Genialny David Gilmour w Royal Albert Hall

Nowy studyjny album Davida Gilmoura i towarzysząca mu trasa koncertowa to zawsze wydarzenie muzyczne najwyższej rangi, odbywające się średnio raz na dekadę. Wielką przygodę zwiastowała już niełatwa misja, jaką okazało się zdobycie biletów na jeden z trzech pierwszych koncertów w Royal Albert Hall (później ogłoszono dwa kolejne). Nie było sensu planować ani daty, ani dokładnej kategorii cenowej. W końcu udało się zdobyć dwa na trzecią noc, 25 września 2015.

Była to moja druga wizyta w Royal Albert Hall. Pewnego rodzaju mistycyzm dało się odczuć już po wejściu do środka. To chyba jedyne tego typu venue, do którego warto przybyć wcześniej po to, aby napawać się jego niepowtarzalną aurą i atmosferą jeszcze zanim rozbrzmią jakiekolwiek dźwięki. Tym razem siedziałem w zupełnie innym miejscu niż poprzednio i chociaż technicznie był to jeden z najbardziej oddalonych od sceny sektorów, dzięki kompaktowym rozmiarom samej hali nie był wcale zły, a wręcz stwarzał optymalne warunki do rozkoszowania się brzmieniem i wyrafinowaną produkcją wizualną.

Hala zapełniała się ludźmi bardzo leniwie. Koncert rozpoczął się tak samo, jak nowy album Davida, a więc od instrumentalnego intra pod tytułem 5 a.m. Wprawdzie nic nie jest w stanie zastąpić intra ze słynnej płyty koncertowej Pulse, ale taka odmiana jest jak najbardziej mile widziana. Tym bardziej, że spokojne intro, oparte na luźnych, ale w mig rozpoznawalnych i niezwykle atmosferycznych zagrywkach gitarowych Gilmoura na tle minimalistycznego podkładu instrumentalnego, skutecznie spełnia swoją rolę, wprowadzając w odpowiedni nastrój, a nawet przywodząc na myśl początek Shine on You Crazy Diamond.

Koncert rozkręcał się powoli, a David na początek postanowił poczęstować utworami z nowej płyty. Zaraz po intrze, usłyszeliśmy tytułowe Rattle That Lock. Wprawdzie kawałek jest dosyć żwawy, oparty na upbeatowym rytmie, jednak zupełnie inny od dotychczasowych dokonań muzycznych zarówno Floydów jak i solowego Gilmoura i nie porywa aż tak, jakby mógł. Podobnie było z kolejnym, bardzo spokojnym Faces of Stone, opartym na charakterystycznej zagrywce na klawiszach, przypominającej mi nieco motyw z Incepcji. Następnie David przerzucił się na gitarę akustyczną i usłyszeliśmy pierwszy tego wieczoru utwór z repertuaru Pink Floyd. Zaczęło się od razu z górnej półki, bo Wish You Were Here to jeden z największych hymnów nie tylko w dyskografii Pink Floyd, ale i w historii muzyki rockowej w ogóle. Publiczność wydawała się jednak w tym momencie jeszcze mocno ospała lub nawet spięta i zarówno śpiew ze strony widowni jak i ogólny entuzjazm zdawał się być jeszcze nieco przytłumiony.

Spokojna, relaksująca atmosfera podtrzymana została przez nowe A Boat Lies Waiting, które pasowałoby brzmieniem i klimatem do poprzedniego albumu solowego Davida. Zresztą on chyba miał podobne skojarzenia, gdyż kolejnym utworem było The Blue właśnie z On an Island. Koncert do tego punktu był bardzo spokojny, a dobór utworów sprzyjał spokojnemu wsłuchiwaniu się w ich liryczność i delektowanie się niuansami wyjątkowej gry Gilmoura. Pierwsze prawdziwe ożywienie atmosfery nastąpiło wraz z Money – floydowym klasyku. Tutaj publiczność wyraźnie zaczęła się rozkręcać, niektórzy już nie mogli wysiedzieć w ciasnych krzesełkach Royal Albert Hall. Utwór wykonano w klasycznej wersji, bez przydługiego rozciągania środkowej części i to była piękna podróż w czasie do lat 70-tych! Na tym się wcale nie skończyło, bo chwile później muzycy zagrali jeszcze jeden utwór z The Dark Side of the MoonUs and Them!

