Niemalże miesiąc minął odkąd opublikowałam ostatnią recenzję płyty, nie mam pojęcia jak to możliwe, ale równie mocno nie wierzę, że listopad zaraz dobiegnie końca. Ostatnie kilkanaście dni upłynęło mi na delektowaniu się nowym studyjnym albumem Amy Macdonald i nie ma w tym czasowniku cienia przesady. Płyta The Human Demands to, po dłuższym przemyśleniu i początkowej niechęci do przyznania, druga najlepsza płyta w jej dyskografii. Choć nie trudno było przebić wydany w 2017 roku Under Stars, nie sądziłam, że Macdonald stać na wydanie tak dobrej płyty!

Mam świadomość, że dla milionów ludzi na całym świecie Amy to dziewczyna znana jedynie z przeboju This Is The Life, pierwszego hitu i tak naprawdę jedynego światowego, bo żaden inny nie przebił się do amerykańskiego Billboardu. Od jego wydania minęło już trzynaście lat, a Amy właśnie wydała piąty studyjny album. Jest rewelacyjną performerką, która na żywo brzmi doskonale, dając świetne koncerty angażujące publiczność i oddające to, co w jej muzyce najlepsze. Na przestrzeni lat wylansowała charakterystyczne dla siebie brzmienie, zyskała uznanie europejskiej publiczności, ale nową płytą raczej nie trafi do wielu nowych odbiorców. A szkoda, bo naprawdę powinna i dlatego cieszę się, że mam moje małe miejsce, w którym mogę spróbować przekonać do sięgnięcia po The Human Demands tych, którzy sami z siebie nigdy by tego nie zrobili.

Powody, dla których The Human Demands przejdzie raczej niezauważone widzę dwa. Pierwszym jest, a jakżeby inaczej, pandemia, która skutecznie pozbawiła Amy najsilniejszego oręża promocyjnego – koncertów! Drugi to łatka artystki jednego przeboju, o której niesłusznie zapominaj świat. Na szczęście pamięta Europa, głównie zachodnia, dzięki czemu Amy znalazła się w kręgu zainteresowań nowej wytwórni płytowej, która zobaczyła w niej potencjał. Finansowy oczywiście, ale ten zaowocował rewelacyjnym albumem! The Human Demands to pierwsza płyta Macdonald nagrana dla BMG. Szkotka pierwotnie nie planowała zmiany wytwórni, ale po wydaniu płyty z największymi przebojami, która wbrew standardom wcale nie miała oznaczać wygaśnięcia kontraktu z Universal Music, otrzymała propozycję przejścia do BMG. Zgodziła się, jak sama mówi, skuszona wizją pracy z nowymi ludźmi, nowymi pomysłami i otwarciem nowego rozdziału. Ten stary zaczęła będąc nastolatką, więc nic dziwnego, że miała ochotę popracować z ekipą, która nie postrzega jej przez pryzmat This Is The Life. A przynajmniej nie wyłącznie przez debiutancki singiel.

Dość wyświechtane jest mówienie, że przechodzi się do nowej wytwórni, żeby pracować w innym środowisku albo cieszyć się większą wolnością artystyczną. Dla wielu popularnych artystów nic to nie oznacza, a ich wolność artystyczna kończy się w momencie wejścia do studia nagraniowego i rzucenia przyniesionych demówek do kosza lub zamknięcia w zahasłowanym pliku w chmurze na lata, dopóki ktoś ich nie ukradnie. Trudno mi powiedzieć, jak bardzo wolność artystyczna Amy Macdonald była w starej wytwórni ograniczana. Recenzując trzy lat temu Under Stars żaliłam się na przewidywalność i powtarzalność brzmienia, nie myśląc w kategoriach blokowania pomysłów Amy. Zakładałam raczej, że to ona sama utknęła w martwym punkcie i nie potrafiła ruszyć do przodu. Zresztą nie było podstaw by sądzić, że jest jej źle. Jakkolwiek by nie było The Human Demands dowodzi, że współpraca z nową ekipą była doskonałym posunięciem i pozwoliła Amy wykrzesać potencjał, o który naprawdę jej nie podejrzewałam. Aż trochę mi wstyd…

