Ilekroć zabieram się za napisanie tekstu związanego z Varius Manx i Kasią Stankiewicz mam ochotę od razu wspomnieć, że po latach wrócili do wspólnego grania. Niezaprzeczalnie jest to fakt, ale stało się to już w 2016 roku, więc ci, którzy mieli się o tym dowiedzieć już wiedzą. W kwietniu tego roku ukazał się ich nowy studyjny album. O płycie Ent pisałam tutaj i chociaż wciąż uważam, że liczba melancholijnych utworów, jakie na nią trafiły powinna zostać znacznie skrócona, nie chciałam przegapić koncertu w ramach Ent Tour. Bo wcale nie jest tak, że jeśli nie rozpływam się nad  albumem to znaczy, że wykreślam artystę z koncertowego rozkładu jazdy.

Zwłaszcza taki zespół, jakim jest Varius Manx w towarzystwie Kasi Stankiewicz trudno pomijać w planach koncertowych. Lubiłam też Variusa bez Kasi, a płyta Eli, ich poprzedni studyjny krążek nagrany w 2011 roku z Anną Józefiną Lubieniecką, to materiał warty posłuchania. Bardziej zróżnicowany muzycznie od Ent.

Ostatnie kilkanaście miesięcy to bardzo intensywny czas dla tego zespołu. Powrót Kasi, o czym zresztą wspomniał Robert Janson w trakcie krótkiego spotkania z fanami poprzedzającego koncert we wrocławskim A2, sprawił, że w wielu fanach odżyły wspomnienia. Wrócił sentyment, zainteresowanie poczynaniami grupy. Najbardziej było to zauważalne podczas pierwszej trasy po reaktywacji. Wtedy zespół nie miał jeszcze wspólnej, nowej płyty i dopiero zaczynał wypuszczać premierowe utwory. Teraz, no już kilka miesięcy temu, ruszyli w Polskę z Ent Tour.

varius_manx_a2

Koncert odbył się w obiekcie górnolotnie nazwanym centrum koncertowym. W praktyce jest to połączenie hali targowej z salą koncertową, zlokalizowane na uboczu. Niestety nie jest to miejsce tak klimatyczne, jak Stary Klasztor, w dodatku było tak zimno, że współczułam wszystkim, którzy dali się namówić na zostawienie kurtek w szatni, a potem marzli. Na szczęście Ent Tour może się pochwalić przepiękną, skromną, ale naprawdę klimatyczną, oprawą koncertu, która skutecznie odsuwała uwagę od otoczenia. Wokół kwadratowej sceny rozwieszono trzy, połączone ze sobą, długie, białe płachty materiału, na których z rzutników wyświetlano animacje – rysunki czasem krótkie nagrania. Wszystko było jak najbardziej utrzymane w klimacie najnowszej płyty.

Kilka minut po godzinie 19:00 na scenie pojawiła się Kasia Stankiewicz w towarzystwie Michała Marciniaka, aby rozpocząć koncert przepiękną, akustyczną wersją Piosenki księżycowej. Po tym wykonaniu na scenę wkroczyła reszta zespołu, wraz z czterema dziewczynami grającymi na instrumentach smyczkowych. Dołączyły do zespołu właśnie na tę trasę. Rozpoczął się czas prezentowania utworów z nowej studyjnej płyty. Zabrzmiała Ballada, Śliwkowy deszcz czy Zielona Sukienka. W przerwach między utworami, ubrana w białą kreację Kasia, opowiadała o płycie, ale też komentowała fakt ponownej wizyty we Wrocławiu.

Okazuje się, że dobre wspomnienia z koncertu w Starym Klasztorze mam nie tylko ja! Po kilku piosenkach z Ent pojawiły się stare, ale jakże fantastyczne utwory – Ruchome piaski i Zanim zrozumiesz. Mimo wydania nowej płyty, która komercyjnie wcale nie radzi sobie źle, a zespołowi udało się wylansować przebój, publiczność i tak najżywiej reaguje właśnie na piosenki sprzed lat. Z jednej strony zupełnie mnie to nie dziwi, sama znam je o wiele lepiej niż materiał z Ent, ale fakt, że niektóre osoby krzyczały teksty tak głośno, że zagłuszały samą Kasie sprawiał, że zrobiło się przaśnie, a piosenki straciły swój urok. Kasia Stankiewicz to jest ten rodzaj wokalistki, która na żywo brzmi lepiej niż na nagraniach studyjnych. Dodaje do utworów emocje, charyzmę, a śpiewając opowiada historię. A ja bardzo nie lubię, gdy ktoś przerywa w opowiadaniu historii…

