3 miesiące minęły od koncertu Varius Manx we Wrocławiu, na którym po raz pierwszy zobaczyłem ich na żywo i to w dodatku z Kasią Stankiewicz. Było to polskie wydarzenie muzyczne o ogromnej randze, bo zespół należy do tych nielicznych polskich grup, które bardzo lubię, ale nigdy wcześniej nie pomyślałbym, że dane mi będzie zobaczyć ich w takim składzie. 

Po wrocławskim koncercie stwierdziłem, że fajnie byłoby zobaczyć ich na żywo w tym składzie jeszcze raz. Taka okazja nadarzyła się dokładnie 9 lipca. W ramach licznych letnich koncertów na „dniach wsi” Varius Manx wystąpił w Ząbkowicach Śląskich.

Ciekaw byłem, jak wypadnie ten koncert w porównaniu z poprzednim. Po trzech miesiącach Variusi z pewnością doszlifowali muzyczną stronę występów. Ponadto ciekaw byłem niezmiernie, jak zespół z Kasią sprawdzą się na plenerowej, darmowej imprezie w małym polskim miasteczku, bo wiadomo że z atmosferą na takich imprezach może być bardzo różnie.

Impreza odbyła się na Plantach Zamkowych i chociaż miejsce ma w sobie wyjątkową atmosferę i jest bardzo urokliwe, nie byłem przekonany, czy na pewno nadaje się na niebiletowaną imprezę masową. Ludzi było zdecydowanie więcej, niż była w stanie ze spokojem pomieścić ograniczona murami zamkowymi przestrzeń, a ludzi przyciągała nie tylko scena muzyczna, ale także karuzela i inne atrakcje, oczywiście z obowiązkowymi kebabem i piwem na czele. Na szczęście sektor przy scenie był oddzielony barierkami i solidną porcją ochrony.

Zespół wypadł dużo lepiej niż poprzednio

Kasia już zdecydowanie bardziej przyzwyczajona do starego, dawno nie śpiewanego repertuaru – nie zdarzały się jej już momenty zagubienia. Pozwoliło jej to skupić się na energicznym, pełnym emocji „performęsie”, nie zabrakło także nadal spontanicznych, uroczych i pełnych ciepła przemówień między kawałkami, mających na celu przede wszystkim okazywanie wdzięczności przybyłym słuchaczom. Cały koncert miał zdecydowanie lepszy flow, także dzięki drobnym zmianom w repertuarze.

Mimo że znów rozpoczęto od dosyć zamulającego A Prisoner, potem było zdecydowanie lepiej. Pierwsza połowa koncertu wyglądała bardzo podobnie do tej z trasy klubowej, z tą różnicą, że z jakiegoś powodu pozbyto się utworów Tokyo i Najmniejsze państwo świata. Poza tym, aż do instrumentalnego Elfa repertuar wyglądał dokładnie tak samo.

Spore zmiany nastąpiły w drugiej połowie. Pozbyto się obydwu utworów będących bonusami do wydanej w 2000 roku składanki: Najlepszy z dobrych i Wolni w niewoli. Zamiast tego, pojawiły się dwa inne utwory. Pierwszym z nich był Maj – jedyna tego wieczoru piosenka z czasów post-Stankiewiczowych. Nie przez przypadek właśnie ten utwór został wybrany na ten, do którego na scenę zaprasza się osoby z publiczności. Na początku Kasia pochwaliła się, że ma talent do wynajdywania w tłumie osób, które okazują się świetnie śpiewać. No cóż, tym razem się nie udało…

Na scenę zaproszone zostały cztery koleżanki, z których trzy chyba nie do końca zdawały sobie sprawę z tego, co się dzieje. Z kolei ta jedna, która miała śpiewać, najwyraźniej nie miała pojęcia, którą ma śpiewać piosenkę.

Sytuację próbowała ratować rozczarowana tą żenującą sytuacją Kasia, wskazując, w których momentach wchodzić i co śpiewać, ale i to niewiele pomagało babuszkom najwyraźniej znajdujących się w jakimś wymiarze alternatywnym. Ten komediowy moment wprowadził nieco uśmiechu na naszych mordach, ale z ulgą przyjęliśmy widok niewiast schodzących ze sceny i pozostawiających mikrofon w rękach Kasi.

