Ten rok bezsprzecznie należy do Taylor Swift. Można się spierać, że fala wznosząca przyczepiła się jej nazwiska już co najmniej pięć lat temu, ale dopiero wydanie płyty 1989 i zdecydowane odcięcie się od nawet cienia brzmienia country sprawiło, że urok Swift niczym zaraźliwa choroba opanował cały glob. Stała się najpopularniejszą popową piosenkarką tego roku, najgorętszym nazwiskiem show-biznesu, najbardziej wpływową piosenkarką ostatnich lat. Zdobyła wszystko i dumnie kroczy przez wyboje muzycznego świata. Jak wypada na żywo? Czy rzeczywiście zasłużenie wyprzedaje amerykańskie stadiony? Czy ma w sobie więcej z gwiazdy czy inteligentnej dziewczyny? Czy The 1989 World Tour to spektakularna trasa koncertowa? Odpowiedzi na te pytania próbowałam znaleźć w Londynie.

Często jest tak, że na koncerty topowych wykonawców chodzi się, bo warto. Gdy odwiedzają nasz kraj idziemy tłumnie, bo to wielkie wydarzenie, wielkie show, dużo świateł, a po powrocie do domu fajnie jest wrzucić na Facebooka fotkę i napisać: byłem.

Mnie Taylor Swift urzekła trzy płyty temu, wydając album Speak Now. Dla Amerykanów już wtedy była wielką gwiazdą muzyki country. W Europie powoli zjednywała sobie publiczność. Gdy w lutym – tak, to chyba był luty – ogłoszono, że zjawi się w Londynie w ramach światowej trasy koncertowej The 1989 World Tour i zagra na British Summer Time 2015 bilety kupiliśmy w dniu rozpoczęcia sprzedaży. I dobrze, bo był to jedyny wyprzedany dzień tego 10-dniowego wydarzenia.

Już w lutym było oczywiste, że będzie to trasa koncertowa roku, a w Europie odbędzie się tylko kilka koncertów. O dziwo w Londynie pokuszono się zaledwie o jeden, ale za to w nie byle jakiej lokalizacji, bo w Hyde Parku. Po przybyciu na miejsce przywitały nas tysiące rozochoconych fanów i prezenty-bransoletki od Taylor. W trakcie koncertu odbierały one magiczne fale i w zależności od piosenki świeciły się na inny kolor! Taka miła zabawka.

Studencki kwadrans

Nie dotyczy on Taylor Swift. Rozwiewając wszelkie złudzenia – nie spóźniła się. Nie kazała na siebie czekać dłużej niż zapowiadał ramowy plan imprezy. Wręcz przeciwnie. Pojawiła się na scenie 15 minut wcześniej! Spektakularnego wejścia niestety nie było, bo w promieniach wciąż dość wysoko wzniesionego słońca ciężko docenić grę świateł, ale powitała nas filmikiem imitującym Nowy Jork – budynki i dźwięk klaksonów aut stojących w korku. Oczywiście zwiastowało to piosenkę Welcome to New York i pierwsze taneczne popisy Taylor.

Z tancerki Taylor nie ma w sobie zbyt wiele. Nową wersją młodej Britney Spears się nie stanie, ale z całą pewnością posiada bardzo duże poczucie humoru i talent aktorski, który pomaga jej z wdziękiem radzić sobie w tanecznych próbach w towarzystwie licznego grona tancerzy. W trakcie całego koncertu rola Taylor, co w zasadzie jest zrozumiałe, ograniczała się do machania ręką, nogą, obracania się wokół własnej osi i co najważniejsze – pewnego siebie chodzenia niczym top modelka ze światowych wybiegów. Ostatecznie ma przecież pierwszoligowe nauczycielki…

Pełen zestaw

Koncertowa set lista tej trasy pozostaje niezmienna, widziałam ją już w sieci kilkakrotnie przed tym koncertem, ale celowo nie oglądałam żadnych nagrań video ani zbyt wielu zdjęć, żeby nie popsuć sobie przyjemności z przeżywania show na żywo. Efekt był taki, że wszystko co działo się na scenie, nad sceną i dookoła sceny było dla mnie zupełną niespodzianką.

