Jesień uratowała ten tekst. Lubię pisać roczne podsumowania, a jeszcze bardziej lubię przeglądać i analizować statystyki. Sprawdziłam więc, jakich albumów słuchałam w mijającym roku najczęściej, przypominając sobie dzięki temu płyty wydane na początku roku. Wynik jasno pokazuje, że jesienne premiery przysłoniły cały rok. Moje ulubione płyty wydane w 2016 to lista ograniczona do minimum, uwzględniająca tylko te płyty, które naprawdę lubię, doceniam, cieszę się, że się ukazały.

O pozostałych albo wspominałam w recenzjach, albo zostawiam je bez komentarza jedynie zapisując w bibliotece odsłuchanych utworów na Last.fm. Zaskoczenie na tej liście będzie jedno, bo znalazła się tu płyta, o której słowem nie wspominałam wcześniej. Coś tam pojawiło się na Facebooku, ale raczej przeszło niezauważone.

The Pretty Reckless – Who You Selling For

Skrzywdziłam ten album zanim się ukazał. Wszystko przez to, że single w oderwaniu od całości, bez znajomości całości, kompletnie nie oddają charakteru tej płyty. Zwłaszcza, gdy zaczyna się je porównywać do poprzednich płyt The Pretty Reckless. Także – NIE PORÓWNUJCIE, bo może przejść Wam obok nosa naprawdę dobra płyta.

Recenzję tego albumu nie bez powodu napisał Kot. Powód był taki, że Who You Selling For to kopalnia inspiracji klasykami. Ja boję się ich ruszać, żeby się nie sparzyć. Nie zmienia to faktu, że je słyszę, że szalenie podoba mi się nowy kierunek, w którym Momsen poszła z kolegami.  Back to the River, Living in the Storm, The Devil’s Back są dużymi perełkami w dorobku zespołu i jeśli nie macie ochoty na całą płytę, bo długa czy cokolwiek, to posłuchajcie chociażby tej ostatniej piosenki. To moja ulubiona zagraniczna płyta mijającego roku.

Krzysztof Zalewski – Złoto

Wybrałam się latem na imprezę pod szyldem Spragnieni Lata, która okazała się średnim przedsięwzięciem promocyjnym i logistycznym, ale miała jeden wielki plus. Ten plus nazywa się Krzysztof Zalewski i podczas tego męczącego eventu zagrał krótki, bo krótki, ale solowy set z materiałem z wtedy jeszcze niewydanej płyty. Kilka tygodni temu, w modnym stylu polecałam ten album na Instagramie, a dzisiaj z uśmiechem na ustach ogłaszam – oto moja ulubiona polska płyta 2016 roku!

Na płycie Złoto nie ma złej piosenki. Nie ma tez dwóch identycznych, podobnych kompozycji. Nie ma się wrażenia, że autorowi nagle skończył się pomysł. Ma się za to frajdę ze słuchania polskich tekstów napisanych z jajem, z zadziorną puentą, sarkastycznym spojrzeniem. Duża dawka przyjemnych dźwięków, takich do skakania i takich do bujania. Których piosenek powinniście posłuchać? Tej wyżej, Miłość, Miłość, Polsko i Uchodźca.

Kings of Leon – WALLS

Tak bardzo, jak nie podoba mi się pudrowo-różowa okładka tej płyty, tak bardzo podobają mi się wszystkie teledyski, jakie do tej pory wypuszczono. Z najnowszym, do singla Find Me, na czele. Mają niesamowity klimat, przenoszą do Ameryki minionych lat, mają duszę, której brakuje tak wielu popularnym klipom ostatnich lat. Pisząc recenzję WALLS napisałam, że niesamowite jest to, że ten album brzmi, jak skrojony pod rozgłośnie radiowe, ale kompletnie nie słychać, żeby chłopaki się przy jego nagrywaniu męczyli. Po dwóch kolejnych miesiącach obcowania z tym albumem podtrzymuję to zdanie.

W tym wypadku nie umiem podać tytułu piosenki, która jakoś charakteryzowałaby ten krążek albo podnosiła jego poziom. Uwielbiam słuchać Walls, bo dotyka pięknych emocji, ale równocześnie uważam, że dla całej płyty wybranie akurat jej na pokazowy numer byłoby niewłaściwe. Chętnie wracam też do Reverend, obecnej na mojej playliście piosenek poprawiających nastrój. WALLS wylądowało w zestawienie moich ulubionych płyt wydanych w 2016 roku z dwóch powodów – Kings of Leon bardzo zaskoczyli mnie udelikatnieniem, umelodyjnieniem swojego brzmienia i uważam, że wyszło im to naprawdę przekonująco i dobrze.

Gavin DeGraw  – Something Worth Saving

Oto i jest wspomniane przeze mnie zaskoczenie. Jedną z moich ulubionych płyt tego roku jest wydana we wrześniu płyta Something Worth Saving Gavina DeGraw. Akurat tak się złożyło, że świat podszedł do tego albumu sceptycznie, a ja z kolei zakochałam się w She Sets the City on Fire, Say I Am i tytułowej piosence.

Gavina słuchałam mało, kojarzył mi się głównie z tą kultową piosenką z serialu One Tree Hill, I Don’t Want to Be, którą będąc dzieciakiem szperającym w popkulturze i totalnie zauroczonym amerykańskimi serialami, uwielbiałam. Tym albumem Gavin pokazał mi innego siebie. Bardziej wyluzowanego, wciąż niestroniącego od klawiszy, ale wpasowującego je w nowoczesne brzmienie.

Listę moich ulubionych płyt zamykają trzy płyty.

Stay Together Kaiser Chiefs, które doczekało się nawet swojego osobnego dnia w POPvencie, jako zaskakująco przyjemna płyta. Gdybym miała pokusić się o stworzenie listy tegorocznych zaskoczeń muzycznych, tych pozytywnych, to oni byliby na jednym z czołowych miejsc. Porównałabym ich eksperyment z tym, co zrobiło Kings of Leon, bo też złagodzili swoje brzmienie. Na szczęście na straży mocniejszego grania dzielnie stoi Metallika, która daje dowód na to, że na dobre płyty warto długo czekać. Obszerną recenzję płyty Hardwired… To Self-Destruct znajdziecie tutaj, a ja tylko po cichu dodam, że Metallika to jest zespół-przykład, jak można robić swoje i wciąż iść z prądem współczesności. A tak na koniec druga polska płyta, która zrobiła na mnie wrażenie, a wcale się na taką nie zapowiadała. Zaklęty Krąg Cugowskich wciąż uważam za jednej strony ukłon w stronę fanów Budki Suflera, z drugiej fanów Braci z pierwszych wydawnictw, a z trzeciej w stronę radiowego mainstreamu. Przy tym wszystkim to naprawdę przyjemna lekcja rodzinnego grania, różnych inspiracji i bardzo dobrego efektu końcowego.

Jesień uratowała i zdominowała mój muzyczny rok 2016.

Niebawem dam Wam znać, jakie płyty mają szansę zdominować 2017, a zapowiada się naprawdę obiecująco! Stay tuned!