W przypadku Halsey już od kilku lat kluczowe pytanie, które zadaję sobie słuchając jej nowych utworów brzmi: czy to powrót w dobrym stylu? Od 2017 roku, czyli od wydania albumu hopeless fountain kingdom przestało mnie zachwycać to, co tworzy Halsey. Poznałam ją jeszcze zanim wydała debiutancki album, gdy miała w dorobku jedną EPkę. Później zachwyciła mnie debiutancką płytą, a następnie bardzo rozczarowała płytą numer dwa. W tym roku ma się ukazać jej trzeci studyjny album, a singiel Nightmare to jego zapowiedź.

O tym, dlaczego hopeless fountain kingdom mnie rozczarowało pisałam w długim artykule poświęconym temu albumowi. Wyjaśniłam w nim, dlaczego uważam, że to przegadany album i dlaczego jest też zabójczo męczący. Mimo wszystkich krytycznych słów, które wtedy wyraziłam, i które podtrzymuję do dziś, nie przestałam obserwować Halsey. Trochę dlatego, że lubię dawać artystom drugą szansę, a trochę też dlatego, że w tak zwanym międzyczasie wypuściła kilka interesujących duetów. Nie chciałabym, żeby stała się mistrzynią duetów a przeciętną solową artystką. Mam nadzieję, że tak nie będzie, bo singiel Nightmare, choć nie jest piosenką w połowie tak zaskakującą, jak utwory z debiutanckiej płyty Badlands, to powrót w dobrym stylu.

W jednym z wywiadów udzielonych podczas promocji poprzedniej studyjnej płyty piosenkarka powiedziała, że chciała śpiewać mocniej, pokazać te atuty swojego głosu, które nie zostały podkreślone na debiutanckim krążku. Wtedy chciała, ale producent kazał jej śpiewać delikatnie, subtelnie i zmysłowo. Teraz, na Nightmare, pozwala sobie na chrypkę, którą chciała pokazać już przed laty. Podoba mi się to, bo Halsey jest kameleonem – co dwa dni zmienia kolor włosów i styl ubierania. Jak widać mogłaby też ze spokojem co dwa dni zmieniać gatunek muzyki, który wykonuje. W poniedziałek być artystką alternatywną, we wtorek wschodzącą divą popu, a w środę bawić się grungem i zapraszać do współpracy Debbie Harry.

Nowy singiel to wynik współpracy Halsey z Benny Blanco, Cashmere Cat i Happy Perezem. Dla tych, którzy pokochali Halsey słuchając singla Without Me, jej pierwszego solowego numeru jeden w Stanach Zjednoczonych, brzmienie Nightmare będzie zaskoczeniem. Ale mówiąc szczerze, wolę ją w takim wydaniu niż w piosenkach podobnych do Without Me. Nie mam też złudzeń, że olbrzymia popularność tego utworu była podyktowana umiejętnym wykorzystaniem zakończenia bardzo medialnego związku. Niespecjalnie mnie to też zaskoczyło. Halsey już od dawna, tak naprawdę od spektakularnego, przez wielu zupełnie nieoczekiwanego, sukcesu debiutanckiej płyty pokazuje, że chce szybko wbić się do czołówki twórców muzyki rozrywkowej. Kieruje swoją karierą w taki sposób, żeby wspinać się coraz wyżej, nie pozwalając sobie na potknięcia.

Słuchając Nightmare wiem, że to nowe otwarcie jej solowej kariery. W duetach tak naprawdę pozwala sobie na wszystko – od popowych utworów, po rap, przez azjatyckie brzmienia do alternatywy, której przez moment była współtwórczynią. Oczywiście nie jest to przypadkowe i pomaga jej zaistnieć w świadomości ludzi, którzy na co dzień nigdy nie spojrzeliby w kierunku jej solowej działalności. To, co coraz bardziej zaczyna mnie odsuwać od jej twórczości to przesadna wulgarność. Wiem, że Halsey lubi skąpe ubrania, lubi prowokować i być wyzywająca, ale w klipie do Nightmare jest tego odrobinę za dużo. Powtarza się sytuacja z hopeless fountain kingdom – tam przesadzono z samplami, tutaj z wulgarnością.

Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie za to koncepcja klipu, zaangażowanie kilku ciekawych nazwisk i zrobienie go w klimacie teledysku, z którego aż wylewa się kobiece tupnięcie nogą i towarzyszący temu okrzyk “hey, don’t fuck with me”. Miło, że w walce o czołówki list przebojów i wbicie się do panteonu najpopularniejszych piosenkarek dekady Halsey nadal pielęgnuje ten swój odwieczny, buntowniczy pierwiastek. Może trzecia płyta będzie jej Under My Skin? Tylko w wersji z 2019 roku rzecz jasna. Ważne, żeby nie była tak przekombinowana jak wspominamy już drugi album. Wtedy będę mogła napisać, że warto było dać jej kredyt zaufania.