość jasno zasygnalizowała, że należy spodziewać się nowości z płyt St. Anger (2003), Death Magnetic (2008) i Hardwired… To Self-Destruct (2016). Były też zupełne nowości, chociaż nie w takiej formie, jak na pierwszym S&M, na potrzeby którego Metallica napisała dwie zupełnie nowe piosenki: No Leaf Clover i -Human.

Przyjrzyjmy się więc bliżej tym trzem kategoriom. Koncert, podobnie jak 20 lat temu, zaczął się od The Ecstasy of Gold Ennio Morricone wykonanego przez orkiestrę i nie mogło być inaczej. W końcu od niemal samego początku kariery ten utwór, w wersji oryginalnej odtwarzany z taśmy, rozpoczyna większość koncertów Metalliki. Pierwszą autorską kompozycją było oczywiście The Call of Ktulu – jedna z dwóch, w mojej ocenie, najbardziej udanych aranżacji z oryginalnego S&M. Ten niemal 10-minutowy, epicki utwór instrumentalny, idealnie obrazuje współgranie dwóch skrajnie odmiennych żywiołów muzycznych, jakim jest potężna Metallica i majestatyczna symfonia.

Ciężko jest mi ocenić, czy wprowadzono jakieś zmiany w orkiestracji, bo jednak nagłośnienie i kinowy miks, a także emocje związane z faktem oglądania koncertu po raz pierwszy i niemożność skoncentrowania uwagi na szczegółach, nie pozwala na przeprowadzenie takiej obserwacji. Utwór brzmiał z grubsza podobnie ze strony orkiestry, natomiast, siłą rzeczy, nieco inaczej zabrzmiał zespół. Nie sposób nie zauważyć, że słownictwo przejść Larsa mocno się zubożyło przez te 20 lat. Ponadto, Duńczyk chyba nie chciał ryzykować „wykolejenia”, więc celowo skupiał się tym razem na groovie, zamiast na ekstrawagancjach stanowiących wyzwanie dla tradycyjnego pojmowania początku i końca taktu. Efekt się sprawdził: gruwiło to świetnie i nie sposób było nie tupać nogą już od momentu wejścia perkusji z basem. Wspaniałe otwarcie i nie wyobrażam sobie żadnego innego.


Przeczytaj też: Metallica WorldWired – rekordowy koncert w Pradze


Natomiast już chwilę później nastąpiła pierwsza zmiana, bo majestatyczną aranżację Master of Puppets zastąpił inny klasyk – For Whom the Bell Tolls, także w aranżacji znanej z pierwszego S&M. Kolejność utworów jak najbardziej prawidłowa, natomiast zgubiło się odrobinę momentum, ponieważ nie zadbano o to, by orkiestra w taki narastający sposób wprowadziła w nabicie do następnego utworu. Po prostu nastąpiła odrobinę niezręczna cisza, którą wystarczyło zastąpić podobnym efektem, jak pomiędzy Ktulu, a Puppetz, 20 lat temu. Czy był to zabieg celowy, czy jedno z wielu niedopatrzeń, wynikających z małej ilości czasu na przygotowania – ciężko ocenić. Mimo to, już od pierwszych taktów Bellz energia wróciła, a cała hala Chase Center poderwała się do góry, z miejsca narzucając odpowiednią atmosferę i gęstą energię, charakterystyczną i typową dla koncertów Metalliki.

W pierwszej części rozbrzmiały jeszcze obowiązkowe The Memory Remains i No Leaf Clover, które także, z nieco niezrozumiałych dla mnie przyczyn, postanowiono rozłączyć. Być może po to, by dać fanom szansę nieprzerwanego śpiewu po Memory – zespół musiał brutalnie zakończyć radosne darcie mord nabiciem do kolejnego utworu. Absolutną wisienką na torcie było natomiast The Outlaw Torn, które wciąż pozostaje jednym z najrzadziej granych rarytasów Metalliki. Ten ponad 10-minutowy kolos ponownie wypadł powalająco, po raz kolejny wprowadzając wszystkich fanów w stan niezaspokojonej refleksji, dlaczego też Metallica tak rzadko sięga po to arcydzieło podczas swoich występów na żywo? A może właśnie dzięki temu, każde wykonanie Outlaw jest wydarzeniem przez duże „W”. W każdym razie, był to zdecydowanie najjaśniejszy moment pierwszego setu i nie przyćmiły go nawet premierowe wersje nowszych utworów, o których więcej niebawem.

