Oczywiście, że nie mogłam przegapić kinowego pokazu filmu 1917. Długie miesiące czekałam na premierę, unikając czytania recenzji. Po tym, jak film otrzymał nominacje do Oscara, m.in. w kategorii Najlepszy Film stało się to niesłychanie trudne. Jak wiadomo nic tak nie podnosi zainteresowania produkcją, jak szansa na naprawdę prestiżową nagrodę… Mimo to nie nastawiałam się, że będzie to najlepszy film wojenny, jaki widziałam w życiu. Chciałam jednak, żeby pokazał I wojnę światową w sposób, w jaki wcześniej nikt jej nie pokazał.

Licząc ile powstało produkcji o II wojnie światowej można uznać, że I wojna była mniej widowiskowa. I coś w tym jest, a nawet sporo, bo II wojna światowa ze względu na rozwój przemysłu zbrojeniowego rzeczywiście spektakularnej wygląda w oku kamery. Reżyser i współscenarzysta Sam Mendes, dedykując film członkowi swojej rodziny, postanowił dla odmiany zwrócić uwagę widza na Wielką Wojnę i opowiedzieć historię, którą usłyszał od swojego dziadka. Współczesne kino, a co za tym idzie także ludzie, zapomniało o I wojnie światowej. Czy 1917 o niej przypomni?

Dwaj brytyjscy szeregowcy Schofield i Perry, u schyłku Pierwszej Wojny Światowej otrzymują ogromnie ryzykowną misję, od której powodzenia zależy życie ich towarzyszy. Muszą przedrzeć się za linię wroga i przekazać rozkaz odwołujący atak, który w świetle nowych informacji nie ma najmniejszych szans powodzenia. Jeśli nie uda się wypełnić misji, niechybna śmierć czeka ponad 1600 żołnierzy, a wśród nich brata Schofielda – opis dystrybutora

Z pewnością nie brakuje w nim elementów, które powinny zachwycać. 144 nominacje do bardziej i mniej prestiżowych nagród filmowych też to potwierdzają, a 10 nominacji do Oscara to już wystarczający powód, żeby pójść do kina i wyjść z niego z zachwytem na ustach. Pytanie brzmi jednak – czego można oczekiwać od kolejnej wojennej produkcji? Że zaskoczy charakteryzacją i ujęciami? Efektami specjalnymi i dźwiękiem?

W 2017 roku, promując Dunkierkę reklamowano ją, jako najlepiej nagłośniony film wojenny w historii kina. Zachęcano tym sposobem ludzi do oglądania filmu w kinie, gdzie nagłośnienie miało dodawać filmowi wartości. Promując 1917 skupiono się na tym, że to wojna pokazana na jednym ujęciu, co błyskawicznie namnożyło artykułów, w których o 1917 wypowiadano się jak o największym osiągnięciu technologicznym w historii kina. Oczywiście równie szybko pojawiły się publikacje pokazujące, że już wcześniej robiono podobne rzeczy. [Uwaga – dalej spoilery.]

Dynamika tej produkcji jest ciekawa. Podobały mi się sceny, a w zasadzie scena, nocnego biegania przez ruiny.  Zdecydowanie moja ulubiona w tym filmie, najlepsza! Zrobiła na mnie duże wrażenie przede wszystkim ze względu na fantastyczne światło. Palące się fragmenty budynków, unoszący się nad nimi majestatyczny dym, pulsujące światło padające na twarze bohaterów, wybuchające co pewien czas race… Naprawdę ładna scena! Doceniłam pracę George’a MacKaya, wcielającego się w głównego bohatera, bo musiał przebiec ten teren naście razy, żeby nie złamać sobie nogi na porozstawianych kamieniach, belkach, gruzie.