Drugą piosenką niewykonaną na koncercie we Wrocławiu była Ameryka – czyli pierwszy po przerwie singiel nagrany ponownie z Kasią dla uczczenia 25-lecia. Bardzo jej brakowało na poprzednim koncercie. To Varius Manx w starym dobrym stylu, doskonała pop-rockowa piosenka z ujmującą, natychmiast wpadającą w ucho linią melodyczną i nieco melancholijnym nastroju.

Ameryka wypadła na koncercie bardzo przyjemnie, chociaż na żywo Kasia nie zawsze radzi sobie z dołami w zwrotkach i ogólnie brzmienie w zwrotkach było bardzo zamulone i nie do końca pasowało do wokalu. Mimo to, fajnie było usłyszeć tę piosenkę na żywo. Prosimy o więcej!

Poza tym zrezygnowano z przydługiego segmentu akustycznego w drugiej połowie, podczas którego wykonywano piosenki, które później powtarzano w wersji z całym zespołem. Tak było wówczas np. z Orła cień. Tym razem Orła wykonano raz – na zakończenie głównego setu, a w ramach żartu nieco przedłużono piosenkę o instrumentalną kodę w humorystycznym stylu.

Wypadło to o wiele ciekawiej, niż dwa osobne, utrzymane w różnej stylistyce wykonania tej samej piosenki. Chociaż i tym razem nie obeszło się bez powtarzania, bo zespół wywołany na drugi bis wykonał ponownie Pocałuj noc. A można było przecież wykonać jedną z czterech piosenek, które wyleciały z listy lub jeszcze coś innego.

Mój ulubiony moment nastąpił jednak jeszcze w pierwszej połowie – były to dwie najlepsze moim zdaniem piosenki w repertuarze Varius Manx jeszcze z okresu Anity Lipnickiej – Zabij mnie i Oszukam czas. Ta pierwsza wypadła korzystnie ze względu na większą moc w dźwięku i lepiej wyeksponowaną gitarę elektryczną (chociaż ja nadal dodałbym tym refrenom więcej pazura). Z kolei coraz bardziej przyzwyczajam się do współczesnej aranżacji tego drugiego utworu.

Zdecydowanie wolniejsze tempo działa na korzyść tej bardzo lirycznej ballady i nadaje zacności pięknej progresji akordów w refrenach. W tym tempie piosenka świetnie „płynie” i buja na boki. Brakuje nieco tych śladów połamanego rytmu z oryginału, ale ogólnie to mógłbym słuchać przez cały koncert tylko tego utworu wykonywanego 18 razy pod rząd. Zresztą, jak powiedziała sama Kasia zaraz po nim:

„To są dopiero ładne piosenki, co? Mogę je chwalić, bo sama ich nie napisałam”.

Ucieszyła także zagrana i brzmiąca zgodnie z oryginałem najlepsza solówka gitarowa, która kiedykolwiek przyozdobiła album Varius Manx. I tylko jedna rzecz mogłaby się wydarzyć, by uczynić ten moment jeszcze lepszym – na scenie mogłaby pojawić się Anita Lipnicka. Może kiedyś?

Pozytywnie zaskoczyło zachowanie Ząbkowiczan i innych przybyszy. Ciekaw byłem, jak publiczność złożona w dużej mierze z przypadkowych osób przyjmie taki spokojny i bardzo refleksyjny koncert. Na początku grupka „fajnych” kolesi próbowała coś tam do Kasi wykrzykiwać między utworami, ale szybko im się znudziło. Ludzie słuchali w skupieniu, bujali się na boki, a im bliżej końca, tym odważniej śpiewali – zwłaszcza takie utwory jak Pocałuj noc czy Piosenka księżycowa.

Był to jeden z lepszych koncertów na letnich „dniach wsi”, a na kilku już byłem, w przeróżnych miastach.

Czekam z niecierpliwością na kolejne dokonania zespołu z Kasią na wokalu i że posłucha tego, co zakrzyknął do niej między utworami jeden ze „Zbyszków”: „zostań z nimi!”