pandora.com

Muzyczne szorty #4: Metallica prezentuje Hardwired

Niektórzy wątpili w jego istnienie. Inni w nie wierzyli, ale powątpiewali, czy kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Jeszcze inni wierzyli w jedno i w drugie, ale zaczynali wątpić, czy będzie dane im dożyć premiery. Wszelkie wątpliwości nareszcie rozwiała milcząca jak nigdy wcześniej Metallica. Już wiadomo, że od premiery nowego albumu Hardwired…To Self-Destruct dzielą nas dokładnie 3 miesiące, a na przystawkę dostaliśmy pierwszy singiel wraz z teledyskiem.

W ostatnich latach można było ulec złudzeniu, że zespół zrobił się kreatywnie dosyć przewidywalny. Od premiery ostatniego długogrającego krążka, Death Magnetic minęło już 8 lat. Zdawałoby się, że po takim czasie Metallica znajduje się kreatywnie w kompletnie innym miejscu niż wówczas. W końcu tylko 5 lat wystarczyło im, aby po ikonicznym Czarnym Albumie zaskoczyć świat Loadami, a od Reload do zupełnie innego i przez wielu fanów odrzuconego St. Anger minęło 6 lat.

Kolejny dzień w fabryce metalu

Tymczasem gdy latem 2014 roku zespół zaprezentował napisaną specjalnie na letnią trasę koncertową nową piosenkę Lords of Summer, wydawało się że muzycy twórczo utknęli w bezpiecznej dla siebie pozycji, tworząc utwory spełniające pewne standardowe kryteria, których przeciętny Met-fan od nich oczekuje: kawałek ma trwać 7-8 minut; być “epicki”; zawierać długie, patetyczne intro; liczne zmiany tempa i podziału rytmicznego; szybkie riffy; melodyjne fragmenty; podwójną stopę; długie solo z wielokrotną zmianą podkładu rytmicznego; harmonie gitarowe; itd. Wyszedł im nieco dziwny, a zarazem oklepany miks Phantom Lord, Dyers Eve, The Wait, The Prince i… Invisible Kid.

Przy zapowiedzi nowego albumu dobrze by było, żeby pierwszy singiel przy okazji był balladą, bo wtedy razem z metalowymi wyjadaczami piosenki z chęcią posłucha go także mama lub babcia, bo ma ładne melodie. Też w radiu takie milsze dla przeciętnego ucha coś puszcza się znacznie chętniej. Tak też było w przypadku Death Magnetic, gdzie pierwszym oficjalnym singlem zostało The Day That Never Comes, czyli najbardziej klasyczna metallikowa ballada, która w połowie przemienia się z ładnej, lirycznej, melodyjnej piosenki w thrashowego potwora.

Pięścią w nos

Prezentując Hardwired Metallica po raz kolejny udowadnia, że nie dotyczą ich żadne reguły i że zawsze należy spodziewać się niespodziewanego. Po pierwsze, to ich najkrótszy autorski utwór, plasujący się pod względem długości zaraz po Motorbreath z Kill’em All. Po drugie, jest całkowitą odwrotnością typowego pierwszego singla, a zarazem typowej współczesnej metallikowej piosenki.

To 3-minutowe, thrashowe uderzenie wściekłą pięścią w nos, w którym zabrakło miejsca na takie ozdobniki jak melodia, epickie intro czy długie popisy solowe. Solo Kirka trwa raptem kilkanaście sekund i kończy się zanim zdążymy się zorientować, że się zaczęło.

Lars zamiast dekoncentrować wymyślnymi przejściami i udziwnieniami pcha wszystko do przodu precyzyjnie osadzonym thrashowym beatem, tym razem pozbawionym dziwnych nierówności tempa, które utrudniły odbiór nieco podobnego My Apocalypse z Death Magnetic. Ot, mamy dwa szybkie przejścia na werblu i kilka energetyzujących, ale nie przydługich wstawek na podwójnej stopie i w formie przyjemnego, mięsistego ozdobnika, rozluźnienie podziału podczas ostatniego powtórzenia głównego riffu.

Riffy w zasadzie są dwa w całym utworze, plus drobne ich wariacje. James wypluwa z siebie apokaliptyczne słowa z wściekłością i agresją, nie bojąc się używać słów na literę ‘F’, które, jak mogło się wydawać, już dawno zniknęły z przyjaznego rodzinnemu ognisku metallikowego słownika. Hardwired to autorski ekwiwalent otwarcia coverowej płyty Garage Inc. prostą, ostrą młócką spod znaku Discharged.

Trzy krążki z nową muzyką

A to wszystko doskonale pasuje do nieco mglistych tłumaczeń Larsa w jednym z niedawnych wywiadów dla magazynu Citizens of Humanity. Mówił, że nowa płyta jest mniej chaotyczna, a zarazem bardziej zróżnicowana niż Death Magnetic. Fakt, na tej płycie niemal każda składająca się ze 100 riffów, trwająca 7-8 minut piosenka miała i szybkie, i spokojne, melodyjne momenty.

