Bilet na koncert Katy Perry w Berlinie czekał odłożony przez rok. W pierwszych dniach czerwca 2017 roku ogłoszono daty europejskiej trasy koncertowej promującej album Witness. Mając w pamięci fantastyczny koncert z Londynu, o którym wspominałam w nowym cyklu Mój pierwszy koncert… i ogólne zadowolenie z nowego albumu decyzja była szybka: jedziemy na Katy do Berlina.

Czekanie na koncert przez rok ma swoje plusy i minusy. To nie jest tak, że przez ten rok skrupulatnie odliczałam dni do 6 czerwca 2018. Po drodze wydarzyło się jeszcze kilka innych mniejszych i większych koncertów, które skutecznie odwracały moją uwagę. Miałam też czas na oswojenie się z albumem Witness i zapomnienie o tej płycie, bo nie wracałam do niej na tyle często, żeby zdążyła mi się znudzić. Jest to plus, bo koncertowa setlista zdominowana jest przez piosenki właśnie z nowej płyty. Kolejnym plusem była pewność, że nawet jeśli moja lista koncertów na 2018 okaże się wyjątkowo krótka, koncert Katy Perry będzie tak dobry, że spokojnie wynagrodzi ewentualne braki w oglądaniu na żywo innych artystów.

Ku mojej radości okazało się, że przez cztery lata, bo tyle minęło odkąd widziałam Perry po raz pierwszy podczas Prismatic Tour, Katy nie tylko nie straciła chęci do koncertowania, ale też pod niektórymi względami jej koncerty są jeszcze lepsze. Przypomniałam też sobie, że Katy to naprawdę moja ulubiona popowa artystka koncertowa.

W artykule Mój pierwszy koncert… zastanawialiśmy się z Kotem dla kogo są koncerty Katy Perry, komu się spodobają i do kogo są skierowane. Po tym berlińskim powinnam uzupełnić moją wypowiedź dodając, że koncerty Katy są dla osób, które na kilku koncertach w swoim życiu już były i potrafią docenić nie tylko show samo w sobie, ale też fakt, że Katy dba o to, żeby muzyka grana była na żywo. W epoce muzyki elektronicznej tworzonej na mikserach, którą zgrywa się na pendrive i podłącza artyście podczas koncertu trzeba podkreślić, że Perry na scenie towarzyszy zespół z krwi i kości. I to nie byle jaki zespół, ale taki, który potrafi wyciągnąć z tych piosenek więcej niż słychać w wersjach studyjnych, dodać im nowej energii, nowej mocy, doprawić szczegółami, których na albumie nie ma, a na żywo brzmią rewelacyjnie.

Przed Katy na scenie Merdeces-Benz Arena wystąpiła Tove Styrke, której fluorescencyjny strój i ścięcie włosów przypominały mi Natalię Nykiel. Muzycznie nie czułam się zachwycona, ale zawsze mogło być gorzej. Czterdzieści minut po występie Tove, o 21:20, zgasły światła a na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru. Nie ukrywam, że o ile na początku obserwowanie animacji z ruszającym się okiem, która rozświetlała scenę po koncercie Tove było interesujące, czas oczekiwania na start głównego koncertu dłużył się niebywale.

Koncert podzielony był na pięć aktów plus dwie piosenki przygotowane na zakończenie koncertu. Łącznie rozbrzmiało 21 utworów, ale nie wszystkie w pełnej, albumowej wersji. Show trwało równo dwie godziny. Rozpoczęło się intrem zatytułowanym In The Space podczas którego na tyle sceny, którą tworzyły ekrany ułożone w kształt oka, wyświetlane były animacje układu słonecznego. Był to chyba jedyny moment koncertu, w którym z taką uwagą przyglądałam się temu, co wyświetlane jest na ekranach. Później, po prostu, nie było na to czasu, bo działo się tak dużo, że nie sposób było ogarnąć wszystko wzrokiem.

W pierwszym akcie Katy zaśpiewała fragment tytułowej piosenki z nowej płyty, Witness. Później Roulette, Dark Horse i Chained to the Rhythm. Zapomniałam wspomnieć, że po wejściu do hali zdecydowaliśmy, że staniemy na końcu wybiegu – żeby dobrze widzieć całą scenę. Liczyliśmy też na to, że to właśnie tam będą się działy największe atrakcje. Nie pomyliliśmy się! Już podczas Roulette, w deszczu konfetti, Katy podeszła na koniec wybiegu po raz pierwszy, a w tym samym akcie wróciła śpiewając ostatnie wersy Chained to the Rhythm. To jeden z moich ulubionych utworów z Witness. Piosenka najbardziej w stylu tych z albumu Prism i Teenage Dream.

