Pierwszy raz byłam w Sopocie z rodzicami, jeszcze małym szkrabem. Później na wycieczce szkolnej w gimnazjum. Z tamtego okresu zapamiętałam Sopot, jako miasto pełne turystów i przez to gwarne, tętniące życiem. Gdy wróciłam do Sopotu zimą tego roku zdziwiłam się, że wiele miejsc wygląda dokładnie tak samo, jak dekadę temu. I nie mam tutaj na myśli charakterystycznego molo, ale drobne sklepiki przed nim. Rozpoznałam budkę z lodami, z takim rzucającym się w oczy daszkiem, do której podczas tej szkolnej wycieczki poszłam z koleżankami na lody.

Ostatnie dni sierpnia i tym samym pierwsze dni września znów spędziłam w Sopocie.

Tym razem wreszcie w okresie wakacyjnym, chociaż domyślam się, że mniejsze tłumy na plaży i ulicach były dowodem na to, że jednak większość z nas stara się zamknąć wakacyjne wyjazdy przed 31 sierpnia. Ze względów powszechnie znanych – przedszkole, szkoła, praca. Pewnie byli też tacy, których do nadmorskich przygód zniechęciły prognozy pogody, które akurat na ten okres zapowiadały ochłodzenie i deszcz. Lało jak z cebra, czego najlepszym dowodem są zdjęcia… Chciało mi się śmiać, gdzie codziennie rano budziły mnie promienie słońca, a kładąc się spać słyszałam, że „od jutra deszczowo.”

Miłośniczka leżenia godzinami w pełnym słońcu na plaży ze mnie żadna i gdyby ktoś mi zaproponował taką formę wakacyjnego wypadu odmówiłabym, zostając w domu. Nie oznacza to jednak, że wolę gdy pada, a wakacje lubię spędzać w kaloszach. Przyjemniej jest cieszyć się ładnymi widokami, chodzić boso po plaży i spacerować po molo bez parasola. Nie wspominając już o tym, że piękna pogoda, jak nic innego, podtrzymała wakacyjny klimat, który niby nad morzem zawsze unosi się w powietrzu, ale wszystkie możliwe straganiki z pamiątkami, kartkami pocztowymi i masą zbędnych drobiazgów informowały, że powakacyjna wyprzedaż trwa w najlepsze.

Sopot na początku września to był genialny pomysł na krótkie wakacje.

Nieprzepełnione plaże, niewielka liczba rodziców z rozbieganymi dziećmi, brak tłoku w przyjemnych, przyplażowych restauracyjkach i kawiarniach. Aż szkoda, że te kilka dni tak szybko minęło. Na pamiątkę pozostają zdjęcia, które niebawem przykleję na ścianę, i widok dziesiątek meduz w morzu i na jego brzegu, który mam przed oczami, gdy teraz myślę o Sopocie.