Wiem o zawodowych potyczkach i sukcesach Avril Lavigne zdecydowanie za dużo, żeby bez emocji oceniać jej nowe single i albumy. Przypadkiem stała się moim małym case study w obserwowaniu działalności mechanizmów promocji, marketingu w wytwórniach płytowych. O obiektywizm jest mi też trudno, gdy jestem naocznym świadkiem beznadziejnych pomysłów i w konsekwencji ładowania pieniędzy w błoto ze ślepym przekonaniem, że wcześniej obrana strategia okaże się odpowiednia. Dziś mijają 3 lata od wydania albumu Avril Lavigne.

Od 2009 roku Avril ma nieustającego muzycznego pecha, który został w 2013 roku przerwany dwukrotnie. Raz po wydaniu singla Here’s To Never Growing Up, któremu udało się odnieść umiarkowany sukces. Drugi raz dzięki Let Me Go, który pokazał, że nowy materiał może być wart oczekiwań. Niestety zła komunikacja na linii wytwórnia płytowa – management przekreśliły nadzieję na dobry ciąg dalszy promocji, która pozornie nieważna, w rzeczywistości jest sednem wszystkiego, czego do fanowskiego spełnienia potrzebuje fan.

Zła passa trwa, a na horyzoncie nie ma desk(orolki) ratunkowej

Girlfriend to wielkie szczęście i jeszcze większe przekleństwo w dorobku Lavigne. O Complicated mało kto już pamięta. Pamiętają wielcy fani i dziennikarze, którzy przeglądają Wikipedię pisząc artykuły. Przeciętny słuchacz nie pamięta też o Girlfriend, bo ukazało się już prawie dekadę temu.

Istnieje malutka szansa, że Kowalskiemu nazwisko „Lavigne” przypomni Complicated, zakładając że jest około trzydziestki, albo Girlfriend, ale tylko jeśli jest chwilę po przekroczeniu dwudziestki. Ale mało jest osób, które same z siebie wymienią Avril w czołówce topowych artystów pop XXI wieku. Słuchacze radia już o niej zapomnieli i nie ma się im co dziwić.

Co jest złego w Girlfriend?

Popularność z roku 2007/2008. Ta piosenka znacznie odmieniła brzmienie współczesnego popu i przyniosła Avril sławę na miarę tej debiutanckiej, z 2002 roku, gdy w krawacie podbijała świat. Piosenka stała się hymnem, którego kopie nieudolnie od 2009 roku próbują napisać wszyscy popowi producenci, z jakimi wytwórnie każą Avril współpracować.

Rezultatem tych starań jest m.in. What the Hell i Smile, promujące płytę Goodbye Lullaby oraz Here’s to Never Growing Up i Rock N Roll zwiastujące album Avril Lavigne. Brzmią podobnie, prawda? Podobnie wcale nie oznacza, że są dobre, że się wyróżniają na rynku, albo, że pokazują powiew świeżości. Nie oznacza też, że są złe, ale popkultura lubi pewną formę odmienności, wyrazistości.

Pech chciał, że What The Hell i Here’s To Never Growing Up w jakimś stopniu przyjęły się na rynku i wytwórnie utwierdziły się w idiotycznym przekonaniu, że należy brnąć w ten ślepy zaułek. No bo skoro mamy Platyny, Złote Płyty i przyzwoite zyski to po co się męczyć i wybierać trudniejszą drogę? Ludzie taką Avril lubią i takiej chcą słuchać.

Samozwańcza płyta Avril ukazała się w listopadzie 2013 roku

Od tamtego czasu, co pewien czas natykam się na fanów, którzy próbują wytłumaczyć sobie, jak to możliwe, że znów się nie udało? Dlaczego nie było fajnych, dużych koncertów i czemu wszystko skończyło się, zanim tak naprawdę się zaczęło? Spróbuję to wyjaśnić. Choćby dlatego, że gdzieś tam przewija się temat potencjalnej nowej płyty i różnie może z nią być.