varius_manx_a2

Po części wspomnieniowej ponownie wróciliśmy do piosenek wydanych na płycie Ent i wtedy poczułam, że ten album, choć nie jest pozbawiony pięknych melodii i ciekawych tekstów, mimo wszystko jest bardzo monotonny. Na płycie przeważają melancholijne, marzycielskie piosenki, muzycznie w większości nie ma do czego potupać nóżką. Wyjątkiem jest piosenka singlowa Kot bez ogona, zagrana dwukrotnie, która nie bez powodu stała się przebojem. Już w recenzji Ent wspominałam, że to jeden z najbardziej wyróżniających się utworów na płycie. Dopiero od momentu jego zagrania impreza zaczęła się rozkręcać. A była to czternasta piosenka w setliście. Wcześniej publiczność owszem, reagowała gromkimi brawami, odpowiadała Kasi na jej monologi i podśpiewywała niektóre teksty piosenek, ale Kot bez ogona zachęcił większość sali do wstania i właśnie, potupania nóżką.

I ta dobra energia utrzymała się do końca koncertu, a sprzyjał temu fakt, że kolejnym utworem było Pocałuj noc, a po nim Orła cień. Na zakończenie głównej części koncertu, ku mojemu zdziwieniu, znów zagrano Piosenkę księżycową. Tym razem z całym zespołem i specjalnie napisanymi partiami na instrumenty smyczkowe. Być może miała to być klamra, taki zabieg artystyczny – rozpocząć i zakończyć koncert tym samym utworem. Niestety wykonanie full band + strings zrobiło na mnie mniejsze wrażenie niż wersja akustyczna. Chwilę później, gdy zespół wyszedł na scenę na bis, okazało się, że oni po prostu lubią grać pewne piosenki dwa razy. Znów zabrzmiał Kot bez ogona i Król gór, który pojawił się w głównej części koncertu.

Przyznaję, że trochę tego nie rozumiem, bo Varius Manx ma na koncie tyle albumów, tyle świetnych utworów i nadal wiele piosenek nagranych z Kasią, których nie gra, że wykonywanie trzech piosenek aż dwa razy jest po prostu dziwne. Dziwi mnie też coś innego. Wspominałam o tym pisząc o płycie Ent – zarówno na krążku jak i podczas koncertów nie pojawiają się utwory wydane przed powstaniem albumu. Single Ameryka i Piątek, dwie bardzo udane piosenki, z pozytywną energią, które idealnie pasowałyby do setlisty. Właśnie choćby dlatego, że publiczność ewidentnie doceniała żywsze utwory. Rozumiem, że te single nie trafiły na płytę, bo nie pasowały do całej koncepcji, do stylu i myśli przewodniej, ale dlaczego nie mogą trafić do setlisty? Na osłodę, w ramach drugiego bisu, rozbrzmiał utwór Wstyd. Dla mnie był to dowód na to, że powtórek można było uniknąć.

varius_manx_a2

Mimo tej chwilowej przaśności i powtórzonych utworów jest coś niesamowitego w tym, że po latach, jeden z najciekawszych polskich zespołów lat 90., powrócił na scenę. Zrobił to z klasą, z gracją i wdziękiem udowadniając, że można robić tego typu trasy nie tylko po to, żeby świętować 25-lecie i pograć stare przeboje.

Gdy oglądałam ich w kwietniu 2016 roku też czułam, że jestem częścią czegoś niesamowitego. Takie powroty naprawdę nie przydarzają się często. Niesamowicie słucha się na żywo piosenek, które do niedawna znało się tylko z wersji studyjnych. Miło się też patrzy, że wspólna pasja, chęć grania i miłość do konkretnych brzmień może znów połączyć ludzi, muzyków, twórców.

To, co zmieniło się od koncertu w Starym Klasztorze sprzed dwóch lat to zgranie zespołu, ich energia. Teraz brzmią razem zdecydowanie lepiej, widać też, że pewniej czują się na scenie w swoim towarzystwie. Jest to w pełni zrozumiałe – od wiosennej trasy w 2016 roku grają w zasadzie non stop, latem zaliczając lokalne imprezy, jesienią odwiedzając kluby. Nie wiem, jak potoczy się dalsza przyszłość Varius Manx i Kasi Stankiewicz, ale jestem jej bardzo ciekawa!