Bardzo chciałem polubić pierwszą część The Crew. Dawałem jej wiele szans, ale każdą zaprzepaściła. Do The Crew 2 podchodziłem więc ze zdrową rezerwą. Zapowiedziane zmiany początkowo wydawały mi się dziwacznymi urozmaiceniami. Motorówki? Samoloty? Po co to komu? A jednak, wystarczyło dać The Crew 2 jedną szansę. Okazją były pierwsze, zamknięte beta testy, które odbyły się na przełomie maja i czerwca.


Kup grę na Xbox One – tutaj | Kup grę na PS4 – tutaj| Kup grę na PC – tutaj


„Jedynka” w teorii miała wszystko to, co ciekawa, współczesna samochodówka mieć powinna. Wielki otwarty świat, oferujący możliwość zwiedzenia „całych” Stanów Zjednoczonych – w pigułce. Kilka największych i najsłynniejszych miast świata, które każdy niedzielny fan kina samochodowego zna od podszewki – San Francisco, Los Angeles, Nowy Jork i kilka innych. To wszystko połączone siecią dróg umożliwiających odbycie podróży ‚coast to coast’ – fani klasycznego Outruna uronili łezkę ze wzruszenia. Kilka klas pojazdów, od klasycznych muscle carów po hiper samochody. Ciekawe rozszerzenia, które dodały m.in. monster trucki, motocykle, pościgi policyjne i zmienną pogodę. A wszystko to spięte kryminalną intrygą i filmowymi cutscenkami.

A jednak coś nie zagrało. Tym czymś były podstawowe mechanizmy rozgrywki. Sterowanie samochodami na domyślnych ustawieniach to była męczarnia. Godzinna zabawa suwakami w opcjach i liczne eksperymenty pozwoliły na jako-taką rozgrywkę, ale entuzjazm ostatecznie opadł, gdy okazało się, że naprawdę komfortowo można jeździć dopiero po ciągnących się w nieskończoność usprawnieniach pojazdu. A progresja w grze była zatrważająco powolna, wymagająca wielogodzinnego tzw. grindowania, czyli powtarzania tych samych czynności celem rozwinięcia postaci – w tym przypadku pojazdu. I trzeba było to robić dla każdego pojazdu z osobna. Nie pomagał też nierówny stopień trudności – podczas blisko godzinnego wyścigu przez „całą Amerykę” czasem wystarczyła jedna złośliwa stłuczka ze strony przeciwnika, by utracić wszelkie szanse na dobrą pozycję na mecie.

To tylko wierzchołek góry lodowej, który sprawił, że czas zainwestowany w The Crew zwyczajnie nie procentował. Wielu graczom nie pasowały te i inne elementy gry. Dlatego przy „dwójce” autorzy zmienili naprawdę wiele. Przede wszystkim zniknęła fabularna otoczka, która wielu irytowała. Chociaż nie tak do końca, bo cutscenki z różnymi postaciami nadal są, ale nie ma już kryminalnej intrygi. Tym razem jest po prostu pięcie się po szczeblach kariery kierowcy wyścigowego. W tych cutscenkach Ubisoft chce chyba pokazać jakie jest postępowe i tolerancyjne, bowiem naszym mentorem w wyścigach ulicznych jest jeżdżący na wózku niepełnosprawny murzyn. Pewnie jest też uchodźcą, członkiem społeczności LGBT i elektoratu Trumpa, ale tego twórcy każą nam się już domyślać.

Gruntownie przemodelowano system progresji, a także model jazdy. A na deser wprowadzono masę dodatkowych dyscyplin, z których najbardziej karkołomne to wspomniane we wstępie motorówki (które są dosyć zabawne, ale nie tak dynamiczne jak w Hydro Thunder Hurricane) i samoloty (ale są także dodatkowe kategorie pojazdów kołowych – drift, drag, motocross, samochody wyścigowe i inne). Zamknięta beta, która odbyła się między 31 maja a 3 czerwca, pozwoliła przetestować cztery z tych kategorii.

