O istnieniu Tiny dowiedziałem się w 2014 roku, kiedy koncertowała z Alem Di Meolą. Tak się wówczas złożyło, że nie mogłem się wybrać na koncert, ale pomyślałem, że warto zainteresować się bliżej postacią Tiny. Tym bardziej, że Al z byle kim nie współpracuje, a przede wszystkim nie codziennie wybiera sobie wiolonczelę, jako instrument towarzyszący jego gitarowym poczynaniom scenicznym.

Okazało się, że Tina jest muzykiem wszechstronnym, a jej różnorodne działania w dużej mierze pokrywają się z zakresem moich zainteresowań muzycznych. Przede wszystkim, jest jedną z głównych solistek Hansa Zimmera i towarzyszy mu nie tylko na koncertach, ale także w studiu. Jej nazwisko widnieje więc w napisach końcowych wielu głośnych hollywoodzkich produkcji. My Polacy możemy znać ją np. z czołówkowej piosenki do serialu Pakt, do którego nagrywała partie wiolonczeli. Ponadto Tina nie stroni od nagrywania każdego rodzaju muzyki – od kolęd, po covery Taylor Swift i Metalliki.

Jej najnowszy solowy album zwie się Game On! i jak nie trudno się domyślić, zawiera on muzykę z wielu popularnych współczesnych i klasycznych gier, od Metal Gear Solid po Tetrisa. To właśnie celem jego promocji Tina wybrała się w pierwszą prawdziwą solową mini-trasę po UK, gdzie zagrała dwa koncerty, w Manchesterze i Londynie. Na miejsce koncertu w stolicy wybrano nieduży kościółek Round Chapel w dzielnicy Hackney. Dzieli mnie od tego miejsca zaledwie 5 stacji metra, ale za to dwa razy muszę się przesiadać…

Nic jednak nie było w stanie zmniejszyć mojego zapału do zobaczenia nareszcie Tiny na żywo. Ze wspomnianą trasą Ala się rozminąłem, parę razy robiłem też przymiarki do zobaczenia Hansa na żywo, ale jakoś nie wychodziło. Teraz jednak nadarzyła się najlepsza ku temu okazja, bo Tina znakomicie radzi sobie w roli głównego artysty.

Na koncerty przybyła z całym zespołem, w skład którego weszli: gitarzysta John Huldt ze Szwecji, basista Kfir Melamed z Izraela i perkusista Frank Klepacki, który jest także twórcą muzyki do gier. Bardzo eklektyczna mieszanka kulturowa, pozwalająca każdemu z muzyków wnieść unikalne elementy do koncertu.

Jak przystało na koncert promujący konkretny album, Tina skupiła się głównie na muzyce z Game On!, wykonując wszystkie kompozycje na nim zawarte, chociaż w innej kolejności niż na płycie. Na otwarcie wybrano Chrono Trigger i Final Fantasy VII, które dały dosyć dobry pogląd na muzyczną różnorodność stylistyczną tego wieczoru.

Muzyka bowiem domyślnie ma charakter filmowo-orkiestrowy, a skład towarzyszący Tinie jest typowy dla muzyki rockowej. Niezbędne było więc posłużenie się podkładami, zawierającymi instrumenty nieobecne na scenie, oraz dodatkowe ścieżki wiolonczeli. Aby zrobić należyty użytek z rockowego składu, w wiele aranżacji wpleciono całe segmenty metalowe. Jak sama Tina powiedziała tuż przed wykonaniem muzyki z Halo, „jeśli wydaje wam się, że słyszycie jakieś metalowe fragmenty, których nie ma oryginalnie w tych utworach, to macie rację, bo ich tam nie ma, a my je dodaliśmy”.

Połączenie to było bardzo ciekawe i w większości sytuacji sprawdziło się naprawdę świetnie, dodając dynamiki i dramaturgii i tak interesującej muzyce.

Jedyne zastrzeżenie mogę tutaj mieć do brzmienia – ciężko powiedzieć, czy to wina trudnej akustyki hali, czy nieumiejętnej pracy dźwiękowca, ale całość brzmiała mało selektywnie, a dźwięk wiolonczeli czasem zlewał się z tłem lub nawet z gitarą, ze względu na szeroko pokrywające się częstotliwości. Zabrakło klarowności w miksie i czasem ciężko było wyłapać ścieżkę, która grana jest aktualnie na scenie przez Tinę.

Nie zepsuło to jednak odbioru koncertu. Ten był bowiem na tyle oryginalny, atmosferyczny i nietypowy, że w pełni wynagradzało to drobne niedogodności dźwiękowe. Repertuar z gier uzupełniono filmowym. Pojawiły się ścieżki z serialu Game of Thrones, jeden z ulubionych utworów Tiny z filmu Kung Fu PandaOoogway Ascends, motywy z Gladiatora, Ostatniego Mohikanina, a na zakończenie pierwszego setu, wyczekiwane przez licznych fanów elektryzujące Wonder Woman w wersji na elektryczną wiolonczelę.