Drugi set miał bardziej zorganizowaną konwencję i był podzielony na kolejne dwie połowy. Druga, czyli ta kończąca cały koncert, to była „wiązanka” największych hitów, do których bonusowo wrzucono Wherever I May Roam. W klasycznych wersjach zabrzmiały także One i Nothing Else Matters. Ten ostatni mimo zupełnie innej aranżacji zagranej przez zespół (bliżej tej albumowej, bo perkusja nie czeka do drugiego powtórzenia pierwszej zwrotki, a James powściąguje swoje zapędy wokalizowe), zabrzmiał równie majestatycznie i powalająco, co na pierwszym S&M. Natomiast wspomniany wcześniej Master of Puppets i Enter Sandman otrzymały nowe, mocno zmodyfikowane orkiestracje przygotowane przez Bruce’a Coughlina. Były one oparte na oryginalnych wersjach, jednak mocno stonowane w wymowie. Zespół chyba nie chciał, aby orkiestra musiała „walczyć” o swoje miejsce i intencją było zminimalizowanie chaosu, który pojawiał się w określonych momentach pierwotnych wersji. Efekt końcowy był zdecydowanie bardziej uporządkowany, ale także mniej ekscytujący, bo na przykład środkowa partia w Masterze straciła wiele ze swojego patosu.

Przyjrzyjmy się zatem świeżemu mięsku, czyli nowym utworom. W pierwszej połowie rozbrzmiały kompozycje z dwóch ostatnich albumów – jedna z Death Magnetic i aż trzy z HtSD. The Day That Never Comes najbardziej zaskoczył intrem, które w całości zagrała orkiestra – zespół przyłączył się dopiero począwszy od głównego, czystego podkładu pod zwrotkami. Bardzo ciekawy zabieg, jednak reszta tego wykonania nie zapadła mi w pamięci niczym szczególnym. Druga, szybka połowa wydawała się być nie mniej chaotyczna, niż bez orkiestry. O wiele lepiej wypadło Confusion i to była dla mnie największa niespodzianka. Gdy pierwszy raz zobaczyłem setlistę, pomyślałem: „Co tu u licha robi Confusion?”. Ten utwór najmniej mi pasował ze wszystkich „nowych”. Natomiast już po pierwszym obejrzeniu i wysłuchaniu filmu przekonałem się, że to był strzał w dziesiątkę. Dramatyczne akcenty dodane przez orkiestrę mocno podkreśliły wymowę i ciężki nastrój tej kompozycji. Nie mogę się doczekać, by bardziej wnikliwie wsłuchać się w nią na albumie.

Kolejny był Moth Into Flame – w jakimś sensie uważany za „główny” singiel z ostatniego albumu. Obecność orkiestry odarła go nieco z pierwotnego, mrocznego charakteru jeszcze bardziej, niż wykonanie z Lady Gagą. Ciężko mi napisać cokolwiek konstruktywnego o tym wykonaniu, dopóki nie posłucham tego w odpowiednich warunkach domowych. Pierwszy set zamknęło powalające wykonanie Halo on Fire, które obok Confusion wypadło bardzo solidnie i słusznie zostało wybrane na zamykacz pierwszej połowy koncertu – zdecydowanie lepiej się sprawdziło w tej roli, niż Bleeding Me w 1999 roku.

