W trasie po UK z Charli XCX

Przyszło nam żyć w trudnych czasach. Listy przebojów w muzyce pop podbija się obecnie sesjami zdjęciowymi topless, a scena indie zdominowana jest przez zespoły rockowe z wokalistami o charyzmie Muminków. W tym bałaganie jest jednak ktoś, kto ma czelność iść pod prąd i na przekór trendom.

Pomiędzy Spice Girls a Ramones

Ktoś, kto w kluczowym momencie kariery wyjeżdża do Szwecji, aby nagrać tam szorstki i bezkompromisowy, a zarazem przebojowy album. Album bardzo “dziewczęcy”, ale pełen surowej energii, charakterystycznej dla starych zespołów punk-rockowych. Album, który otwiera przepełniona wulgaryzmami agresywna piosenka, której nikt nigdy nie puści w żadnym radiu, szydząca z “szych” muzycznego showbusinessu. Album pozbawiony ckliwych ballad o miłości, za to z piosenką gloryfikującą obcowanie w samotności z własnym ciałem.

Ten ktoś to Charli XCX. Rebeliantka, która łamie wszelkie reguły i ustala własne. Jest konsekwentna, jest zdeterminowana i nie ogląda się za siebie. Wali prosto między oczy i lepiej z nią nie zadzierać, bo można oberwać. Ale jeśli staniesz po jej stronie, jeśli dasz się zaprosić na huczną imprezę, jaką jest każdy koncert w ramach trasy promującej album Sucker, jeśli odnajdziesz się w tym szaleństwie – będziesz się bawić jak nigdy w życiu.
Tak było w moim przypadku, dlatego zaraz po powrocie z fantastycznego koncertu w londyńskim Shepherd’s Bush Empire, który odbył się 25 marca, natychmiast zakupiłem bilet na koncert w uniwersyteckim Oxford, gdzie Charli zatrzymała się 30 marca by zagrać w tamtejszym O2 Academy.

Wszystko zostaje w rodzinie

Pozytywnym zaskoczeniem okazał się support, przede wszystkim dlatego, iż Holly Hardy – teraz występująca wraz z całym zespołem pod pseudonimem CuckooLander – to nikt inny jak poprzednia koncertowa basistka Charli. Była to dosyć miła niespodzianka, zwłaszcza że dziewczyna gra na basie i jednocześnie śpiewa, i to w dodatku całkiem nieźle. Sympatyczne, wyluzowane piosenki w klimacie indie rocka ani specjalnie nie porywały, ani specjalnie nie przeszkadzały w oczekiwaniu na gwiazdę wieczoru, a to już dobrze w przypadku na ogół bardzo nie-chcianego zespołu supportującego.

You said you wanna bang?

Charli na scenie to wulkan energii. Jest nieobliczalna i niesubordynowana, klnie jak szewc, tańczy jak królowa parkietu, a jednocześnie jest bardziej autentyczna jako gwiazda rocka niż niejeden “twardy” frontman współczesnej rockowej kapeli.

Przed koncertem spuszczono na scenę wielką kurtynę z wielkim obrazkiem przedstawiającym różową dłoń ze wystającym środkowym palcem na pierwszym planie. Zaczął się udzielać Suckerowaty klimat, a z głośników sączyły się odpowiednio dobrane kawałki, m.in. stworzony przez Iggy Azaleę wspólnie z Charli wielki hit Fancy. Zgromadzonym fanom dano tym samym do zrozumienia, że tym razem nie usłyszą owego utworu na żywo, chociaż Charli całkiem nieźle poradziła sobie z rapowanymi partiami podczas październikowego gigu w londyńskim Heaven.

Początek koncertu to wprost eksplozja energii – setlistę otworzyła idealnie dobrana sekwencja granych po sobie bez żadnych przerw czterech utworów. Na pierwszy ogień Sucker, podczas którego fani z uniesionymi w górę środkowymi palcami skandują razem z Charli “FUCK YOU, SUCKER!”, co w ustach każdej innej wokalistki brzmiałoby pretensjonalnie. Jest w tym specyficznym doświadczeniu coś bardzo oczyszczającego. To wręcz ceremonialne wypędzenie z głowy wszelkich możliwych demonów, które każdy gdzieś tam w sobie ma i przygotowanie na czystą, nieskrępowaną zabawę przez resztę wieczoru.

Charli nie zwolniła tempa w Breaking Up i jak przystało na prawdziwą gwiazdę rocka, pojawiła się na scenie z gigantyczną, dmuchaną gitarą. Wcześnie w setliście umieszczono także chyba największy napisany przez nią przebój, słynne I Love It z repertuaru Icona Pop – kolejna piosenka o oczyszczającej mocy, bo jak można nie poczuć się lepiej wykrzykując “I don’t care”? Czwartym utworem było niesamowicie taneczne Famous, które mogłoby być wielkim przebojem w latach 80-tych podpisanym nazwiskiem Cyndi Lauper.

Po wybuchowym początku przyszła pora na nieco słabszy moment – segment z piosenkami z True Romance, na które wybrano kolejno Black Roses, Stay Away i You (Ha Ha Ha). Gdyby zdecydowano się na uwzględnienie genialnych Nuclear Seasons i You’re the One , koncert zupełnie nie straciłby na swojej mocy i dynamice, a tak przez moment zrobiło się zwyczajnie trochę nudno.

Jednym z najjaśniejszych punktów koncertu w Londynie było Allergic to Love – cover bardzo niszowego szwedzkiego punkowego zespołu Snuffed by the Yakuza. W tym trwającym niewiele ponad 1-minutę kawałku Charli była tak przekonująca, jakby to był jej własny utwór. Pozwalała sobie przy tym na bardzo ekscentryczne wokalizy i człowiek aż zastanawia się, dlaczego nie poszła na całość i nie nagrała jeszcze całej płyty w tym stylu.