Jednak tuż po pierwszym koncercie natrafiłam w sieci na komentarze mówiące, że w wybranym przez Taylor zestawie brakuje piosenek z jej pierwszych płyt. Rzeczywiście w set liście królują utwory z 1989, ale wystarczy posłuchać przemowy przed Love Story, aby zrozumieć, dlaczego tak jest.

Otóż Swift oznajmiła 65 000 zgromadzonym w Hyde Parku fanom, że po jednym z ostatnich londyńskich koncertów The Red Tour postanowiła, że chce zmienić swoje życie, ściąć włosy, wyprowadzić się do Nowego Jorku. To wszystko zrobiła, o tym wszystkim napisała nowy album i właśnie taką przemianę ma pokazywać ta trasa koncertowa. I właśnie dlatego sztandarowe Love Story, jej pierwszy brytyjski hit, doczekał się nowej, zabawnie w sieci nazwanej, popowej wersji.

Faktycznie jest to nieco optymistyczniejsza odmiana tej piosenki, świetnie pasuje do pozostałych utworów z set listy. Oddająca klimat nowej płyty. Nie powiedziałabym, że Love Story cokolwiek na tej przeróbce straciło. Wydaje mi się, że nie, bo nie jest to najlepsza piosenka w jej repertuarze i brzmi równie dobrze zagrana z lekkim beatem, jak i utrzymana w gitarowym klimacie.

Odjazdowe kreacje i ruchome elementy

Popowe koncerty to pokaz mody. Musi być dużo kostiumów i każdy w innym kolorze tęczy. W przypadku Taylor za każdym razem wyeksponowane musiały być nogi – choć nie zawsze były odsłonięte. Czasami wyskakiwała w spódniczce, czasami w shortach, czasami w lateksie, a innym razem w złotym kombinezonie, który przy pianinie wyglądał niczym balowa suknia. Gdy była taka potrzeba stroje się świeciły, np. w How You Get A Girl, czasami wystarczyło że były mroczne, jak w We Are Never Getting Back Together i Bad Blood a innym razem długie kozaki podkreślały jej długie, zgrabne nogi.

Nigdy nie byłam i chyba nigdy nie zostanę fanką 10-krotnego przebierania się w trakcie występu. Nie widzę w tym sensu, nie rozumiem tego, ale gdybym miała coś Taylor doradzić to byłoby to przebieranie się tylko trzy razy – na wersję drapieżną, romantyczną i neutralną. Wystarczyłoby.

Oczywiście stroje to jedno, a scenografia to drugie. W Hyde Parku dużo do scenografii dodaje ogólna aura obiektu i scena usytuowana w drzewach – sztucznych, ale robiących niezłe wrażenie. Od siebie Taylor dodała wybieg i wybieg ruchomy z balustradą na każdej stronie. Podczas wykonywania You Are In Love, Clean i Love Story wzniosła się na wyżyny i przemawiała, a potem śpiewała dla fanów z góry – raz do tych po prawej, raz do tych po lewej stronie, ale najczęściej do tych po środku, czyli w tym wypadku dla VIPów siedzących na wieży. To były też momenty największej interakcji z fanami, kiedy to prosiła o powtarzanie wybranych wersów. Ruchomy wybieg poruszył się także na Shake It Off, gdzie Taylor i tancerze odegrali finalne sceny i pożegnali się z publicznością.

Na telebimach, poza pyszczkiem Taylor i twarzami jej przyjaciółek, śmigały przeróżne animacje. Najciekawsza była ta do We Are Never Getting Back Together z Taylor wystylizowaną na zadziorną laskę, która potrafi dokopać, gdy coś ją zezłości.

Oprócz tego na scenie nie działo się zbyt wiele. Byli tancerze, którzy czasami przesuwali drzwi, lustra czy okna. Podczas Out of the Woods biegali po scenie z papierowymi samolotami, przy innej piosence z parasolkami, ale atrakcji na miarę Prismatic World Tour nie było.

