The Pretty Reckless – Who You Selling For – recenzja

Po dwóch pierwszych, bardzo udanych albumach (a także wydanej w 2012 EP-ce Hit Me Like a Man), moje oczekiwania względem trzeciego albumu The Pretty Reckless były wysokie. Wydany 21 października krążek Who You Selling For to kolejny dowód na to, że „nie ocenia się płyty po singlu”.

Trzy opublikowane przed premierą piosenki, w tym pierwszy singiel Take Me Down, mocno ostudziły mój zapał. Po przesłuchaniu całości okazało się, że wszystkie mają na albumie swoje miejsce i sens.

Płytę otwiera kilkudziesięciosekundowe intro The Walls Are Closing In, w którym słyszymy Taylor Momsen delikatnie śpiewającą „There’s no light/Mama, I can’t see at all” przy akompaniamencie fortepianu. Przywodzący na myśl Bohemian Rhapsody Queen, czy też ballady Beatlesów wstęp to tylko taka zmyłka – zaczynający się w 48 sekundzie pierwszej ścieżki, właściwy utwór otwierający album to zaskakujący Hangman.

Takiego The Pretty Reckless jeszcze nie słyszeliśmy.

Perkusja, obok wokalu, jest równorzędnym bohaterem tej historii. Narastająca, niespokojna, rytmiczna atmosfera dominuje podczas tego niemal 7-minutowego molocha, w którym podobać się mogą zarówno inspirowane Alice in Chains harmonie w zwrotkach (nie pierwszy raz zresztą – odsyłam do Sweet Things z Going to Hell), jak i przebojowe, wpadające w ucho refreny.

Kwintesencją utworu jest jednak psychodeliczny, spiralny motyw basowy z połamaną perkusją, który równie dobrze mógłby znaleźć się na płycie Porcupine Tree. The Pretty Reckless po raz pierwszy grają progresywnie i robią to z pełną swobodą.

Oh My God słyszeliśmy już przed premierą. Nieco słabsza wersja agresywnych momentów Sweet Things z początku zupełnie mnie nie porwała, ale na płycie na której każdy kolejny utwór jest muzyczną podróżą w inny rejon rozległego świata muzyki rockowej, Oh My God ma swoje miejsce jako wycieczka w stronę prostego i agresywnego grania spod znaku Nirvany. Taylor zresztą nie pierwszy raz składa hołd manierze Kurta Cobaina, ale nigdy jeszcze nie robiła tego tak przekonująco.

Kawałek jest także istotny dla albumu z merytorycznego punktu widzenia: okazuje się, że życie muzyka wcale nie jest usłane różami. Momsen otwarcie rozprawia się ze swoimi demonami, a szczególne wrażenie robią słowa mocnej wyliczanki pod koniec: „Oh my god, wish I was numb/The weight on my back didn’t feel like a ton”.

Take Me Down to pierwszy oficjalny singiel z albumu i został na niego wybrany całkiem słusznie, bo to najbardziej muzycznie przystępna dla ucha piosenka na albumie. Klasyczny rocker w średnim tempie spod znaku AC/DC, czy Guns n’ Roses z wpadającymi w ucho refrenami.

Zarówno ta, jak i kolejna na albumie piosenka Prisoner mogą nieco uśpić czujność słuchacza. Płyta bowiem ma jeszcze wiele asów w rękawie. Tymczasem Prisoner to monotonny, oparty na prostej bluesowej zagrywce maszerujący przed siebie utwór, w którym Taylor zwierza się nieprzekonująco: „You can have my body/But you can’t have me”.

Ciekawie znów robi się wraz z Wild City – mocno funkującym bluesowym rockerze, w którym bezbłędne zwrotki Taylor trafnie akcentowane są przez cięte wtrącenia perkusji i gitar. To także drugi, po Take Me Down, utwór w którym zdecydowano się na świetnie pasujące, nieco soulowe chórki wokalne w refrenach. Ostatni refren poprzedzony jest energetyczną solówką gitarową, których na albumie jest jeszcze kilka.

Np. w Back to the River z gościnnym udziałem Warrena Haynesa z The Allman Brothers i Gov’t Mule. Taylor szuka ucieczki od zgiełku i sławy: „It’s hard to be criminal/When you all know my name”. Kawałek brzmi jak akustyczny cover standardu rockowego wykonywany na koncercie charytatywnym, a wrażenie to potęgują nie tylko świetnie kontrastujące z wiodącym solo Haynesa akustyczne gitary rytmiczne, ale także bardzo swobodna atmosfera jam session.

Ponownie – takiego The Pretty Reckless jeszcze nie słyszeliśmy.

Utwór tytułowy to bardzo ciepła muzycznie kołysanka o dosyć mrocznym tekście: „In the middle of a dream/On the darkest night/Woke up in a scream/Thought I’d lost my sight”. Jeszcze bardziej sennie robi się podczas Bedroom Window, gdzie Taylor towarzyszy jedynie doskonale zgrana z wokalem gitara klasyczna.

Podczas trwającej raptem 2 minuty balladki wokalistka z przerażeniem obserwuje przez okno swojej sypialni okrutny świat na zewnątrz: „I have lost touch with reality/It’s all too much for me”.