Może trochę nie wierzyłam, że stać ją na muzyczne eksperymenty. A może miałam klapki na oczach pamiętając, jak świetnie bawiłam się na jej koncertach po wydaniu Under Stars, słuchając nowych i starych utworów, które brzmiały doskonale i zestawione ze sobą nie kontrastowały tak bardzo, jak można było przypuszczać po studyjnych wersjach. Poza tym Amy miała już w dorobku cztery albumy, mnóstwo niegranego od lat repertuaru, którego chciałabym posłuchać, że bardziej zależało mi na koncertach niż nowej muzyce. W relacji z koncertu w Wiedniu, przewrotnie jak pokazało życie, pytałam kiedy powiem sobie dość, co miało oznaczać nic innego jak poczucie wiecznego braku nasycenia się atmosferą koncertów Macdonald. Teraz, gdy wiem już jak brzmi The Human Demands marzę, żeby zaplanowana na wiosnę przyszłego roku trasa doszła do skutku. Albo przynajmniej odbyła się w 2021 roku. Ten album zasługuje na koncertowe życie.

Po wsłuchaniu się w singiel The Hudson, pierwszą zapowiedź albumu, nie byłam zachwycona, raczej przepełniona przekonaniem, że nowa płyta będzie podobna do Under Stars. Znów podobne rozważania, życiowe porady, tęsknota za przeszłością, utwór w charakterystycznym dla Macdonald stylu i tempie. Przełom nastąpił wraz z publikacją utworu Crazy Shades of Blue, który zaskoczył mnie tak pozytywnie, że długo nie mogłam przestać słuchać go w zapętleniu, delektując się każdym dźwiękiem i zastanawiając, czy może jednak The Human Demands nie kryje w sobie czegoś więcej? Za produkcję płyty odpowiada Jim Abiss, w przeszłości pracujący m.in. z Arctic Monkeys nad doskonale przyjętym debiutanckim krążkiem czy z Adele nad 19 i 21. To on, jak twierdzi Amy, swoim perfekcjonizmem namawiał ją, żeby nagrywali do skutku, dłubiąc w każdym utworze tak długo, aż nie będzie idealny i skończony. To ostatnie przyniosło rewelacyjne efekty, bo na The Human Demands naprawdę trudno wskazać kompozycję, o której dokończeniu zapomniano czy którą dorzucono na album na ostatnią chwilę. Mimo niezbyt zachęcającej okładki – płycie Under Stars trzeba oddać że prezentuje się ładniej – to album dopracowany, z momentami które zaskakują, ale też niepozbawiony utworów brzmiących jak ta charakterystyczna piosenka Amy sprzed lat. Słowem coś dla wiernych fanów i coś dla wiernych, ale wymagających.

Bardzo szybko znalazłam trzy faworytki, które zdefiniowały dla mnie płytę, a po chwili dorzuciłam czwartą. Oczywiście wciąż za jeden z najlepszych utworów uważam Crazy Shades of Blue, ale w czołówce jest także We Could Have Be So Much More, tytułowe The Human Demands oraz zamykające płytę Something In Nothing. Album, w wersji podstawowej, czyli bez wersji akustycznych, składa się z 10 utworów, trwających łącznie 40 minut. Nie jest to zatem najdłuższa płyta w dyskografii Amy, ale mam poczucie, że temat wyczerpano.

O cudowności Crazy Shades of Blue pisałam już w Muzyczne szorty #62 zwracając uwagę, że „wyprodukowanej w taki sposób, tak muzycznie smutnej, a zarazem nieprzesadzonej w smutku piosenki dawno w katalogu Szkotki nie było”. To Amy mroczna, może nawet trochę rzewna, opowiadająca o upływie czasu i miłości. Tematy banalne, ale muzycznie to jedna z najbardziej wyróżniających się piosenek na płycie. Co ciekawe, z perspektywy całej płyty słychać w tym singlu jeden z najczęściej stosowanych zabiegów w pozostałych piosenkach – wyróżniający się mostek, wolniejszy, nostalgiczny, nieoczywisty.

Tytułowy utwór to niby taki charakterystyczny dla Amy energiczny kawałek doprawiony uwielbianym przez nią wybuchającym refrenem, gdzie może tupnąć sobie nóżka, rozbujać publiczność i rozkręcić imprezę. A jednak jest w tej piosence coś, co sprawia, że po pierwszym przesłuchaniu nie sposób wyrzucić go z głowy, momentalnie zapamiętuje się melodię i zaczyna nucić. Czy nie tymi słowami definiuje się przebój? Uwielbiam do niego wracać, bo czuję w nim pewną siłę. Wiem, że to jedna z piosenek, które na koncertach będą wyprać genialnie!

