Po prawie roku od publikacji pierwszego Dziennika z podróży wreszcie zabrałam się za spisanie przygód, anegdotek i żartów na kolejny dziennik. Nie ma ich dużo, ale podobno liczy się jakość, a  nie ilość… Poprzedni dziennikowy wpis, jeśli jeszcze nie czytaliście, jest cały czas dostępny tutaj.

***

Gdy jestem w Anglii moje Reeboki szaleją. W Polsce sznurowadła rozwiązują mi raz na dziesięć wyjść z domu. W Londynie dziesięć razy na jedno wyjście.

***

Jestem mistrzem kontroli bagażu podręcznego. Przez lata opanowałam tę sztukę do perfekcji, więc już nie trzeba mi przypominać, co wyjąć, co zostawić, ani pytać, czy aby na pewno nie mam nic w kieszeniach.

Chociaż raz osoba asystująca przy takiej kontroli zapytała mnie, czy przyszłam na lotnisko… w butach. Tak, dosłownie takie pytanie zadała. Czy przyszła Pani w obuwiu?

Po mojej dziwnej minie szybko zrozumiała, że bez raczej nie chadzam po miejscach publicznych, a do Cejrowskiego też mi daleko. Myślę, że chodziło jej o to, jakie mam buty (wysokie trzeba zdejmować), ale pytanie wyszło niezręczne.

***

Będąc w temacie odprawy i kontroli bagażu. Jestem z kategorii tych kobiet, które prędzej podkreślą oko niż usta. Najwidoczniej jestem w mniejszości. Pewnego razu stoję, już wszystko przygotowane, schematycznie poukładane w skrzynkach.  Podchodzi Pani Kontroler, skrupulatnie przyglądając się moim kosmetykom pyta:

– A szminki, błyszczyka Pani nie ma?

– Nie, nie mam.

– Ale naprawdę Pani nie ma?

– Nie, nie mam szminki. Błyszczyka też nie mam.

Zrobiła dziwną minę i mnie puściła. Od tamtej pory zastanawiam się, czy to znaczy, że jestem bardziej obojnak, czy po prostu trafiłam na listę dziwnych pasażerek?

***

Lotniskowe powietrze mi nie służy. A raczej moim dłoniom. Krem do rąk to co prawda nie jest mój największy przyjaciel, bo świeżo nawilżone dłonie nie kojarzą mi się z najmilszym i najprzyjemniejszych uczuciem, ale nie zmienia to faktu, że lubię, gdy moje dłonie są nawilżone. Po każdej wizycie na lotnisku potrzebuję tubki kremu, żeby doprowadzić je do porządku. No tragedia jakaś!

***

Nigdy nie kupuje miejscówki w samolocie. Uważam to za marnowanie pieniędzy, chociaż kilka razy chciałam to zrobić, zawsze odstraszyła mnie cena, która jest często połową tego, co zapłaciłam za sam bilet.

Mam za to szczęście i często ktoś zamienia się ze mną miejscem. A to dlatego, że nie lubi przy oknie (dziwnie, co nie?), a to mówi, że nie lubi w środku. Jeśli będziecie mieć kiedyś taki problem i będziecie szukali chętnego na zamianę, to pewnie traficie na mnie.

***

Znam twarze wszystkich strażników granicznych na polskim lotnisku, z którego latam najczęściej. Znam do tego stopnia, że gdy ostatnio w okienku pojawiła się nowa pani ustawiłam się w kolejce właśnie do niej. Potem żałowałam, bo na ten sam pomysł wpadło więcej podróżnych i skończyło się na tym, że opuszczałam lotnisko, jako jedna z ostatnich.

Ale pani była bardzo miła.

Podobne Posty