Squad przyjaciółek

Przed wyjściem na koncert, a w zasadzie już kilka dni przed nim, zastanawiałam się kogo Taylor zaprosi na scenę. Wiedziałam, że w Londynie mieszka zbyt wiele gorących nazwisk, aby Style obyło się bez spektakularnych gości. Po cichu liczyłam na duet z Ellie Goulding, ale do niego nie doszło. Miałam jednak obawę, że Taylor zaprosi kogoś kogo najzwyczajniej w świecie nie będę znać, a tłum dookoła mnie oszaleje ze szczęścia.

I poniekąd miałam rację. Z tą różnicą, że znam te dziewczyny z teledysku do Bad Blood i wspólnych zdjęć z Taylor. Otóż na scenę do Hyde Parku zaproszone zostały przyjaciółki Taylor – Kendall Jenner, Gigi Hadid, Martha Hunt, Karlie Kloss, Cara Delevigne oraz Serena Williams, która na Instagramie wprosiła się na koncert. Kendall pojawiła się na scenie jako pierwsza, a Cara jako ostatnia i została zapowiedziana, jako narodowa duma Brytyjczyków. Coś w tym jest, bo na widok wynurzającej się z otchłani Cary machającej olbrzymią brytyjską flagą tłum oszalał. Panie przeszły się po wybiegu, pomachały do tłumu, ucałowały Taylor i zniknęły.

Tłum szalał też za każdym razem, gdy na telebimach pojawiały się filmiki z wypowiedziami pozostałych przyjaciółek Taylor – z tych obecnych na koncercie też kilka w filmiku wystąpiło, m.in. Cara. Dziewczyny opowiadały o przyjaźni z Taylor, o tym, jak Taylor się zmieniła, jak pozytywne wnioski wyciągnęła z wszystkiego złego, co ją w życiu spotkało i jaką jest wspaniałą przyjaciółką. Takich nagrań było kilka, trzy bądź cztery, razem z przemowami samej piosenkarki zajęłyby 40 minut koncertu. Mnie po drugim razie zaczęły zwyczajnie nudzić. Podobał mi się natomiast filmik z kotami Taylor! Był jeden i bardzo uroczy. Idealnie!

Kobieca siła

Ta trasa powinna nosić inną nazwę – Twarde Dziewczyny albo Niezależne Kobiety, bo właśnie takie było przesłanie tego koncertu. Naturalnie taka nazwa zniechęciłaby do udziału wielu panów, ale mogę się założyć, że i tak to dziewczyny dominowały w tym wielkim tłumie. Przez cały koncert, w każdej piosence, w każdej przemowie Taylor próbowała przekonać zgromadzonych, że bycie silną, niezależną, twardą i inteligentną kobietą to nie zbrodnia, to obowiązek i przywilej. Nie mówiła tego wprost, ale takie przesłanie jawiło się między słowami. Nawet sam ruch sceniczny, mocno i pewnie stawiane kroki udowadniały, że Taylor niczego się nie boi. Można powiedzieć – nie musi, ma kupę kasy, prestiż, pozycję, ma wszystko. Ano ma, ale też może to wszystko bardzo łatwo stracić. Za dwa, trzy lata jej kariera może zacząć spadać. Byłoby to nawet dość naturalne, bo wyżej już chyba nie da się dojść. Ale wtedy zostanie w niej ta siła, o której tyle opowiadała i świadomość, że błędy umacniają nas jako ludzi, uczą i pomagają, a nie niszczą i przyciągają do ziemi.

Co kilka utworów Taylor chwytała mikrofon i dzieliła się z tłumem swoimi przemyśleniami. Na temat miłości, przyjaźni czy tych wspomnianych już przeze mnie błędów i życiowych lekcji. Te przemowy, gdyby podliczyć czas ich trwania, spokojnie zajęły 30-35 minut całego koncertu. Ale im koncert posuwał się bardziej do przodu (bądź zbliżał się do końca), jasne było, że Taylor chce dopowiadać historie do piosenek, które niedawno wydała. Pragnie wyjaśniać o czym są, pragnie przekonywać ludzi, że nieważne co robią w codziennym życiu, dla niej są wyjątkowi, bo w rzeczywistości właśnie tacy są. Wyjątkowi. I tu płeć nie ma już żadnego znaczenia. Taylor byłaby idealną kandydatką do poprowadzenia spotkań motywujących. Ma dar!

