Obejrzałam ten film dzień po premierze, a może nawet w dzień premiery. Dwa dni później przygotowałam szkic tekstu, grafikę i wszystko to, co robię zanim powstanie tekst gotowy do publikacji. Nieubłaganie zbliża się koniec miesiąca, dziesiątki recenzji The King pojawiły się już w sieci i moja mogłoby nigdy nie powstać, ale obiecałam sobie, ze koniec z przekładaniem publikacji na wieczne potem i trzymanie szkiców tekstów mających trzy lata (!). Dlaczego nie spieszyło mi się do skończenia tego artykułu? Powód jest prosty – nie jestem zachwycona tym, co wypuścił Netflix, ale też nie rozczarowana na tyle, żeby targały mną silne emocje. A to pod ich wpływem pisze się najlepiej i najszybciej.

O ile nie ukrywam mojego zamiłowania do historii jako takiej, o tyle nigdy nie przepadałam za czasami rycerskimi, królami wojującymi mieczami i walkami w błocie w hełmach z herbem królestwa. Wiedziałam, że choćby z tego powodu The King mnie nie zachwyci. Była jednak dłuższa lista powodów, które przemawiały za tym, żeby obejrzeć ten film.

Hal (Timothée Chalamet) to krnąbrny książę, który nie chcąc obejmować w przyszłości brytyjskiego tronu, opuścił dwór i zamieszkał wśród ludu. Jednak po śmierci swojego tyranicznego ojca Hal zostaje koronowany i — już jako król Henryk V — musi rozpocząć królewskie życie, przed którym tak bardzo się wzbraniał. Na dworze odkrywa świat pałacowej polityki i pozostawionego przez ojca wojennego chaosu, a także mierzy się z emocjonalnym bagażem ze swojego minionego życia — w tym z niełatwą relacją ze swoim najbliższym przyjacielem i mentorem, starzejącym się rycerzem alkoholikiem Johnem Falstaffem (Joel Edgerton) – opis dystrybutora.

Przede wszystkim byłam ciekawa jak twórcy podeszli do tej historii i jak wiele jest w niej szekspirowskiego klimatu. Nie od dziś wiadomo, że tego typu wielkimi produkcjami Netflix próbuje udowodnić, że może bez kompleksów stawać w szranki z dystrybutorami filmów ładujących w kinach i walczyć o najważniejsze nagrody. Kolejnym powodem był po prostu fakt, że niewiele filmów „by Netflix” widziałam, bo zazwyczaj te, które proponują zupełnie nie leżą w kręgu moich zainteresować. W ubiegłym roku widziałam Dumplin’ (pol. Kluseczka) z Jennifer Aniston i dość skutecznie zniechęcił mnie do filmów Netflixa. Inny powód to oczywiście obsada – Timothée Chalamet, Ben Mendelsohn, Robert Pattinson czy Lily-Rose Depp. Część nazwisk już zasłużyła się filmom i serialom, część robi wszystko, żeby za naście lat być na liście czołowych aktorów.

Co mi się podobało? Świetna rola Pattinsona! Szczerze mówiąc to on zaskoczył mnie najbardziej przygotowanym do roli – akcent pierwsza klasa! Naprawdę doskonale zagrał Delfina. Już od lat nie widziałam go w żadnej produkcji i po obejrzeniu Króla czuję, że chyba powinnam, bo Edward z sagi Zmierzch to już naprawdę zamierzchłe czasy. Fantastycznie było znów podziwiać Mendelsohna, który skradł moje serce w serialu Bloodline. Sam Chalamet, od kilku lat czołowy aktor tzw. młodego pokolenia nieszczególnie mnie zaskoczył. To jest ładny chłopak, co wszyscy wiedzą, z niebanalną urodą, błyskiem w oku, ładnym głosem, któremu talentu odmówić nie można. W tym filmie zrobił tyle, ile był w stanie zrobić aktor, którego postać najpierw jest zbuntowana i opryskliwa, później waleczna i zadziorna, a na końcu zdradzona i rozczarowana. Mój kłopot polega na tym, że Hal był w teorii głównym bohaterem tego filmu, a Delfin skradł jego show.

Być może to kwestia zbyt teatralnego podejścia do scenariusza. Momentami miałam wrażenie, że nie oglądam filmu a sztukę teatralną, teatr telewizji. Wrażenie to potęgowało tempo akcji, która czasami zwalniała tak bardzo, że film ciągnął się i ciągnął, mijały kolejne minuty a my ciągle byliśmy w jednym pomieszczeniu, w tej samej scenie. To taki trochę siedzący film, który ma kilka zrywów i porywów serc, ale w większości dzieje się w głowach bohaterów i wiele osób może mieć problem, żeby przez 2 godziny i 20 minut wysiedzieć cierpliwie czekając na koniec. Myślę, że twórcy daliby radę skrócić go do dwóch godzin.

Co poza tym? Doceniam oczywiście scenografie, piękne krajobrazy i ujęcia walk, ale jednocześnie mam wrażenie, że to docenianie rzeczy oczywistych, których dobre wykonanie nie powinno zasługiwać na dodatkową pochwałę. To już przecież standard, że te elementy nie zawodzą w wysokobudżetowych produkcjach. Zdziwiłabym się, gdyby Król był pod tym względem niedopracowany. Obejrzeć warto, ale nie dla dobrego kina, a po to, żeby popodziwiać aktorów i zobaczyć, w jakiej filmowej formie (dobrej czy złej) jest aktualnie Netflix.