Drugi set otwarty zaś został cytatem z mojej ulubionej muzyki filmowej Hansa – utworem Time z Incepcji. Oryginalnie jest to dosyć prosty utwór, oparty na tej samej, prostej progresji akordów, która w dramatyczny sposób najpierw narasta, by potem niemal zupełnie się wyciszyć. W wersji koncertowej Tina urozmaiciła ten segment dając szansę na zagranie gitarzyście Johnowi solówki, inspirowanej trochę epickimi solami z utworów Pink Floyd.

No cóż, John to nie David Gilmour, nie wszystkie frazy, którymi się posłużył dobrze wpasowały się w delikatny i wyrafinowany charakter utworu, ale ogólnie była to interesująca zmiana aranżacji. Podczas kilku ostatnich pętli, podczas których instrumenty grają bardzo cicho i subtelnie, niemal na granicy słyszalności, nikt na sali nawet nie chrząknął. Wszyscy zgromadzeni fani w wielkim skupieniu chłonęli ze sceny te cudowne dźwięki.

Utwory wieńczące koncert zostały wybrane adekwatnie, w myśl narastającej dynamiki gigu i eksplozji następującej w jego końcówce. Dwa ostatnie, kończące główny set utwory to były motywy muzyczne z gier Super Mario Bros. i Tetris. W oryginale oczywiście proste, skoczne melodyjki, tutaj zaprezentowane w zupełnie innej aranżacji. Na szczęście o nieprzesadnej dramatyzacji, nadal z jajem i dystansem do materiału źródłowego.

Tina wspomniała o tym, że melodia z Tetrisa pochodzi oryginalnie z tradycyjnej rosyjskiej muzyki folkowej i mocno inspirowała się nią przygotowując własną aranżację. Tetris został zagrany „z przytupem” i nawet starsze osoby wśród publiki zaczęły się nieco ruszać.

Jak przystało na profesjonalnego artystę scenicznego, nie mogło zabraknąć udawanego zejścia ze sceny i pozwolenia publiczności wywołania go na bis. Tutaj Londyn nie zawiódł, przyjmując Tinę ciepło i entuzjastycznie i po paru minutach muzycy pojawili się z powrotem na scenie, by wykonać klasyczny, bo mający już niemal 10 lat utwór Queen Bee, będący metalową wariacją na temat Lotu Trzmiela. Tutaj Tina mogła już totalnie i bez skrępowania się „wyszumieć”, pokazując w pełni swoje metalowe „korzenie”.

Myślę, że pierwsze solowe koncerty Tiny można uznać za duży sukces.

Wprawdzie nie wyprzedały się, ale mimo wszystko przyszło sporo ludzi, o dużej rozpiętości wiekowej i etnicznej i przyjęli Tinę niezwykle ciepło, jak wyczekiwaną, wielką gwiazdę. Tina zresztą na scenie sprawdza się w tej roli doskonale – jest urodzonym liderem, pełnym charyzmy i energii.

W przerwach między utworami jest wesołą gadułą, która opowiada anegdotki i droczy się z publicznością („teraz wykonamy muzykę z Call of Duty… a którego Call of Duty, to zaraz wam powiem… [zerka na kartkę] …z Call of Duty: Modern Warfare 2„), a w czasie grania zamienia się w wulkan energii, pełen pasji, a nawet agresji, w odpowiednich momentach. Tina ostatecznie dowiodła, że jest prawdziwą artystką, nietuzinkową, której udało się „ożenić” klasyczny, „nudny” instrument kojarzony głównie z muzyką „poważną”, z bogatym światem współczesnej popkultury.

Warto wspomnieć, że tego wieczoru na scenie często zmieniała instrumenty: mieliśmy okazję usłyszeć nie tylko elektryczną i akustyczną wiolonczelę, ale także klasyczne erhu, czyli starą, chińską dwustrunową wiolonczelę, na której wykonała m.in. muzykę z Uncharted. Wniosło to dodatkowy powiew świeżości do koncertu, bo nieczęsto widuje się na scenie tego typu urządzenia.

Jedyne drobne zastrzeżenia jakie mam, to wspomniane już niedoskonałości brzmieniowe i brak czegokolwiek z płyty Cello Metal – liczyłem na usłyszenie na żywo Sanitarium (które, swoją drogą, Tina nagrała z Alem). Być może kolejne koncerty będą już mniej skupione na konkretnym albumie i będą zawierały szerszy przekrój przez bogatą, różnorodną twórczość Tiny.