Mówiąc o Teenage Dream… Akt drugi, rozpoczęty intrem w postaci fragmentu piosenki Act My Age znajdującej się na rozszerzonej wersji płyty Witness, był w pełni wypełniony starymi piosenkami. Znalazło się tam właśnie Teenage Dream, Hot N Cold, podczas którego Katy zagrała na różowej gitarze elektrycznej, Last Friday Night, California Gurls i I Kissed a Girl, gdzie Katy na huśtawce zmagała się z chcącymi ją zacałować na śmierć ustami. Dla nas, dzielnie stojących na czubku wybiegu, drugi akt był potwierdzeniem, że dokonaliśmy słusznego wyboru.

W trakcie wykonywania singla California Gurls na scenie pojawił się Left Shark, rekin, który chyba po raz pierwszy towarzyszył Katy w trakcie jej pamiętnego występu na SuperBowl. Rekinek został na scenie do końca utworu i… I wtedy się zaczęło. Z Katy Perry o musicalowych zapędach, która lubi wplatać w swoje show musicalowe dodatki, narodziła się Katy Perry aktorka. Najpierw nawrzeszczała na biednego Rekina, że ten kradnie jej show, a to przecież jej show i to on otwiera jej występy, a nie ona jego. Później nazwała go tuńczykiem, a wreszcie wyzwała na pojedynek grania na pianinie rozłożonym na scenie. Dokładnie na wprost nas.

Podczas gdy Katy i Shark się kłócili, obrażali na siebie i przepraszali stado chudszych rekinów rozłożyło na scenie pianino. Shark jako pierwszy ruszył do zdobywania muzycznych osiągnięć delikatnie stawiając stopy (płetwy?) na klawiszach. Perry, jak na wielką gwiazdę przystało, oczywiście nie była zachwycona i błyskawicznie zripostowała jego występ. Podciągnęła nogawki, stanęła przed pianinem i zaczęła grać! Oczywiście stopami. Shark uznał jednak, że nie wypada bezczynnie przyglądać się jej z boku i postanowił do niej dołączyć. Po chwili przepychanek duet ładnie się uśmiechnął, ukłonił i zszedł ze sceny. Myślę, że nie muszę tłumaczyć, że było to humorystyczne, teatralne mini przedstawienie pokazujące talent aktorski Katy i jej słynne, olbrzymie poczucie humoru i duży dystans do siebie.

Trzeci akt przyniósł zmianę scenografii. Na wybiegu wyrosły róże, a na jednej z nich, podczas piosenki Tsunami tańczył chyba jeden z najbardziej giętkich tancerzy w ekipie Katy. Przyznaję, że chwilami bałam się o jego życie, bo łodyga róży chwiała się tak bardzo, że oczami wyobraźni widziałam, jak tancerz-akrobata ląduje na scenie, a kwiatek wygina się w pół. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca. W tym akcie usłyszeliśmy kolejno: Déjà Vu, Tsunami, E.T. i Bon Appétit, gdzie na końcu Katy pożarł kaktus.

Jednak największa zmiana atmosfery przyszła z aktem czwartym, lirycznym i spokojnym. Był to też pierwszy raz, gdy Katy wystąpiła na małej scenie umieszczonej w tzw. drop zone. To specjalnie wydzielona część płyty, która znajduje się najbliżej ekranów, czyli oka, które z mojej perspektywy znajdowało się na końcu sceny. Katy dosłownie wylądowała w drop zone śpiewając Wide Awake. Zatrzymała się tam na moment, żeby pod raz drugi w czasie koncertu przemówić do fanów. Wykonała też Into Me You See i Power, na którym ponownie usiadła na planecie, która zabrała ją na główną scenę.

W recenzji albumu Witness wymieniłam Power, jako jeden z moich ulubionych utworów z tej płyty. Teraz już wiem, że piosenka rewelacyjnie wypada na żywo! Świetną robotę robi w niej perkusista Katy, który jest niesamowity, bardzo charyzmatyczny i niesamowicie czuje muzykę Katy.

Po tej zmianie tempa i chwili oddechu przyszedł czas na ostatnie starcie, czyli piąty akt. Ten złożony jest z Part of Me, Swish Swish i Roar, a otwiera go animacja z Pacmanem. Koncert Katy nie mógłby odbyć się bez zaproszenia na scenę fana. W trakcie poprzedniej trasy koncertowej piosenkarka zapraszała na scenę fana w trakcie utworu Birthday, a teraz robi to na Swish Swish. Tym razem fan ma jednak dużo poważniejsze zadanie, bowiem musi zmierzyć się z Katy w koszykówkę. W Berlinie na scenie pojawił się Moodie (lub Woodie, nie jestem pewna), który oczarował Perry tym, że koncert przeżywał jedynie w szortach.

