W filmie Wołyń Wojciech Smarzowski w bardzo ładny sposób opowiada trudną historię. Rzeź wołyńska to temat śliski, do którego trzeba podejść z rozwagą. Ewentualnie potrafić udowodnić, że to, co się pokazuje na ekranach kin to własna interpretacja historii. Tym razem mamy jednak do czynienia z pięknie prowadzoną narracją, onirycznymi krajobrazami i wydarzeniami pokazywanymi oczami blondwłosej Zosi.

Wybranie się do kina na dwu i półgodzinny film o ludobójstwie to duże wyzwanie. Nie wiem, jaką frekwencję notuje Wołyń, ale przypuszczam, że wiele osób nie wyobraża sobie spędzania prawie trzech godzin na oglądaniu masakrowania ciał. Jeśli jesteś jedną z tych osób to już teraz mogę Ci powiedzieć, że ten film wcale taki nie jest. Nie jest to produkcja, w której drastyczne sceny mordu pokazuje się nachalnie. Nie jest to też film, po którego obejrzeniu dwa dni dochodzisz do siebie lecząc się z małej pofilmowej depresji.

Smarzowskiemu udało się doskonale wyważyć brutalność, jaką musiał pokazać

Być może cały sukces tkwi w prostym zabiegu. Braku głównego bohatera. Wspomniana już przeze mnie Zosia, grana przez Michalinę Łabacz, owszem jest obecna w większości scen, ale niewiele o niej wiemy. Poznajemy otoczenie, w jakim żyje. Dowiadujemy się, z kim chciałaby spędzić resztę życia i jak blisko jest związana z siostrą. To tak naprawdę wszystko. Nawet jej imię w filmie nie pada zbyt często. Trudno się z nią identyfikować, bo jest po prostu jedną z mieszkanek Wołynia.

Zosia pokazuje nam wołyńską tragedię swoimi oczami. Krzyczy, płacze, ucieka. Jest odważna, waleczna. Ale daleko jej to filmowego superbohatera, który na barkach niesie całą filmową tragedię. Ma inne zadanie – opowiedzieć historię ludzi, którzy byli sąsiadami, zakładali rodziny, a ostatecznie stali się dla siebie największymi wrogami.

Wołyń to film pełen symboli

Symboli, przekonań, przeświadczeń, które w niewłaściwych rękach, niewłaściwie pokierowane mogą wyrządzić ogromną krzywdę. I nie ma w nim jasnego wskazania, po której stronie leży wina. Kto zawinił bardziej, a kto mniej. Jak to możliwe, skoro przelewa się krew i giną całe wioski? Dobry scenariusz i dobry reżyser to w tym przypadku klucz do sukcesu.

Wołyń to jeden z nielicznych filmów tego gatunku, który nie wydaje osądów. Może się to wydawać dziwne, że widząc uciekającą z dzieckiem na ręku dziewczynę – jak na zdjęciu dołączonym do tekstu – nie ma się ochoty nienawidzić ludzi, którzy zmusili ją do tej ucieczki. Nie ma się ochoty, bo zachowania każdej z grup zostają scharakteryzowane i opisane na tyle, żeby zwyczajnie spróbować tę ich motywację zrozumieć. I tu znów wracamy do przekonań i przeświadczeń, które można tragicznie wykorzystać.

Przepiękne krajobrazy

Po obejrzeniu filmu zastanawiałam się, gdzie powstawały zdjęcia. Okazuje się, że większość scen kręcono na terenie Muzeum Wsi Lubelskiej i właśnie tam zarejestrowano przepiękne plenery. Wołyń z jednej strony brutalny, krwawy i bezduszny. Z drugiej oaza spokojnej, pięknej wsi z wielkim jeziorem, mgłą unoszącą się nad trawami i zbożem. Zachodami słońca i dużym lasem. Film o trudnej historii z przepięknymi, onirycznymi zdjęciami!

Pisanie, że Smarzowski pokazał wioskę, jak z obrazka byłoby sporą przesadą. Większość wsi w okresie 1939-1944 wyglądała podobnie, jeśli nie tak samo. Ale napisanie, że Smarzowski pokazał wieś piękną, do której wkradło się ogromne zło, będzie na miejscu.

Pięknie opowiedziana historia

Nie było odważnego, który podjąłby się zekranizowania rzezi wołyńskiej. Smarzowski tę odwagę miał i stworzył film, który sam się broni. Film będący opowieścią o tragicznych wydarzeniach, który nie próbuje tych wydarzeń oceniać. Film zahaczający momentami o formę dokumentu historycznego – różne punkty widzenia, brak nachalnego wartościowania ludzkich postaw i wyborów.

Film zapadający w pamięć nie swoją brutalnością, paleniem wiosek, czy krzykami przerażonych ludzi, a wyważoną prezentacją niebywale trudnej historii. Dobrze wiedzieć, że są w Polsce twórcy, którzy nie boją się wyzwań i potrafią stawić im czoła właśnie w tak piękny, przemyślany sposób. Idźcie do kina na Wołyń.

  • Muszę przyznać, że dla mnie ten brak wartościowania był ogromną wadą. Film ewidentnie robiony był ostrożnie, by nie urazić Ukraińców (którzy oczywiście i tak się oburzyli). Nie rozumiem tej ostrożności w stosunku do narodu, który nadal czci jako „bohaterów” sprawców ludobójstwa, ba zwierzęcej masakry i nadal nie chce przyznać się do winy, nie chce przeprosić. Negują zbrodnie dokonane przez UPA i kładą kwiaty pod pomnikami Bandery. Można mówić o tym, że Polacy źle traktowali Ukraińców przed wojną, ale zaprzeczanie lub gdybanie czy wina leży jednoznacznie po stronie narodowców z UPA to już naginanie historii do potrzeb współczesnej dyplomacji, co jest po prostu złe.