Pierwsza połowa drugiego setu była zdecydowanie najbardziej zaskakująca. To był moment na eksperymenty. Toteż wyjątkowo, część muzyczną poprzedzono krótkimi „wykładami” wygłoszonymi przez „profesora Larsa”, jak to nazwał go przemawiający po nim Michael Tilson Thomas – dyrektor orkiestry San Fracisco Symphony. Było o futuryzmie, prymitywizmie i o tym, jak te kierunki w sztuce przeniknęły do świata muzyki, zarówno klasycznej, jak i współczesnej. Następnie orkiestra wykonała samodzielnie fragment Scythian Suite, Op. 20 skomponowanej przez sowieckiego kompozytora Sergeia Profokieva. Z kolei na Iron Foundry ruskiego kompozytora Alexandra Mosolova, dołączyła już Metallica, dodając tej schematycznej, psychodelicznej kanonadzie dźwięków mocy, ciężaru i dodatkowego pazura. Ciekawy eksperyment, chociaż z pewnością nie był to najbardziej wyrafinowany muzyczny moment tego wieczoru.

Naprawdę interesująco zrobiło się chwilę później. Scenę opuścili bowiem Lars, Kirk i Rob, ale został na niej James, chociaż bez gitary. Za to z głosem, by wykonać z samą orkiestrą The Unforgiven III z Death Magnetic. Bardzo interesujący eksperyment – orkiestra grająca w stylu ścieżki dźwiękowej do westernu doskonale wpasowała się w atmosferę utworu. Mimo to brakowało nieco zespołu, który prawdopodobnie nie zepsułby tej aranżacji – ciekawie byłoby posłuchać wersji zarówno bez, jak i z zespołem.

Gdy wydawałoby się, że tego wieczoru już nic nie zaskoczy, Metallica po raz kolejny udowadnia, że pomysły im się nie kończą. Zwłaszcza te dobre. Z pewnością za taki uznać można wybór All Within My Hands, ale w zupełnie innej wersji, niż tej znanej z albumu St. Anger. Akustyczną aranżację zaprezentowali po raz pierwszy na koncercie Bridge School Benefit w 2007 roku, a odświeżyli ją sobie rok temu, na koncercie charytatywnym własnej fundacji All Withing My Hands. Ten akustyczny smakołyk zdecydowanie zyskał dodatkowo na smaku dzięki temu wykonaniu. To jedna z bardzo rzadkich sytuacji, gdzie Metallica zrobiła swój własny cover, czyniąc z piosenki w zasadzie zupełnie nowy utwór, w warstwie muzycznej.

Ale to nadal nie była największa niespodzianka wieczoru. Za taką można chyba śmiało uznać rzecz, która wydarzyła się jako kolejna. W setliście było (Anasthesia) – Pulling Teeth, czyli utwór/jam/solo basowe Cliffa Burtona z albumu Kill’em All. Ale na scenie nie pojawił się Rob. Snop światła skierowano na Scotta Pingela – głównego basisty San Francisco Symphony. Scott chwycił za elektryczny kontrabas i zaczął grać improwizację, która coraz śmielej przekształcała się w Anasthesię. W kluczowym momencie dołączył do niego Lars, serwując niebywałą, współczesną wersję klasycznego sola na basie, jednocześnie składając przepiękny hołd nieżyjącemu basiście Metalliki.

Niektórzy fani kręcili nosami, że atmosfera nieco siadła podczas pierwszej połowy drugiego setu, ale z czysto muzycznego punktu widzenia, było to najciekawsza i najbardziej kreatywna porcja koncertu. Oczywiście druga połowa to już była „impreza”, celebracja z fanami – a na kończącym wszystko Enter Sandmanie Michael Tilson Thomas stanął nawet za klawiszami. Metallica z klawiszami? Rzecz kiedyś nie do pomyślenia, teraz – oczywista część zabawy, przepełnionej dystansem do wszystkiego dookoła, ale niepozbawionej profesjonalizmu.

S&M2

Czy S&M2 był lepszy od S&M? Nie. Czy miał taki być? Nie. Czy był gorszy? Też nie. Był po prostu inny. Taka wizja przyświecała Larsowi i reszcie. I wizję tę udało się zrealizować doskonale, podobnie jak przy okazji albumu HtSD. Udało się złożyć hołd przeszłości, zaczerpnąć z niej inspiracji, ale nie cofać się w czasie, tylko stworzyć nową jakość. Metallica nie gra już tak, jak 20 lat temu i nie próbowała tak grać. James zmienił technikę śpiewania i zmienił się jego głos.