Wspomnieć tutaj muszę także o oprawie wizualnej koncertu, którą najkrócej scharakteryzować można jako niezwykle efektywną w swym minimalizmie. Oto nad tradycyjną, niewielką sceną zawisł okrągły ekran, a wokół niego podwieszono obracające się wokół własnej osi kolorowe reflektory. Mieliśmy więc klasyczną ciemną stronę księżyca, a na ekranie stosowne projekcje do każdego utworu, niektóre z nich pamiętające jeszcze czasy Pulse. Ciekawie reagowały także reflektory, w wielu miejscach zgrywając się z muzyką, lub oświetlając postać aktualnie grającą solówkę.

Następnie powrót do nowego solowego albumu jednym z ciekawszych utworów, przywodzącym na myśl Pink Floyd z czasów The Division BellIn Any Tongue. Rattle That Lock to album bardzo eklektyczny, prawdopodobnie najbardziej w całej dyskografii Davida, ale tutaj można odnieść wrażenie, że słyszymy jakąś zagubioną piosenkę z 1994 roku. Pozostaliśmy zresztą dalej przy tym klimacie, gdyż kolejnym utworem było High Hopes – klasyka z repertuaru późnych Floydów, której nie mogło zabraknąć. To ono zamknęło pierwszą część setu, a po niedługiej przerwie na piwo i toaletę, powróciliśmy na pokład wehikułu czasu i przenieśliśmy się w czasie do roku 1967! Entuzjazm publiki zaczął bardzo gwałtownie rosnąć, oto bowiem był znak, że teraz zacznie się dziać! W końcu nie mogło być bardziej “old-skulowo”. Magiczny magnetyzm tej muzyki podkreśliła odpowiednio intensywna oprawa świetlna: strobo waliło równo po całej hali i myślę, że kilka osób mogło dostać ataku padaczki lub przynajmniej oczopląsu. Oto Floydzi w swojej pierwotnej, skrajnie psychodelicznej formie! Do muzyki wkrada się odrobina chaosu, brudu, dezorganizacji, dzikiej energii, co było miłą i gwałtowną zmianą po wyważonej, zdecydowanie spokojniejszej pierwszej części.

Po Astronomy Domine kontynuujemy nostalgiczną podróż w czasie i tym razem słyszymy ikoniczne Shine on You Crazy Diamond, w dodatku znów zagraną tak, jak na albumie koncertowym Pulse! Co tu dużo pisać – muzycznie ten utwór przemawia sam za siebie. Jest to uczta muzyczna i duchowa najwyższej rangi. Warto jednak zwrócić uwagę na wyjątkowo efektywną grę świateł: podczas kluczowych fraz w refrenach, reflektory wokół ekranu obracały się sekwencyjnie, tworząc przepiękny efekt spiralnie zmieniającego się światła. Stamtąd, gdzie siedzieliśmy, można było obserwować jak ta gra świateł dynamicznie tańczy po całym Royal Albert Hall i wyglądało to przepięknie – jednak czasem warto usiąść trochę dalej od sceny!