W Londynie wyjątkowo przeniesiono Doing It w ostatni slot przed bisami – zgodnie z zapowiedzią Charli przed gigiem na Twitterze, podczas utworu na scenie gościnnie pojawiła się Rita Ora! Charli nagrała z nią duet specjalnie na potrzeby brytyjskiego wydania Sucker. Euforia publiczności po pojawieniu się Rity na scenie była nie do opisania i chociaż panie niespecjalnie poradziły sobie z harmoniami wokalnymi na scenie, odczucie doświadczenia czegoś wyjątkowego było obecne.

Girl power

Uczestnicząc w koncercie Charli ciężko nie zwrócić uwagę na jej zespół. Zespół złożony w całości z dam skompletowano późnym latem 2013 przed pierwszą poważną trasą Charli, kiedy to supportowała Paramore podczas halowych gigów w UK. Prezentacja wizualna jest pomysłowa: mamy do czynienia z “aniołkami Charliego” ubranymi w błyskotliwe sukienki i wyposażone we własne skrzydła.

Wymyślne kostiumy nie ratują jednak faktu, że pod względem prezencji scenicznej jest tak sobie. Przy agresywnym wulkanie energii, jakim jest Charli, zarówno gitarzystka Elizabeth Caney jak i obecna basistka Vicky Warwick to raczej takie ciepłe kluchy, które bardziej pasują na odrabianie lekcji w bibliotece niż wsparcie dla surowej energii XCX. Muzycznie może jest poprawnie, Vicky przykładowo potrafi zarzucić poprawnym slapem podczas Doing It, ale obu dziewczynom, przynajmniej póki co, brakuje wyrazu, osobowości i dosyć nieudolnie próbują nadążyć za pędzącą przed siebie z zawrotną prędkością Charli. Jeden zjazd na kolana czy zarzucenie kosmykiem włosów wiosny nie czyni.

Tego samego nie można powiedzieć o znakomitej perkusistce Debbie Knox-Hewson. Jej wkładu w show nie sposób nie docenić. Największą zaletą Debbie jest doskonałe wyczucie swojego miejsca w zespole: nie tylko zapewnia ona fundamentalne wsparcie szefowej solidnym beatem – jest także jedyną w zespole osobą która bez wysiłku i bezpretensjonalnie nadąża za Charli, wzbogacając show własną osobowością, wdziękiem, stylem i fantastycznym wyczuciem smaku w doborze zagrywek perkusyjnych, których nie znajdziemy w wersjach albumowych.

Ultraviolet ocean

W oprawie koncertów widać teraz znacznie większy budżet, także od strony muzycznej. Poza obecnością żywego zespołu używane są także tzw. backing tracks, które gwarantują obecność wszelkich efektów niemożliwych do odtworzenia za pomocą instrumentów obecnych na scenie. Mamy więc całą gamę dźwięków wszelakich, wliczając to przeróżne sample, brzmienia klawiszy, syntezatorów, a także chórki. Można powiedzieć, że to pół playback, jednak zrealizowany z wyczuciem i wmiksowany w całość nienachalnie. Na pierwszym planie są nadal widoczne na scenie instrumenty i przede wszystkim głos Charli. Wszystko służy całości i sprawia, że obecnie koncerty XCX są znacznie bardziej profesjonalnie wyprodukowane niż jeszcze w 2013 roku.

O2 Academy w Oxford to znacznie mniejsza sala niż Shepherd’s Bush w Londynie, w dodatku ten mniejszy koncert nie był wyprzedany, a było na nim obecnych nie więcej niż 500 osób. Ze względu na gabaryty sali show okrojono z pewnych kluczowych elementów produkcji scenicznej: nie było wielkiego lizaka w kształcie serca z napisanym Sucker, nie było schodków pod perkusją, nie było konfetti podczas zamykającego oba sety Boom Clap. Była za to bardziej intymna atmosfera i możliwość częstego nawiązywania kontaktu wzrokowego z Charli. Mimo to publiczność zachowywała się bardziej powściągliwie niż w Londynie, co zresztą wokalistka bez ogródek skomentowała w trakcie jednej z piosenek: “Co do k**wy, jeśli przychodzicie na moje koncerty to macie skakać!” Z kolei grupowe machanie łapkami na boki w trakcie środkowej części Boom Clap skwitowała krótko i w charakterystycznym dla siebie stylu: “This is so cheesy”.

Mimo bycia bad ass na scenie, Charli potrafi okazać szacunek i wdzięczność fanom. Po koncercie w Oxford, poświęciła dużo czasu osobom czekającym na nią ponad 2 godziny w mroźnym deszczu. Upewniła się, że nikt nie został pominięty, najpierw witając się czułym “misiem”, następnie długo rozmawiając, podpisując różne fanty i chętnie pozując do indywidualnych zdjęć.

Charli to w każdym calu profesjonalistka. Artystka autentyczna, oryginalna, z pomysłem na siebie. Wyraźnie odróżnia się od koleżanek po fachu z którymi z coraz większymi sukcesami walczy na listach przebojów. Do tego jest absolutnie porywająca na scenie i przychodzi jej to z łatwością. Nie potrzebuje rekwizytów w postaci wielkiego dildo, nie musi pokazywać pośladków, radzi sobie bez grupy tancerzy z wymyślnymi układami choreograficznymi, bo przy niej i tak każdy tańczy jak leszcz. Jeszcze będzie o niej bardzo głośno. Jestem bardzo ciekaw, co też niesforna Brytyjka jeszcze zmajstruje. Współczesna scena pop potrzebuje kogoś takiego.