Chciałam jak najdłużej delektować się nowym sezonem The Crown, bo widziałam, że ponownie będzie to uczta dla oka i ucha. Poprzednie dwa sezony połknęłam bardzo szybko, odkrywając serial późno, bo oczywiście nie był w kręgu moich zainteresowań, bo oglądali go wszyscy. Gdy się już przekonałam, przepadałam bez pamięci, ale tym sezonem chciałam się po prostu nacieszyć. Właśnie skończyłam oglądać ostatni odcinek.

Założyłam, że z każdego wybiorę jedną rzecz, jaka najbardziej mi się podobała i stworzę tekst Top 10 najciekawszych momentów z 10 odcinków trzeciego sezonu. Skończyłam wypisywać te najlepsze rzeczy po trzecim odcinku. Dlaczego? Mniej więcej wtedy zrozumiałam, że tego sezonu nie da się zamknąć w podpunktach, co udałoby się przy poprzednich. A przynajmniej tak mi się wydaje, gdy sięgam pamięcią do starych odcinków.

Trzeci sezon The Crown to opowieść o Koronie, nie o Królowej i jej życiu. To opowieść o życiu ludzi będących w jej większym bądź mniejszym cieniu – o jej siostrze, dzieciach, trochę też o mężu, choć o nim wiele powiedziano w poprzednich sezonach. Z perspektywy czasu pewnie okaże się, że ten sezon to niejako przeczekanie, zachowanie chronologii opowiadanych wydarzeń po to, żeby czwarty znów był wciągający i bardziej skupiony na Królowej.

Choć prawda jest też taka, że pierwsze 25 lat panowania królowej Elżbiety II właśnie takie były – widowiskowe momentami, okraszone pytaniami, po co monarchia i czemu ma służyć. To również ten czas, w którym jej dzieci zaczęły wieść własne życie. Powoli wchodząc w królewskie obowiązki, a ona sama, już jako Królowa, zaczęła być figurą, osobą której codzienne życie było albo powodem do żartów niektórych, albo czymś zupełnie nieistotnym w życiu przeciętnego obywatela.

Scenarzystom udało się wybrać ciekawe wydarzenia z lat 1964-1977. W zasadzie w każdym odcinku przenośmy się do wydarzenia, które pozwala w inny sposób spojrzeć na brytyjską rodzinę królewską. Moje ulubione odcinki to ten, w którym poruszono katastrofę w Aberfan (odcinek 3), pobyt księcia Karola w Walii (odcinek 6), fascynacja księcia Filipa kosmicznymi podbojami i spotkanie z astronautami (odcinek 7) i ostatni odcinek (10), gdzie dochodzi do aktorskich popisów Olivii Colman i Helena Bonham Carter.

Raczej nikogo nie zdziwię pisząc, że zmiana aktorów nigdy nie należy do moich ulubionych zabiegów. Oczywiście obsadzenie w roli królowej Elżbiety II Colman a w roli księżniczki Małgorzaty Bonham Carter było gwarancją świetnego aktorstwa, skrupulatnego przygotowania się do roli i popisów na najwyższym poziomie, ale mimo wszystko przywiązałam się do poprzednich twarzy. Przez pierwsze odcinki nie mogłam się skupić na fabule, bardziej zwracałam uwagę na aktorstwo i to, w jaki sposób aktorzy weszli w role. Czy są lepsi niż ich poprzednicy? Czy bardziej mnie przekonują? A może nie sprawdzają się w swoich rolach i mnie irytują?

W pewnym momencie przekonałam się jednak do Colman, ostatecznie dochodząc do wniosku, że o ile Claire Foy była uroczą Elżbietą II, Colman ma te cechy, które bardziej upodabniają graną przez nią postać do faktycznej królowej. Więcej surowości, powściągliwości, mniej tego błysku w oku, który ma Foy i który sprawiał, że wydaje się sympatyczna, delikatna i trochę zbyt czarująca, jak na brytyjską królową.

Niezmiennie, od pierwszego sezonu, podoba mi się sposób opowiadania historii w tym serialu.

Godzinne odcinki, każdy tak naprawdę dotyczący jednego tematu (jednego wydarzenia, jednej opowieści), są napisane tak, że trudno czuć niedosyt. Po każdym mam ochotę sama doczytać sobie informacje na różne tematy, sprawdzić co mówią źródła i na ile serial jest wierny faktom, a na ile przyjmuje linie którejś ze stron. Nigdy nie poczułam, że coś opowiedziano zbyt wolno lub zbyt szybko, nie wyczerpując tematu i pozostawiając widza bez odpowiedzi. Oczywiście to nie tak, że na przykład godzinny odcinek o Aberfan wyczerpał temat i więcej nie można już powiedzieć. Można, zawsze można, ale Peter Morgan robi to w taki sposób, że widzowi pozostaje zgłębienie tematu, który w dużym stopniu już poznał. Wielu scenarzystów powinno się od niego uczyć tej sztuki pisania scenariuszy seriali, w których żadna minuta nie jest stracona i jednocześnie żadnej nie brakuje.

Z niecierpliwością czekam na kolejny sezon, wyczekując informacji o wydarzeniach, które tym razem zostaną poruszone. The Crown powoli wchodzi w ten ciekawy, zarazem niebezpieczny okres, w którym media coraz mocniej interesowały się rodzina królewską, robiąc z nich gwiazdy i pieczołowicie relacjonując ich kroki. Wierzę, że Morgan udźwignie temat równie dobrze, jak zrobił to w pierwszych trzech sezonach. No i oczywiście powoli zbliżą się czas Diany, a to pikantny temat.

The Crown to zdecydowanie jeden z najlepszych, pod względem scenariusza, aktorstwa, charakteryzacji, stylizacji, scenografii serial ostatnich lat. Idealny punkt wyjścia do poznania brytyjskiej monarchii, łyku historii podanego w najbardziej przystępnej formie z możliwych. W gąszczu kiepskich i średnich seriali naprawdę lepiej poświęcić czas na obejrzenie The Crown.