Zestawianie tych singli w jednym tekście jest mocno ryzykowane, bo to piosenki z dwóch odmiennych bajek. Jednak trafiły one do wspólnego tekstu nie przez przypadek. Mam bowiem z nimi jeden, wspólny problem. Chodzi o głos, który się wybija, przyćmiewa wszystko i sprawia, że naprawdę trudno jest mówić, że jest to duet, czy Orkiestra. Nie chce pytać, czy to ja się aż tak pozytywnie nastawiłam, że ostatecznie się rozczarowałam, czy te single faktycznie są dobre, a ja się zwyczajnie czepiam.

Na pierwszy rzut idzie Wataha, która zadebiutowała dwa dni temu i jest zapowiedzią tegorocznej, letniej trasy koncertowej Męskie Granie. Gdy analizowałam przesłane mi kilkanaście dni temu oświadczenie prasowe na temat trasy, i właśnie tego singla, podjarałam się wizją wspólnej piosenki Dawida Podsiadło i Organka. Pomyślałam, że połączenie dwóch ciekawych głosów może dać jedną z najlepszych piosenek, jakie stworzyła Orkiestra Męskiego Grania. Autentycznie, nastawiałam się na rockowe klimaty, z pazurem i ciekawym feelingiem. Byłam nawet skora uznać, co z resztą nieopatrznie oznajmiłam, że będzie z tego solidny materiał na przebój lata.

Tymczasem posłuchałam piosenki, w której nie znalazłam Organka. To singiel Dawida, wokalnie zbliżony do jego poczynań z Curly Heads, w którym gdzieś w tle pośpiewuje sobie Tomek, a w pewnym momencie wszystko przerywa rapujący O.S.T.R. A do tego początkowy riff brzmi znajomo i niezbyt wyszukanie. Rozczarowałam się bardzo, bo całości nie uratował nawet teledysk. Wciąż mam przed oczami klip do Elektrycznego, a uszach piosenkę, którą uważam za najlepszą ze wszystkich nagranych dla tego projektu. Rozczarowałam się, bo liczyłam na równy podział ról, dobre wykorzystanie potencjału tych trzech Panów, a mam nieodparte wrażenie, że ktoś uznał, że tylko Dawid będzie w stanie na własnym nazwisku zwrócić uwagę na Watahę. Szkoda! Idea trasy Męskie Granie niezmiernie od lat mi się podoba, Orkiestra brzmi na żywo zawsze fantastycznie i daje jeden z najlepszych koncertów wieczoru, tylko ten nowy singiel tak, jakoś ominął moje gusta, z czym trudno jest mi się pogodzić.

Szkocki zespół Chvrches postanowił odpicować piosenkę Bury It i nagrać ją ponownie z pomocą Hayley Williams z Paramore. Wcześniej gdzieś tam ją razem wykonali, miesiąc temu piosenka w tajemniczych okolicznościach zadebiutowała w Beats 1, a w tym tygodniu wreszcie doczekała się światowej premiery. Już i tak bardzo energicznemu kawałkowi dodatkowej energii dodał wokal Hayley. Z resztą każda współpraca z Hayley kończy się energicznymi utworami, więc w tym przypadku nie mogło być przecież inaczej.

Utwór wpadający w ucho, wkręcający się w głowę przez powtarzające się tytułowe wyrazy. Wszystko jest super, ale Lauren z Chvrches jest mi szkoda, bo jej wokal kompletnie zanika przy poczynaniach Hayley. Wiadomo, że dwóch takich samych barw głosu nie ma i że Lauren śpiewa inaczej niż Hayley, ale to przecież piosenka Chvrches! Na żywo też wygląda to komicznie, bo jedna kręci się, jak bączek dla dzieci, a druga macha nogami próbując sięgnąć nieba.

Domyślam się, że ze strony Hayley to jest duża przysługa dla Chvrches – w końcu setki tysięcy ludzi poznały niedawno ten zespół właśnie dzięki nowej wersji Bury It, ale w wersji z Hayley gdzieś zagubiła mi się charakterystyczna cecha Chvrches. Dziewczęcość? Delikatność? Ciekawe jest to, że Lauren prawdopodobnie w ogóle nie nagrywała nowych partii, a jedynie podłożone nagrane przez Hayley wokale do wcześniejszej wersji. A mimo to Williams wyszła na prowadzenie i zdominowała ten kawałek swoim, z resztą bardzo typowym dla współprac, w jakie się angażuje, punkowym feelingiem. Mocno, ostro, skocznie.