Pierwszą były wyścigi uliczne, czyli najbardziej klasyczna forma rozgrywki w grze tego typu i zarazem to, co starzy wyjadacze lubią najbardziej. To klasyka w najlepszym wydaniu – trzeba dojechać do mety przed przeciwnikami, zaliczając po drodze bramki kontrolne. Te klasyczne wyścigi po miastach zrealizowano tu naprawdę dobrze. Styl graficzny odrobinę przypomina mi Most Wanted z 2012 roku – co nie jest żadnym zarzutem, bo gra była naprawdę ładna wizualnie. Model jazdy jest wyraźnie bardziej responsywny niż w „jedynce”, ale wciąż niedoskonały – niezbędna jest zabawa suwakami w menu, a także ulepszenia pojazdu. To ostatnie na szczęście odbywa się znacznie prościej i szybciej niż w poprzedniej części, chociaż nie jestem fanem systemu nagród w postaci losowych części do pojazdów po każdym wyścigu, które w dodatku należy łączyć w określone zestawy by uzyskać dodatkowe usprawnienia – kojarzy mi się to z bardzo nieudanym i irytującym Need for Speed: Payback.

Najważniejsze jednak, że sedno rozgrywki zrealizowano o wiele lepiej, niż we wspomnianym Payback: model jazdy i styl wizualny o wiele bardziej odpowiadają mi w The Crew 2 niż w ostatnim NfS. Porównuję te dwie gry do siebie nie bez powodu – pod tym względem nadal o wiele bliżej im do siebie niż chociażby do niemal doskonałej Forzy Horizon. Ta ostatnia bowiem oferuje znacznie bardziej realistyczne podejście do tematu. The Crew 2 w żadnej mierze realistycznym nazwać nie można – już na poziomie zwykłych wyścigów ulicznych pojawiają się udziwnienia w postaci ramp pozwalających ścigać się na dachach wieżowców, by potem swobodnie i efektownie z nich spadać. Twórcy duży nacisk postawili na wertykalność rozgrywki, która w najbardziej dobitny sposób ujawnia się, gdy przesiądziemy się do samolotu!

Gdy już ukończymy wstęp i będziemy dysponować przynajmniej po jednym pojeździe w każdej kategorii (ląd/woda/powietrze), możemy się między nimi swobodnie przełączać w trakcie swobodnej eksploracji świata. Mało realistyczne, ba – wręcz zupełnie nierealistyczne, ale całkiem zabawne! Irytuje nas gęsta zabudowa miejska, przez którą musimy się przebić, by przedostać się na drugi koniec miasta? Nic prostszego – wystarczy przełączyć się na samolot, by nasz samochód magicznie zdematerializował się i na jego miejsce zmaterializował się samolot, w dodatku już rozpędzony i gotowy do startu! Jakież by to było przydatne w realnym życiu, by ominąć korki. Gra daje namiastkę pełnej swobody w przemierzaniu ogromnego świata i robi to naprawdę dobrze.

W dodatku świat widziany z góry potrafi być naprawdę ładny. Oczywiście mapa jest bardzo rozległa i aby to wszystko pokazać na ekranie, konieczne były pewne ustępstwa. Szczegółowość brył budynków i inne detale grafiki ulegną więc uproszczeniu, ale Nowy Jork przy zachodzącym słońcu nadal wygląda obłędnie i lot między jego wieżowcami to czysta poezja. Podobnie duże wrażenie robi kolorowe Miami nocą i przejażdżka jego neonowymi ulicami szybkim Ferrari będzie równie ekscytująca, co przelot nad nimi. Oczywiście Las Vegas nocą także zrobi olbrzymie wrażenie, chociaż mój faworyt to majestatyczne Monument Valley o wschodzie słońca – najlepiej w helikopterze…

Jeśli wyścigi mogą być romantyczne, to The Crew 2 właśnie takie jest. Być może brzmi to głupio i absurdalnie, ale zapewne każdy fan czterech kółek skrycie marzył o odtworzeniu różnych scen z ulubionych amerykańskich filmów akcji. I ta gra jako jedyna taką możliwość właśnie daje. Ale nic dziwnego – wśród twórców są m.in. ludzie sprawujący pieczę nad powstaniem w przeszłości takich tytułów jak serie Test Drive Unlimited i Driver… I to DNA w The Crew zdecydowanie czuć. Mimo pewnych niedociągnięć, mi się beta testy bardzo podobały i nie widzę powodu, dla których The Crew 2 miałoby nie pomóc mi zaspokoić moich potrzeb wyścigowych do czasu premiery nowego króla gatunku – Forzy Horizon 4.

Podobne Posty