Za wcześnie, żeby mówić o tej płycie, jako najlepszej w 2016 roku, ale to odpowiedni moment, żeby nazwać ją jedną z tych, na które należy zwrócić uwagę. Lacey Sturm nareszcie debiutuje, jako solowa artystka i przypomina, w czym tkwiła siła Flyleaf, jej macierzystego zespołu. Album Life Screams ukazał się dzisiaj i czytając wywiady z Lacey, miał on być połączeniem brzmienia Flyleaf z nutą jej solowego pierwiastka.

Do rąk fanów oddano więc długo wyczekiwaną płytę i chyba odrobinę lepszą od ostatniego, nagranego już bez Sturm, albumu Flyleaf. Nie zmienia to jednak jednego – Lacey stać na więcej, a słuchając Life Screams można odnieść wrażenie, że już teraz dałoby się wyciągnąć to więcej.

Kto to?

Powiedzieć o Lacey, że jest amerykańską piosenkarką to ciut za mało. Trzeba do tego dodać, że jest matką, zagorzałą Chrześcijanką i ma życiową misję. Bardzo chętnie udziela się w organizacjach zrzeszających Chrześcijan, bez skrępowania opowiada o swojej drodze do Boga, zwątpieniach i próbach samobójczych. Kilka lat temu wydała książkę zatytułowaną The Reason: How I Discovered a Life Worth Living, w której opowiada o sprawach, jakie działy się w jej głowie (i życiu) zanim uwierzyła w Boga. Książka odważna, momentami kontrowersyjna, ale dobrze pokazująca, że teksty piosenek Lacey są mocno związane z jej przeżyciami.

W jednym z pierwszych wywiadów poruszających temat nowego albumu wytłumaczyła, że odejście z zespołu nie miało na celu oderwania się od rockowej muzyki, a było jedynie chęcią poświęcenia się rodzinie. Zaznaczyła wręcz, że to ona zaproponowała kolegom przyjęcie nowej wokalistki, bo nie chciała, aby czekali na dzień, w którym poczuje, że jest gotowa wrócić. Efekt jest taki, że Flyleaf faktycznie znalazło nową wokalistkę, ale ta także powiększyła rodzinę, a Lacey na własnych koncertach śmiało uzupełnia repertuar piosenkami napisanymi dla Flyleaf.

Przykrótko ale treściwie

Gdy spojrzy się na tracklistę można pomyśleć, że 11 utworów to taka klasyczna, podręcznikowa liczba. Mina może zrzednąć, gdy spojrzy się na długość albumu – 38 minut, w tym jedna piosenka live trwająca ponad pięć minut. Na dodatek na płycie jest jeden utwór pełniący rolę interludium, choć wcale nie jest tak opisany. Vanity towarzyszy klimatyczna, mroczna muzyka, ale jednak trudno mówić, że jest to pełnoprawna piosenka. I tak oto czeka na nas dziewięć utworów, pośród nich pierwszy singiel, który już dobrze znamy. A Sturm twierdziła, że nagrała więcej materiału niż pomieści jeden krążek. Stanowczo więc pytam – co się z nim stało?!

Singiel Impossible wciąż wypada bardzo dobre na tle innych i cały czas mocno przypomina brzmienia, z których słynie Lacey. Mocne riffy, mocna perkusja, krzyki i wrzaski, jak za starych, dobrych czasów. Nie jest to jednak utwór, na który przede wszystkim należy zwrócić uwagę. Postawiłabym tutaj na Rot, będący przedłużeniem aktorskiego Vanity.

Zaczyna się niepozornie, ale szybko pojawiają się charakterystyczne dla Lacey gitary elektryczne i mroczna energia. Z tą różnicą, że gdyby porównać ten utwór do zespołowych poczynań, tutaj jest bardziej melodyjnie. Drugą piosenką wartą uwagi jest tytułowe Life Screams, w którym chyba po raz pierwszy na płycie, pojawiają się dźwięki pianina. Bardzo klimatyczna, bardzo wręcz romantyczna piosenka, która mogłaby pretendować do miana ballady. Najbardziej intrygujące jest w niej właśnie to pianino, które nadaje tej piosence lekkości, takiej trochę dla Lacey nietypowej.

Podobne wrażenie towarzyszy piosence Run to You, zamykającej album. To jedyny na tej płycie utwór, w którym wykorzystano akustyczną magię muzyki. Spokojna perkusja, gitara akustyczna i czarująca mocnym, charakterystycznym głosem Lacey. Bezsprzecznie najpiękniejsza piosenka na całej płycie.

Wiara góry przenosi

Chce wierzyć, że Lacey dopiero się rozgrzewa i kiedyś wyda pozostałe piosenki, które napisała na Life Screams. Tej płycie daleko do ideału, nie tylko z uwagi na przykrótkość. Trudno odciąć się od wspomnień Flyleaf, bo ten krążek jest mocno brzmieniem Flyleaf nasiąknięty, ale nie trudno też zauważyć, że solowa Sturm próbuje inaczej. Eksperymentuje z instrumentami, które dawniej chowały się za mocnymi riffami, stawia na melodie, ale jednocześnie nie chce zrezygnować z bardzo mrocznego śpiewania.

Dla mnie to album lepszy niż ostatnia płyta Flyleaf. Ciekawszy i autentyczniejszy, ale gdybym miała porównać go do jednej studyjnej płyty Flyleaf powiedziałabym, że Life Screams przypomina New Horizons. Może to przypadek, w końcu tamten album ukazał się w 2012 roku, a może część materiału powstała jeszcze w okresie prac z zespołem? Genialnie jest po trzech latach móc ponownie posłuchać głosu Lacey i poczuć jej energię.