Następnie kolejny klasyk, czyli bardzo ciepłe i przyjemne Fat Old Sun. Spokojniejszy klimat podtrzymany jest przez jazzujące The Girl in the Yellow Dress, oprawione bardzo ładnymi animacjami. Zespół bardzo dobrze czuje się w tym klimacie, chociaż publiczność zdaje się nie być już tak entuzjastyczna. Może po prostu nie jest to najszczęśliwszy moment w setliście dla tego dosyć ekscentrycznego muzycznego Davidowego wybryku. Klimat nieco się rozkręca na ostatnim tego wieczoru utworze z Rattle That Lock, a jest nim dynamiczny, ciekawie groowijący Today. Tutaj znów pobrzmiewają klimaty Pink Floyd. Jednak zbliżamy się do końca setu, a to gwarantuje potężną dawkę klasyków najwyższego kalibru. Na początek Sorrow otwarte niepowtarzalną solówką o mrocznym, chropowatym brzmieniu. Ten moment nadaje odpowiedniej atmosfery reszcie wieczoru, to jakby osobne intro dla tej ostatniej części koncertu. Kolejne jest bowiem Run Like Hell, które zamknęło drugą część głównego setu i spięło go pewnego rodzaju klamrą, bowiem powróciła gra strobo i energetyczny performance z pogranicza psychodelii, hard rocka i dance’u. Publiczność poderwała się do góry, ludzie bez skrępowania zaczęli tańcować, temperatura imprezy osiągnęła poziom wrzenia. Utwór jedyny w swoim rodzaju, mocne zamknięcie, ale przed nami były jeszcze wyczekiwane bisy.

Zanim to jednak nastąpiło, mieliśmy kilka minut euforycznego wywoływania muzyków z powrotem na scenę. Nawet ten moment koncertu uczyniono niezapomnianym przeżyciem o mocnym zabarwieniu artystycznym. Zaćmienie księżyca osiągnęło bowiem pełnię, a Royal Albert Hall spowiła gęsta mgła. Ten prosty w założeniach manewr produkcyjny wywołał spektakularny efekt – wyglądało to jak dziura po uderzeniu meteorytu, wyrwa w ziemi po jakiejś wielkiej ekplozji, a kurz jeszcze nie opadł. A dookoła wiwatujący w euforii fani Pink Floyd domagający się tej ostatniej, finałowej dawki legendy.

Nagle w ciemnościach rozległy się dźwięki starych zegarów i tak oto ostatni segment koncertu rozpoczął się od kolejnego nieśmiertelnego klasyka – Time. Fanom trudno kryć entuzjazm, wszystko brzmi dokładnie jak na albumie, piękny moment, którego być może już nie będzie dane nam doświadczyć. Po Time nie mogło zabrzmieć nic innego, jak druga część Breathe. Był to jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie momentów koncertu. Ta prosta muzycznie przemiana jednego utworu w drugi, powrót do charakterystycznej progresji akordów otwierających jeden z najważniejszych albumów w historii rocka ścisnął mi pośladki i gardło bardziej niż przebywanie w gejowskim towarzystwie.

Kilkanaście sekund po rozbrzmieniu ostatniego akordu Breathe, rozpoczął się wielki finał: Comfortably Numb. To było bardzo oczywiste, ale wielce niestosownym byłoby zamykać ten monumentalny koncert czymkolwiek innym. David nie rozczarował i nikomu już nie udaje się kryć euforii. Cała hala śpiewa tekst, którego nie da się nie pamiętać nawet wybudzonym w środku nocy z głębokiego snu. Wraz z pierwszą solówką, rozbrzmiewającą po pierwszym refrenie, halę spowija pajęczyna zielonych laserów. Wstrzymywano się z tym charakterystycznym elementem produkcji do ostatniej chwili, wytwarzając nieprawdopodobne napięcie. Publiczność reaguje euforycznie! Podczas finałowej solówki ciężko usiedzieć na miejscu i jeśli jest możliwe pogo w ciasnym krzesełku, to właśnie taki brutalny akt ma miejsce w naszym rzędzie. Dla siedzących wokół nas musi to być nieco męczące, chociaż wydaje mi się to niemożliwie biorąc pod uwagę, że niemożliwe jest by w tym momencie nie osiągnąć podobnego stanu euforii! (lub zrozumieć to pogmatwane zdanie)

David lada moment skończy 70 lat, jednak nadal jest w formie i nie licząc kilku drobnostek, dostarcza spektaklu muzycznego na najwyższym poziomie. Chciałbym pozostać niepoprawnie optymistyczny i wierzyć, że na następny album i trasę nie będzie trzeba czekać kolejnych 10 lat…