Po połowie płyty przychodzi drugie duże zaskoczenie – pierwszym było Crazy Shades of Blue – w utworze We Could Be So Much More. To jest właśnie ten utwór, który uświadomił mi, jak mało wiary miałam w możliwości Amy. Z Crazy Shades of Blue polubiłam się już tak bardzo, że słuchając po raz pierwszy nowej płyty w całości traktowałam go jak starego, dobrego znajomego. Szukałam więc nowego zaskoczenia i nagle rozbrzmiało We Could Be So Much More. Z tymi gitarami elektrycznymi, z tą perkusją, z tymi krótkimi partiami gitary akustycznej, która przecież musi być w piosenkach Amy, ale niekoniecznie w centrum uwagi! No i oczywiście szybkie tempo zwalnia w mostku, gdzie pojawiają się hipnotyzujące przeszkadzajki dodając piosence nowego charakteru. Nie spodziewałam się, że Amy Macdonald wyda kiedyś utwór z tak energicznymi przejściami na perkusji i z takimi gitarowymi riffami. Czy umiecie sobie wyobrazić, jak ta piosenka będzie brzmiała na koncertach?! K-o-s-m-i-c-z-n-i-e dobrze! Macdonald ma w sobie dużo rockowego zadziora, w głosie, temperamencie i scenicznym zachowaniu, ale on do tej por ujawniał się właśnie przede wszystkim w trakcie koncertów. Od teraz można wyłapać go także w studyjnym utworze.

Zamykające album Something In Nothing to, mimo wszystko, chyba zaskoczenie. Ostatni utwór na płycie pokazuje nowe oblicze Macdonald, delikatny wokal pozbawiony charakterystycznego akcentowania z „przytupem”. To melodyjna kompozycja, w której Amy pływa między dźwiękami, udowadniając że potrafi śpiewać delikatnie nie tylko w wersjach akustycznych, choć i w nich często pozwala sobie na zadzior. Tutaj od początku do końca jest spokojnie, z delikatną gitarą, skrzypcami, spokojną perkusją i majaczącym w tle klawiszami. Oczywiście, jak przystało na The Human Demands, w mostku zadbano o zmianę tempa i chórki brzmiące jak echo myśli Amy. Idealne zamknięcie płyty!

A co z pozostałymi sześcioma utworami? Zasługują na uwagę, choć sporo tam dźwięków przywołujących na myśl album This Is The Life. Słyszę go w utworze Fire, otwierającym płytę, słyszę go w Statues i Bridges, które są dla mnie połączenie pierwszych trzech albumów Amy. Natomiast w Young Fire, Old Fire mam przed oczami akustyczne wersje utworów z Under Stars, ale muszę przyznać, że to bardzo intymna piosenka, może najintymniejsza ze wszystkich dotychczas przez Amy wydanych. Do Strong Again nie mogę się przekonać, co nie znaczy, że pomijałam w trakcie słuchania. Chórki kojarzą mi się w utworami świątecznymi. Może w wersji koncertowej polubię ją bardziej?

Na The Human Demands Macdonald z nostalgią śpiewa o oczekiwaniach, wobec siebie, wobec innych, wobec świata. Jest więc zachowany klimat Under Stars, ale podany w smaczniejszym, bardziej wyrafinowanym, przemyślanym i artystycznym sosie. To jest płyta o tęsknocie, o miłości, dojrzewaniu, dorastaniu i trudach, z którymi zaczyna mierzyć się człowiek. O depresji i patrzeniu na życie przez pryzmat tego, co już się udało, co się nie udało, a co chciałoby się, żeby się powiodło. Są też momenty nadziei, ale przede wszystkim jest muzyczna uczta i kilka wspaniałych zaskoczeń. Początkowo nie chciałam przyznać, że po This Is The Life to najlepszy album Macdonald, wielkim sentymentem darzę wydany w 2012 roku Life In A Beautiful Light, ale gdy wróciłam do tego albumu zrozumiałam, że The Human Demands to poziom wyżej.

Płyta powstawała w 2018 i 2019 roku, w 2020 roku Amy weszła do studia, żeby ją nagrać. Prace zostały na pewien czas przerwane podczas pierwszego lockdownu ogłoszonego w Wielkiej Brytanii, ale w tym czasie nie powstał żaden utwór wydany na albumie. The Human Demands nie jest więc albumem pandemicznym, efektem zamknięcia artysty w czterech ścianach szkockiego domu.

Album można zamówić tutaj.