Nie sądzę, aby udało mi się napisać tekst pozbawiony złośliwości. Niestety po tylu latach frustracja i smutek aż wylewają mi się zza kołnierza. Bo to jest kurde dobra płyta. Druga z rzędu płyta Lavigne, którą zabili fachowcy od marketingu i sprzedaży. Kolesie w garniturach, którzy najpierw wzięli kredyty studenckie na Harvardach, a teraz, próbując je spłacać, zajmują się promocją muzyki rozrywkowej.

A żeby było jeszcze zabawniej – rok w rok świetnie sprzedającymi się płytami zostają tak gówniane krążki, z tak gównianymi piosenkami, że aż strach włączać radio. I gdzie tu sprawiedliwość? W 2011 roku Avril śpiewała: „everybody hurts some days.” Ano tak.

Spróbuję pominąć ten etap promocji Avril Lavigne, w którym średnio co miesiąc Avril ogłaszała koniec prac nad piosenkami, po czym wracała do studia, żeby za miesiąc ogłosić dokładnie to samo. Pominę też fakt pracy z tak zróżnicowanymi ludźmi, że z jednej strony nazwiska Hodges i Kroeger sugerowały dobry organiczny muzycznie materiał, a Martin i Johnson kazały porzucić te wygórowane oczekiwania.

Te nazwiska dobitnie pokazywały, że mimo zmiany wytwórni, mimo (w jakimś tam sensie) powrotu do korzeni, Lavigne znów wpadła po uszy w biurokratyczną machinę. I nic i nikt nie potrafi jej wyciągnąć. Stało się. W kwietniu 2013 roku na rynek trafił singiel Here’s To Never Growing Up, który jako jedyny z całej płyty doczekał się porządnej, solidnej i przemyślanej promocji. Ułożonej od początku, do końca.

Kawałek, o czym już wspominałam, na miarę Girlfriend vol. 3. Muzycznie szału nie ma – bo już to przecież słyszeliśmy. Tekstowo również, ale jeśli przyjmiemy, że rzeczywiście ma być nawiązaniem do 10 lat Avril na rynku muzycznym – łapka w górę. Poza tym na tej płycie jest gorsza piosenka, a Here’s To Never Growing Up miło słucha się w radiu. Pewnie dlatego, że jednak wyróżnia się tą charakterystyczną dla Avril energią.

Akurat w przypadku pierwszego singla, bo niestety był to pierwszy singiel, a nie buzz single, małe znaczenie ma jego muzyczna i tekstowa zawartość, bo na ogół są to utwory najbardziej chwytliwe, najbardziej komercyjne i najczęściej najgorsze z całej płyty. Trzeba śledzić listy przebojów, tabele sprzedaży i trzymać kciuki za wytwórnię, aby poprowadziła promocję tak dobrze, żeby w kolejnych miesiącach wydano lepszy, ciekawszy, ambitniejszy singiel.

Epic Records udało się sprawić, że Here’s To Never Growing Up pokryło się w USA, Kanadzie i Australii platyną, zadebiutowało na #1 miejscu iTunes w 20 krajach i utrzymało swoją dobrą pozycję w rozgłośniach radiowych na całym świecie. I na tym zasługi ekipy Antonio L.A. Reida się kończą. Skończyły się w maju/czerwcu 2013 roku, gdy odwlekano informacje o premierze płyty.

Dlaczego? Kto wpadł na ten pomysł? Po co?

Ta tajemnica może zostanie wyjaśniona za kilka lat. Chociaż już teraz widać, że managerowie Avril mieli problem, żeby dogadać się z wytwórnią. Byłoby niezmiernie miło dowiedzieć się, dlaczego po umiarkowanym sukcesie pierwszego singla, w momencie, w którym wystarczyło wydać Let Me Go albo Give You What You Like zdecydowano, że album ukaże się dopiero w listopadzie.