Nie oznacza to oczywiście, że każdy utwór na Hardwired…To Self-Destruct będzie krótki i utrzymany w jednym stylu. Składający się z 12 kompozycji album nie zmieścił się na jednym krążku CD, formalnie więc jest to pierwszy podwójny album Metalliki, na którym według oficjalnej zapowiedzi znajdzie się “prawie 80 minut” nowej muzyki. Lista utworów przedstawia się następująco (i intrygująco):

CD 1

  1. Hardwired
  2. Atlas, Rise!
  3. Now That We’re Dead
  4. Moth Into Flame
  5. Am I Savage?
  6. Halo On Fire

CD 2

  1. Confusion
  2. Dream No More
  3. ManUNkind
  4. Here Comes Revenge
  5. Murder One
  6. Spit Out The Bone

Dodatkowo, edycja Deluxe zawierać będzie trzeci krążek, na którym obok znanego już Lords of Summer znajdzie się także 13 ścieżek opatrzonych mianem Riff Origins, co może sugerować jakąś formę wersji demo:

CD 3 (tylko Deluxe Edition)

  1. Lords Of Summer
  2. Riff Charge (Riff Origins)
  3. N.W.O.B.H.M. A.T.M. (Riff Origins)
  4. Tin Shot (Riff Origins)
  5. Plow (Riff Origins)
  6. Sawblade (Riff Origins)
  7. RIP (Riff Origins)
  8. Lima (Riff Origins)
  9. 91 (Riff Origins)
  10. MTO (Riff Origins)
  11. RL72 (Riff Origins)
  12. Frankenstein (Riff Origins)
  13. CHI (Riff Origins)
  14. X Dust (Riff Origins)

20160818_193928_7549_939483

Dla mnie najważniejszą i najbardziej pozytywną informacją przekazaną za pomocą premiery singla Hardwired jest wysoki walor produkcji dźwiękowej.

Metallica wreszcie brzmi jak Metallica. Koniec z wymyślnymi eksperymentami z St. Anger i przesadzoną surowością Death Magnetic. Przeklęty po premierze tego ostatniego albumu Greg Fidelman wreszcie ostatecznie odkupił swoje “winy”, czego zapowiedzią były już wyprodukowane przez niego w ostatnich latach i świetnie brzmiące covery Deep Purple i Rainbow, oraz koncertowy Through the Never.

Hardwired brzmi selektywnie (słychać nawet bas!) i cechuje go odpowiedni zakres dynamiki nie powodujący cyfrowego przesterowania. Perkusja jest świetnie zbalansowana i przede wszystkim, brzmi smakowicie. Stopa w idealny sposób łączy w sobie punktowość basu i apetyczną miękkość, talerze brzmią soczyście i nie przysłaniają wysokich tonów, a werbel ma w sobie nareszcie odpowiedni ciężar i głęboki pogłos.

Bas jest słyszalny przez całą piosenkę i sprawia wrażenie walca torującego podłoże pod ten pędzący z zawrotną prędkością pociąg. Warto podkreślić, że uzyskanie takiej klarowności przy tak gęstym i intensywnym utworze to wielkie osiągnięcie i wspaniale wróży na resztę albumu, która – jestem przekonany – zaskoczy nas wieloma muzycznymi barwami.

Stara Metallica, nowa jakość

Oczywiście Hardwired nie jest przejawem geniuszu i nawet nie pretenduje do miana najlepszego utworu Metalliki. To jeden z muzycznie najprostszych kawałków w ich dyskografii, jeśli nie najprostszy, o nieco prymitywnej charakterystyce, która do tej pory zarezerwowana była dla coverowych wygłupów. Ale takiej rąbanki Metallica też potrzebuje. Zwłaszcza, gdy ta rąbanka brzmi rzeczywiście jak nowa jakość, a nie desperacka próba kopiowania samych siebie, jak to można było odczuć w niektórych fragmentach Death Magnetic.

Gdzieś tam może pobrzmiewają echa Holier Than Thou w prostym i krótkim otwarciu, może riff w środkowej części brzmi jak unowocześniona wersja Metal Militia, może agresywny, minimalistyczny melodyjnie wokal przypomina nieco My Apocalypse. Inspiracja musi skądś płynąć, a efekt końcowy jest kombinacją dobrze znanych elementów, której u Metalliki w takiej formie jeszcze nie było.

Ten nowy rozdział w ich karierze zapowiada się bardzo ekscytująco i z ogromnym zainteresowaniem będę śledził każdy ich kolejny krok, jak to robię już od ponad 16 lat.

20160818_193900_7549_939482