Dodatkowo, miał w 2018 i 2019 długotrwałe problemy ze strunami głosowymi, których nie udało się zamaskować. Hektyczny czas postprodukcji, a także osobiste i zdrowotne problemy Jamesa, wykluczyły dodatkowe nagrania w studiu, którymi „łatano dziury” w oryginalnym S&M-ie, sprawiając, że album momentami brzmiał sztucznie. Na S&M2 widzimy Metallikę autentyczną, ludzką – ze wszystkimi tego wadami i zaletami.

Czynnik ludzki, spontaniczność, organiczna energia, chemia i luz już dawno wzięły górę nad próbami osiągnięcia technicznej perfekcji. Metallica 2019 roku to czterech uśmiechniętych facetów, przepełnionych wdzięcznością do fanów, uwielbiających grać razem na scenie. Metallica 1999 roku to czterech maczo (no, trzech maczo plus Kirk) z przerośniętym ego, z których każdy usiłuje zagarnąć cały show dla siebie.

Lars płonie żywym ogniem na tym koncercie. Zgoda, jego kunszt techniczny ma się nijak do finezji wykonań Ktulu czy Outlaw z 1999 roku. Ale entuzjazmu, pasji, pełnego zaangażowania nadal nie można mu odebrać, a to robi największą robotę. A na S&M2 dał z siebie 150%. Takiej ilości młodzieńczej energii, takiej miłości włożonej w każde uderzenie nie widziałem u niego już od dosyć długiego czasu. Lata lecą i siłą rzeczy Lars nauczył się rozsądniej gospodarować energią, mając na względzie wiek i długowieczność zespołu. Ale na S&M2 grał tak, jakby nie było jutra. Jego pot, ślina i inne soki tryskały od zestawu perkusyjnego na wszystkie strony, zraszając energią muzyków i fanów zgromadzonych dookoła. Lars to czysty muzyczny żywioł, który inspiruje nie mniej, niż te 20 lat temu, a względu na swoją obecną niebywałą otwartość, serdeczność i ciepłość serca, być może nawet bardziej.


Przeczytaj też: WorldWired Tour: W trasie po UK z zespołem Metallica


Najbardziej zaskoczył mnie ten film pod innym względem. Metallica wydała już tony oficjalnych albumów live i koncertowych filmów. Lepiej i gorzej wyprodukowanych, będąc w lepszej lub gorszej formie. Ale chyba żaden jak dotąd wydany film, zarówno oficjalny i nieoficjalny, nie udokumentował lepiej kwintesencji tego, czym są koncerty Metalliki. Być może dzięki temu, że był to pierwszy „duży” koncert bez barierek, a scena była w środku. Nie było nawet tej minimalnej, fizycznej bariery między muzykami a fanami. Nic nie zakłócało więc obiegu energii w pomieszczeniu i na tym filmie po prostu widać, czuć, że to najprawdziwszy cud, że nie urwało dachu w Chase Center. Metallica to żywioł, ale żeby rzeczywiście to zrozumieć, trzeba tego doświadczyć osobiście i dotychczas nie było alternatywy. Obejrzenie S&M2 w kinie (o dobrym nagłośnieniu!) po raz pierwszy dało względną namiastkę tego doświadczenia.


Odbiór koncertu był mocno zależny od sali kinowej. Obejrzałem seans w trzech różnych kinach w Polsce i wrażenia, zwłaszcza dźwiękowe, były skrajnie różne. Bardzo przyzwoicie było w Cinema City z systemem Dolby Atmos – tylko tam bas i perkusja zabrzmiały w przyzwoity sposób. Zwykła sala Cinema City obcięła te wrażenia słuchowe o połowę, a Multikino to była w ogóle porażka, która mogła skutecznie zniechęcić zarówno do S&M2, jak i Metalliki w ogóle.