Nie planowałam obszernego komentowania na blogu Fryderyków 2019, bo chciałam uniknąć ponownego pisania o tym, że rok 2018 należał do Dawida Podsiadło, który otrzymał najwięcej statuetek. Nie chciałam też pisać o czymś, co było transmitowane w ogólnodostępnej telewizji, bo mogliście obejrzeć i sami wyciągnąć wnioski. Pewnie napisałabym o tym w Monthly na marzec, ale ponieważ byłby to bardzo długi akapit, a takich staram się w Monthly unikać, publikuję go w formie osobnego tekstu.

Jubileuszowa, 25. gala rozdania najważniejszych nagród polskiego przemysłu fonograficznego to miało być święto. Święto nie tylko dla artystów, twórców i laureatów, ale także dla miłośników polskiej muzyki. Miało być inaczej niż zawsze, frontem do klienta, czyli w tym wypadku fana, z nową energią i powiewem świeżości.

Zorganizowano Fryderyk.Festiwal. Wynajęto katowickie Centrum Kongresowe, na rozdanie nagród zaproszono kilka tysięcy osób, które kupiły bilety. Całość przez dwie i pół godziny transmitowano w telewizji. Miało być pięknie, dostojnie i nowocześnie. Dostojnie dlatego, że ta nagroda taka dostojna jest.

To były bardzo męczące, chaotyczne dwie godziny.

I gdyby nie fakt, że Fryderyki to zacne nagrody i lubię wiedzieć, kto je dostaje i oglądać w telewizji występy moich ulubionych artystów, to wyłączyłabym odbiornik i zaczęła sobotnie porządki. Do tej pory nie wierzę, że ta gala wydarzyła się naprawdę i że coś tak niedopracowanego, chaotycznego – to będzie podstawowe słowo tego tekstu – pokazywano w telewizji. Nie wiem, kto powinien wstydzić się tej gali bardziej. Organizator czy realizator, ale wierzę, że osoba decyzyjna już wyciągnęła wnioski i za rok nie dopuści do powtórki z… rozrywki.

Nie zazdroszczę osobom, które kupiły bilety na galę i poszły tam wierząc że biorą udział w wyjątkowym wydarzeniu, bo z dawnego blasku gali Fryderyków nie pozostał mały cień. Cień rzucali artyści, którzy uratowali sytuację, ale o tym za moment.

Wiele lat temu marzyłam, żeby pójść na Fryderyki w roli dziennikarza, oklaskiwać laureatów i podglądać kulisy. Dzisiaj cieszę się, że nie przyszło mi do głowy, żeby pojechać do Katowic, bo byłoby mi jeszcze bardziej przykro niż jest teraz. A jest mi przykro, bo to mogła być naprawdę fantastyczna celebracja polskiej muzyki. Bez względu na to, czy ktoś lubi Podsiadło, uwielbia Męskie Granie, polubił nowy styl Nosowskiej czy jest fanem debiutantów coverujących przeboje światowych gwiazd.

Żal mi zaproszonych artystów, bo to ich święto zamieniło się w festiwal pomyłek, niedopowiedzianych nazw kategorii, szybkich podziękowań z zegarem nieubłaganie odliczającym 30 sekund i powtarzającymi się problemami technicznymi. Myślę, że wielu czuło się tam po prostu, bardzo niekomfortowo.

Do tego wymyślane na szybko anegdotki i wyciąganie na scenę Krzysztofa Zalewskiego, żeby uratował sytuację, a który jak się okazało poprowadziłby tę galę o wiele lepiej. Jak przekonała się amerykańska Akademia Filmowa – Oscary bez prowadzącego są lepsze, ciekawsze i żywsze. Jako że przykład idzie z zachodu, warto mieć to na uwadze.

Na szczęście całość ratowały momenty, w których ster i scenę przejmowali artyści.

Ich występy, gdy już udawało się wpiąć wszystkie kable, były co najmniej dobre. Niektóre lepsze, inne mniej porywające, ale co w przypadku tej gali ważne, pozbawione chaosu i dokończone. Reni Jusis wyglądała jak Madonna, Męskie Granie Orkiestra przypomniało mi wakacje 2018, Krzysztof Zalewski przypomniał, że potrafi śpiewać Niemena, a Dawid Podsiadło chyba wreszcie wybrał trzeci singiel z płyty. Do tego zaskakujący Artur Rojek, którego na scenie nie widziałam całe wieki, z odświeżoną wersją singla Beksa i Organek, który nie do końca wiem, co tam robił, ale wnioskuję, że promował reedycję ostatniej płyty.

Gratuluję wszystkim laureatom i ściskam Abradaba, który jako jedyny nominowany w kategorii Najlepszy Album Roku Hip Hop nie dostał statuetki. Nagrodzono trzy płyty: Ground Zero Mixtape PRO8L3M, Soma 0,5 mg Taconafide i W drodze po szczęście O.S.T.R. Nominowanych było pięć albumów – oprócz wspomnianej trójki 048 Abradab i Café Belga Taco Hemingway’a, który tworzy duet Taconafide. Przyznanie trzech statuetek w tej kategorii traktuję jako inspirację Zachodem, nagrodami Grammy, które w tym roku przyznały dwie statuetki w kategorii Wykonanie rap.

Listę laureatów można znaleźć tutaj i nie obawiajcie się tam zajrzeć, bo ja, pewnie podobnie jak Wy, też nie za bardzo pamiętam, kto otrzymał nagrodę. W całym tym chaosie organizacyjnym naprawdę trudno było się zorientować, o jakiej kategorii mowa, kto dostał nagrodę, a kto ją wręcza.