Ewidentnym, choć głupim powodem, jaki nasuwa się pierwszy jest planowany ślub Avril i chęć podniesienia sprzedaży promocją płyty poprzez związek… Nie jest to metoda odkrywcza, ale w tym konkretnym przypadku nie miała prawa się powieść. Ktoś chyba zapomniał, że promując album Avril w USA nie wolno promować go osobą Chada Kroegera. Jego twarz w USA zbiera zawsze negatywne komentarze! Nickelback jest wyśmiewane, wytyka im się każde potknięcie i hejtuje każdą płytę. Także… Klapa.

Po trzech miesiącach ciszy Rock N Roll zostało drugim oficjalnym singlem z płyty. Piosenkę udostępniono w sieci w lipcu, ale wiedzieli o niej tylko fani, zaś klip i premierę na iTunes zapowiedziano na koniec sierpnia. Sukces tego posunięcia był żaden, bo piosenka nie weszła w rotację, w którą rzekomo, dzięki ostremu przesłaniu i dziwnemu teledyskowi, wejść miała. Klip fajny, zabawny, pomysłowy, doczekał się pochlebnych opinii, ale przez brak popularności piosenki, koszty jego produkcji się nie zwróciły i pozbawił się szansy na jakąkolwiek ważną nominację. Do VMA, czy EMA…

Piosenka odniosła sukces jedynie w Japonii. Nie ma się co dziwić, bo stylem całkiem pasuje do zamiłowań Japończyków, ale nie jest to dobra piosenka. Wpada w ucho. Wpada na kilka dni. Potem wypada i pozostaje świadomość, że to kiepski kawałek. A staje się to faktem, gdy ukazuje się cały album.

Rock N Roll to najgorsza piosenka z całego albumu. A gorsza od niej jest jedynie polityka promocyjna EPIC Records, połączona z, jak mam nadzieję, nieumiejętnością dogadania się z jej managerem. Warto przypomnieć, że w tamtym okresie był nim człowiek, który wyciągnął Britney Spears z depresyjnego dołka i stworzył ponownie księżniczkę popu, na której koncerty w Vegas chce się chodzić tłumnie i szumnie.

Z braku tego porozumienia Avril załatwiono występ telewizyjny m.in. podczas letnich koncertów Jimmy Kimmel Live, po czym na początku października wypuszczono Let Me Go, trzeci singiel z płyty. W jednym z największych programów telewizyjnych w USA Avril zaśpiewała Rock N Roll. Gdy nadszedł czas Let Me Go droga do promocji jakiejkolwiek nowej piosenki w najpopularniejszych amerykańskich programach rozrywkowych była już zamknięta.

W 2013 roku, po kwietniowym sukcesie Here’s To Never Growing Up, żadnej stacji nie opłaca się zaprosić Lavigne do programu dwa razy w odstępie dwóch miesięcy. I to niecałych dwóch. Ostatni gwóźdź do trumny został wbity w sierpniu.

Co z pozostałymi piosenkami na płycie?

Połowa trzyma poziom. Połowa go nie trzyma. Standardowo. Ja podzieliłabym ten krążek na dwie płyty – album z wesołymi, infantylnymi utworami i tymi poważniejszymi, ambitniejszymi.

Gdy już przebijemy się przez początek, który moim zdaniem powinien zamykać płytę, i to najlepiej jako bonus tracks, docieramy do żywcem wyrwanej z Let Go piosenki 17. Nie zdziwiłabym się, gdyby ta melodia naprawdę powstała na debiutancki album Avril. Nie jest to szczyt możliwości artystycznych Avril, ale już przecież wiemy, że może być gorzej!