Chłopak wbiegł na scenę, wyściskał Katy, powiedział jej, że ją kocha, a potem z kretesem przegrał z nią pojedynek koszykarski. Na pożegnanie Katy spytała go, gdzie ma telefon, bo chciała zrobić sobie z nim pamiątkowe zdjęcie. Był tak zaaferowany sytuacją, że oddał telefon komuś w tłumie, ale Perry pozwoliła mu pobiec po sprzęt i cierpliwie czekała, w międzyczasie przedstawiając tancerki, aż zestresowany Moodie znajdzie w telefonie opcję aparatu. Później zatańczyli jeszcze razem na czubku wybiegu. Akurat w tańczeniu Moodie-Woodie był dobry!

Koncert zamknęły piosenki: Pendulum, wykonana w skróconej wersji i Firework, która świetnie sprawdza się w roli utworu zamykającego koncert. Minus był tylko jeden – na scenie, tuż przed nami, wyrosła wielka, dmuchana ręka, która całkowicie zasłaniała nam śpiewającą Katy. Dostrzegaliśmy jedynie lasery, które wykorzystano do oprawy piosenki.

Dwugodzinny koncert, mimo faktu, że był zaplanowany w najmniejszym calu, a Katy wydawała się być maksymalnie skupiona na tym, co robi, nie był pozbawiony kontaktu z fanami. Katy kilkakrotnie zagadywała widownię, pytając m.in. o słowa w języku niemieckim, zachwalając Berlin oraz niemiecką sztukę i historię. W poszczególnych utworach podbiegała do fanów przybijając im piątki, a po wykonaniu Part of Me lub Swish Swish odezwała się do 10-letniej dziewczynki, którą wypatrzyła w tłumie. Spytała ją, czy to nie jest zbyt późna godzina, czy nie powinna być już w łóżku i czy wybiera się jutro do szkoły. Dziewczynka, z pomocą taty, który tłumaczył jej słowa Katy, odpowiedziała, że być może pójdzie jutro do szkoły. Odpowiedź rozbawiła Katy, która stwierdziła, że lepiej by było, żeby jednak poszła i jeśli pójdzie to powinna koniecznie pokazać w szkole prezent – piosenkarka podarowała jej wachlarz.

Oczywiście mam świadomość, że przy tak dopracowanym i wyliczonym czasowo koncercie i na takie przemowy i kontakty z fanami jest ściśle wyliczony czas. Domyślam się, że Katy zachowuje się bardzo podobnie na każdym koncercie, jednak to miłe zobaczyć artystkę jej pokroju, z perfekcyjnie przygotowanym koncertem, która znajduje w tych dwóch godzinach czas na to, żeby złapać energię od fanów. Miło wiedzieć, że takie kontakty są dla niej ważne!

Katy Perry nie zawiodła i nie rozczarowała!

Witness: The Tour to trasa koncertowa na najwyższym światowym poziomie. Koncert dopracowany, wyważony, niepozbawiony elementów charakterystycznych dla Katy oraz świetnych efektów dodatkowych w postaci pyro, trzech rodzajów konfetti i pokazu laserowego. Co zmieniło się, gdy porównam Prismatic Tour do Witness: The Tour? Pierwsze spostrzeżenie: Katy dużo więcej czasu spędza w powietrzu. Chyba w każdym akcie była taka piosenka, w której przypinała się do huśtawki, planety, ławeczki, zegara albo jeszcze czegoś innego, co unosiło ją do góry. Być może nie jest to wyrafinowane, a P!nk robi w ten sposób większe show kręcąc piruety nad głowami fanów, ale z pewnością dodaje to widowisku Katy czegoś wyjątkowego.

Katy wciąż potrafi urządzić rewelacyjną imprezę, która zachwyca i dużych i małych. Potrafiła połączyć w jednym koncercie swoje najbardziej zabawowe, infantylne i lekkie piosenki z utworami o głębszym przekazie, dojrzalszymi i bardziej życiowymi. Znalazła muzyków, którzy tworzą fantastyczny zespół udowadniając, że w muzykę Katy Perry da się, wbrew przekonaniu niektórych, tchnąć życie za pomocą żywych instrumentów. Nie wiem, co Katy musiałaby zrobić, jaką wydać płytę, żebym nie miała ochoty oglądać jej na żywo podczas kolejnej europejskiej trasy koncertowej.

Podobne Posty