„Jesteś wyjątkowy. Jesteś sobą, nie czyimś wyobrażeniem o sobie” – krzyczała.

Produkt czy artysta

Rozmawiając o popularnych popowych piosenkarkach najczęściej pada stwierdzenie, że są produktem, który niezbyt dobrze radzi sobie z występami na żywo. Umiejętności wokalne Taylor rzeczywiście kilkakrotnie można było kwestionować, ale podczas londyńskiego występu udowodniła, że przy pianinie i z gitarą w dłoni wokalnie radzi sobie świetnie.

Akustyczne wykonanie You Are In Love było bardzo miłą chwilą wytchnienia od jaskrawej i rozszalałej pierwszej części koncertu. Przez moment na scenę wróciła ta Taylor, która zaczynała swoją muzyczną drogę z gitarą w ręce. Potem ten pierwiastek lirycznej artystki odnalazł się w zagranym na pianinie połączeniu Enchanted/Wildest Dreams.

Zdumiewające może być to, że Taylor wypada równie wiarygodnie, gdy biega po scenie z tancerzami, gdy wraca do swoich lirycznych korzeni oraz gdy szaleje na scenie w przerobionej, mocniejszej (nazywanej też rockową) wersji We Are Never Getting Back Together. Wystarczy jeden uśmiech posłany w kierunku publiczności, aby nabrać pewności, że ona rzeczywiście ma wielką frajdę z tych eksperymentów.

Gdybym miała wybrać mój ulubiony moment koncertu to powiedziałabym, że jest to wykonanie Bad Blood. Począwszy od stylizacji Taylor, po całą oprawę. To nie jest moja ulubiona piosenka z tej płyty, ale koncertowe wykonanie podbiło moje serce. Taka mocna, mroczna, waleczna Taylor to naprawdę ciekawy widok. Bo gdy się na nią patrzy to jest cholernie kruchą istotą. Pewnie dlatego, że jest równie wysoka, co szczupła!

Nice to meet you…

Przed Taylor Swift jeszcze daleka droga do uzyskania miana posiadaczki najlepszego popowego show w historii muzyki popularnej. Co nie zmienia faktu, że przy kolejnej trasie koncertowej jest w stanie to osiągnąć.

Po sobotnim koncercie mogę jednak z uśmiechem na twarzy stwierdzić, że moje przekonanie, co do Taylor jako artystki – nie produktu – było i jest jak najbardziej słuszne.

Ten szczyt, na którym stoi teraz zawdzięcza nie tylko sztabowi ekspertów, ale przede wszystkim sobie i świadomemu kreowaniu swojego wizerunku. Podczas koncertu była autentyczna w każdym momencie. Wypowiadane przez nią słowa, mimo iż powtarzane po raz wtórny na kolejnym koncercie, brzmiały szczerze. A nie każdy artysta ma dar do wyrażania mądrych treści w sposób, w który stają się one wiarygodne.

Taylor dała mi odpowiedź na pytanie, jak to się dzieje, że potrafi wyprzedać amerykańskie stadiony a cały świat ją pokochał. Odpowiedź jest prosta. To dziewczyna z sąsiedztwa, której płytę chętnie kupi Twoja mama, Twój tata, Twoja siostra, Twój brat i Twoje młodsze kuzynostwo. Jej sposób bycia, interakcja z publicznością, serdeczne uśmiechy i urocze gesty sprawiają, że nawet podczas wyćwiczonego show, gdzie każdy dobrze zna swoje miejsce, dokładnie wie, gdzie ma stanąć, Taylor zachowuje świeżość i autentyczność. A w dodatku zaprasza swoje sławne przyjaciółki, a przecież nie musi tego robić… A jednak to robi i zdobywa serce 65 tysięcy fanów zebranych w londyńskim Hyde Parku w pierwszy weekend wakacji.