Następna w kolejce czeka na nas Bitchin Summer, którą nawet chętnie usłyszałabym w radiu. Wiem, że nie tylko ja. Pasuje do wakacyjnego klimatu, tekstem wciąż nawiązuje do słynnego buntowniczego stylu Avril, a muzycznie i wokalnie w niektórych momentach mogłaby zaskoczyć kilka(tysięcy) osób. No ale, nie wyszło.

Wyszło natomiast z Let Me Go, przepięknej balladzie, duecie z Chadem Kroegerem. Nie wybrałabym tej piosenki na pierwszy singiel z płyty, – głównie z powodu, o którym już wcześniej wspomniałam – ale razem z utworem Give You What You Like stworzyłyby idealną bazę do wydania tego albumu. Nie ma na tej płycie lepiej wyprodukowanych i napisanych utworów!

W Give You What You Like słychać wszystko to, co przez lata było piękne w muzyce Avril – głos, instrumenty, oryginalność, prawdę… Słychać Avril Lavigne! Tytuł tej płyty! Słychać mocny głos, słychać inną, dojrzałą Avril. A takiego wizerunku medialnego jej brakuje. Wszyscy mają już dość ciągłych wesołych piosenek w jej wykonaniu. Tego samego wizerunku od 2002 roku, tych samych melodii i przekazywanych problemów.

Mam tutaj na myśli single, bo przeciętny słuchacz radia nie zna całej płyty, świetnych utworów z Under My Skin, czy The Best Damn Thing. Docierają do niego single. Give You What You Like to nowy start, nowa jakość. To była idealna okazja, aby zaskoczyć wszystkich dojrzałością muzyczną, artystyczną…

Bad Girl to chyba taki utwór, na który większość fanów Avril czeka z otwartymi ramionami. Najlepiej na trzynaście takich piosenek, bo to troszeczkę taki powrót do Under My Skin. A no troszeczkę tak. Lubię ten kawałek. Nie wyobrażam go sobie w radiu, wydaje się za bardzo jednolity, ale fajnie sobie posłuchać takiej zadziornej Avci!

Nie przepadam za to za Hello Kitty, nie jestem jedyna, prawda? Ale obawiam się, że za rok, dwa amerykański rynek muzyczny przyniesie nam sporo podobnych piosenek – w wersji Katy Perry i Rihanny. Może się mylę. Czas pokaże, ale Hello Kitty to takie Girlfriend. Coś innego. Coś nowego. Coś zaskakującego, szokującego, kontrowersyjnego… Czyli idealny przebój. I kurcze, prawie by się udało!

Piosenka miała być wielkim hitem w Japonii, co się nie stało, ale poprzez teledysk udało jej się (na około tydzień) wejść w rotację i zadebiutować na Hot 100 Billboardu wyżej niż Rock N Roll. I to z liczbą zaledwie 5 tysięcy sprzedanych egzemplarzy w Stanach… Psikus, fart! Ciekawe, co by się stało, gdyby EPIC zdecydowało się zaryzykować i promować ten utwór? Fani byliby mocno wkurzeni, ale efekty finansowe mogłyby wytwórnię zadowolić.

Zostało nam pięć piosenek do końca

Z You Ain’t Seen Nothing Yet mam mały problem, bo odnoszę wrażenie, że słyszałam coś podobnego na Goodbye Lullaby. Niezbyt często słucham tej piosenki. Wydaje mi się nieskończona. Jakby ktoś zapomniał dodać do niej malutkiego czegoś, co wyróżni ją w jakiś tam sposób. Przypomina mi też 17, taka druga część, opowiadającą historię późniejszą o 10 lat. Dojrzalszą.

Trochę podobnie mam z Sippin On Sunshine. Ostatnio nawet skojarzyła mi się z Chasing the Sun Hilary Duff. To też taki wakacyjny kawałek, ale pasuje do reklamy jakiegoś ładnego kurortu, albo wakacji w 10 gwiazdkowym hotelu z przeźroczystą wodą i czyściutkim piaskiem. Zdecydowanie jestem większą fanką Bitchin Summer. Też tak macie, że Sippin On Sunshine od razu jawi się Wam tak dosłownie? Plaża, fale, palmy?