Living in the Storm to chwilowy powrót do mocniejszego grania, do którego przyzwyczaiły nas poprzednie dokonania zespołu, zwłaszcza płyta Going to Hell. Otwierający grunge’owy riff mógłby znaleźć się na jednej z wydanych w latach 90-tych płyt zespołu Hey. Mocnym punktem kompozycji jest progresja akordów i melodii w mostkach poprzedzających refreny.

Środkowa część utworu przynosi niepokojący, spokojny segment, znak rozpoznawczy wielu utworów zespołu, takich jak Follow Me Down. Ale i tu czeka twist, niespodzianka: zespół stopniowo przyspiesza, a charakterystyczna zagrywka prowadząca wcześniej do refrenów tutaj niespodziewanie zamienia się w ekscytujący segment instrumentalny z porywającą solówką.

Podczas dwóch kolejnych utworów zespół zwalnia znów tempo, ale powala atmosferą i melodiami. Already Dead oparte na hipnotycznym, ale twardo osadzonym rytmie i minimalistycznych gitarach wysuwa mocny wokal Momsen przed instrumenty. Przynajmniej do czasu kolejnego instrumentalnego segmentu, podczas którego perkusja dwukrotnie zagęszcza podział, a solo elektryczne na tle gitary akustycznej stawia na melodię i kreację atmosfery. Zabieg aranżacyjny, który znamy dobrze z dokonań Pink Floyd, całkiem dobrze przygotowujący nas na…

The Devil’s Back – doskonały przykład na to, że przy pomocy minimalizmu można osiągnąć wspaniałą muzykalność i wykreować przejmującą atmosferę. Pierwsza połowa tego 7-minutowego utworu zdominowana jest przez Momsen subtelnie wyśpiewującą jedne z najlepszych melodii, jakie przyszło jej napisać. Silną stroną tych partii jest nie tylko melodyjność, ale także subtelność, z jaką Taylor operuje swoim na ogół mocnym, ochrypłym głosem.

Nie sposób nie delektować się ujmującą barwą i teksturą brzmienia jej wokalu. Druga połowa utworu to najdłuższe solo gitarowe w historii The Pretty Reckless, oparte na prostym, ale hipnotyzującym dwuakordowym podkładzie rytmicznym. Nie bez znaczenia pozostaje świetne brzmienie instrumentów, w tym szczelnie wypełniającego przestrzeń basu oraz subtelnych klawiszy, które wychodzą na pierwszy plan w ostatniej minucie. Tutaj też słychać echa Pink Floyd.

Raz jeszcze – takiego The Pretty Reckless jeszcze nie słyszeliśmy.

Płyta w zasadzie mogłaby, a może nawet powinna skończyć się na The Devil’s Back, które pozostawiło we mnie nieodpartą potrzebę natychmiastowego przesłuchania całego albumu od początku. Na nieszczęście jest jeszcze mały potworek w postaci Mad Love, który zazwyczaj pomijam podczas odsłuchiwania płyty. Traktuję go jako nieudany bonus track.

Tutaj eksperyment się nie powiódł. Oparta na mocno przesterowanym basie hybryda funku i psychodelicznego disco zupełnie niczym nie zachwyca, nie pasuje do płyty i niestety zaniża jej ogólny poziom. Najlepiej o tym utworze zapomnieć i skupić się na pierwszych 11 ścieżkach.

A jest się na czym skupiać!

Who You Selling For to album, którego świetnie słucha się od początku do końca (udajemy, że Mad Love nie istnieje) i człowiek nawet nie wie, gdzie minęło te blisko 50 minut. Zespół przeprowadza odważne eksperymenty muzyczne, sprawdzając, gdzie leżą granice muzyki rockowej i robi to z pełnym sukcesem. Bo wszak jest to gatunek bardzo rozległy, to granice, gdziekolwiek by nie leżały, nie zostały przekroczone.

Zespół zaprasza na wycieczkę po swoich inspiracjach. I chociaż czasem mogą zdawać się aż nazbyt oczywiste, w żadnym razie nie mamy do czynienia z bezmyślnym kopiowaniem.

Efektem jest album bardzo eklektyczny i muzykalny. Więcej tutaj spokojnych utworów, niż na poprzednich dokonaniach zespołu i chociaż część z nich kreuje nieco nihilistyczną, oniryczną atmosferę, nie jest ani nudno, ani zbyt rozwlekle.

Olbrzymia w tym zasługa Momsen, która powala wokalem i pokazuje, że równie dobrze, co „darcie mordy” wychodzi jej subtelny śpiew. Przede wszystkim jednak The Pretty Reckless ostatecznie pokazują, że nie można ich nazywać jedynie mianem Taylor Momsen Band.

Jest to znakomicie współgrająca, dobrze naoliwiona maszyna.

Każdy z instrumentalistów jest tutaj słyszalny, spełnia ważną rolę, a zarazem słychać, że muzycy grają do siebie, a nie do komputera. Udało się wykreować atmosferę swobodnego grania na żywo, a zarazem zachować studyjną precyzję – chociaż nie perfekcjonizm, bo doszukać się można także kilku drobnych niedociągnięć. Znacznie więcej jest jednak rozmaitych smaczków, tak instrumentalnych, jak i wokalnych, dzięki którym chce się do tej płyty wracać, a jej pierwsze przesłuchanie jest prawdziwym zaskoczeniem.