Ktoś kiedyś powiedział, że taka dosłowność zabija piękno muzyki

Żeby nie było, że nic mi się nie podoba powiem, że bardzo podobają mi się trzy ostatnie piosenki. Hello Heartache, Falling Fast i Hush Hush. Chociaż żadnej z nich nie wyobrażam sobie w radiu, a np. Give You What You Like jak najbardziej tak, to ballady w wykonaniu Avril są zawsze przepiękne! Zwłaszcza takie, jak Falling Fast i Hush Hush.

Tą pierwszą, i You Ain’t Seen Nothing Yet, Avril skomponowała i wyprodukowała w pełni samodzielnie. Przynajmniej tak podaje booklet i tej wersji chcę się trzymać. Identyczne wrażenie mam słuchając Hush Hush. Cholera, ja znów słyszę Avril Lavigne. Znów jest lirycznie, znów jest bajecznie, znów jest prosto i przepięknie. Więcej takich piosenek Avril!

Nawet jeśli się nie zwrócą finansowo, co jak dobrze wiemy nie musi być prawdą, to warto inwestować w piękne utwory, a nie nadprodukcję skocznych zapychaczy. Ty masz dziewczyno talent do pisania pięknych w swojej prostocie piosenek, bazujących na prawdziwych instrumentach, a nie komputerach i bitach. Już jedno The Best Damn Thing wydałaś. Nie da się nagrać dwóch identycznych płyt. Nie będzie powtórki z The Best Damn Thing i z Under My Skin. I przecież nawet nie warto…

Podział tej płyty na dwa tematyczne krążki wydaje mi się bardzo wskazany

Ten album miał się ukazać w wakacje, a nie późną jesienią, więc jeśli już koniecznie musimy wydawać piosenki o plaży i słońcu to wydajemy je, jako disc 1, a pozostałe jako disc 2. Albo odwrotnie. Zachowamy wtedy godność, ułatwimy sobie promocję i oszczędzimy sobie zmartwień. Założę się, że Avril nagrała tyle piosenek, że po 8 na każdej z płyt udałoby się wydać. Kończąc ten jakże krótki wpis…

Rozumiem, że EPIC Records wpakowało się w kanał, bo ta płyta jest tak nierówna, jak polskie drogi. Rozumiem, że mając 8 piosenek z pseudo komercyjnej półki i 5 ambitniejszych utworów trudno jest wybrać ten jeden, który w najlepszym stopniu przekonałby potencjalnych nabywców do kupna.

To trzeba się było w ten kanał nie pakować! Wypromowanie Here’s To Never Growing Up było tak samo trudne, jak wypromowanie Give You What You Like. I założę się, że finalny efekt mógłby być identyczny. Albo o wiele lepszy! Pytań bez odpowiedzi jest w tym przypadku mnóstwo, bo niestety nie mamy wglądu w system działania wytwórni i jej współpracę z managementem. Jaki jest więc morał?

Chyba tylko taki, że w przepięknym świecie muzyki rozrywkowej nigdy nie jest łatwo. Kłody pod nogi lecą ze wszystkich możliwych stron, a nawet największe, najszczersze wsparcie fanów to za mało, żeby odnieść sukces. Bez względu na to, czy sukcesem nazwiemy występ na Super Bowl, w Madison Square Garden, czy szał na miarę Hello Adele. Za Avril trzeba trzymać kciuki, bo wciąż muzycznie może zaskoczyć. Pytanie tylko, czy ona sama ma jeszcze ochotę na medialny splendor, wielomiesięczne trasy koncertowe i występy na galach rozdań nagród?

Pierwsza wersja tekstu została opublikowana w sierpniu 2014 roku.

Rozszerzoną wersję albumu „Avril Lavigne” można kupić tutaj.

Podobne Posty