Mniejszy zachwyt towarzyszył mi jednak oglądając scenę biegu przez, a raczej obok, okopów. Być może to kwestia dziennego światła, a może obecności innych aktorów. Oglądając, jak George biegnie czułam, że oglądam układ choreograficzny. Każdy jego upadek, każde potknięcie, każdy przewrót były idealnie wyćwiczone, wręcz odtańczone. A to właśnie ta scena tak zachwycała krytyków i sprawiła, że o filmie zrobiło się bardzo głośno. Można się zachwycać, że nagrano to wszystko na jednym ujęciu, że przy tylu aktorach i wybuchach w tle niezwykle trudno jest zachować taką koordynację i współpracę, ale mi brakowało… naturalności.

Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się, na ile neutralne są kolejne duble scen, ale po obejrzeniu tej zaczęłam. Gdy patrzę na tę scenę naprawdę widzę George’a ćwiczącego przewroty na macie, a Mendesa ze stoperem w ręce i batem w głosie mówiącego: za wolno! jeszcze raz!. Pewnie miałabym inne odczucia wiedząc, że te przewrotki nie były w scenariuszu, ale przecież nie czytam recenzji przed pójściem do kina, bo nie chciałam się sugerować czyjąś opinią. Po tym, jak przeczytałam, że nie zaplanowano upadku głównego bohatera jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że coś jest z tą sceną nie tak, skoro mimo iż była przypadkowa, wydała mi się sztuczna.

1917 to dobry film.

To naprawdę ciekawie i dobrze opowiedziana historia dwóch młodych chłopaków, którzy mają przedostać się za linię wroga i przekazać swoim kolegom rozkaz, który może ocalić tysiące ludzkich istnień. Mendes prowadzi widza tak, że ten często ogląda wydarzenia biegnąc razem z głównymi bohaterami (czyli oglądając ich plecy) albo patrząc na ich twarze (czyli bohaterowie biegną mając kamerę przed sobą). Jedną z ciekawszych scen była ta w lesie, gdy główny bohater odnajduje poszukiwanych żołnierzy, a operator kieruje się w jego stronę pokazując twarze pozostałych, a końcowy najazd kamery skierowany jest na zmęczonego i pozbawionego nadziei Schofielda.

Kilka słów należy się także scenariuszowi. O ile uwielbiam amerykańskie kino wojenne, o tyle 1917 będąc produkcją brytyjską pokazującą I wojnę światową, miało szansę zrobić to bez tego kultowego, amerykańskiego bohaterstwa, heroizmu. Tak też się stało. Główni bohaterowie filmu, szeregowcy Schofield i Perry to romantycy. Chłopcy, którzy pojechali na wojnę, ale nie pozbyli się pierwiastka naiwności i niewinności. Jest w tym filmie kilka scen, chyba dokładnie trzy, które wyrywają się z wojennej walki o przetrwanie na rzecz naiwnej chęci pomocy drugiemu człowiekowi. Piękne to, nie przeczę, ale także lekkomyślne i głupie.

Nie jest to bohaterstwo znane z amerykańskiego kina, gdzie żołnierz obrywa dziesięć razy, a po upadku z dziesiątego piętra wciąż może uciekać i się bronić, niosąc na plecach rannego kolegę. To brytyjski romantyzm w czystej postaci. Przyznaję, że wychodząc z pokazu byłam rozczarowana taką postawą głównych bohaterów, bo sprawiała ona, że scenariusz nie był tak zaskakujący i poruszający jak oczekiwałam. Teraz myślę jednak, że w tej naiwności kryło się dużo szczerej dobroci, pokazującej że ci dwaj nie nadawali się na front. A takich jak oni były przecież setki tysięcy.

Zastanawiam się, co współcześnie musieliby zrobić twórcy, żeby film wojenny można było nazwać majstersztykiem. Bez wątpienia 1917 zasługuje na statuetki za scenografie, zdjęcia (Roger Deakins odwalił kawał doskonałej roboty!), efekty i dźwięk. Nie jestem jednak pewna, czy powinien być to film roku. Wydaje mi się, że to po prostu kolejny doskonale zrobiony film wojenny, które zarówno Amerykanie jak i Brytyjczycy opanowali do perfekcji. Z jednej strony sztuką jest stworzyć tak dopracowaną produkcję, z drugiej tematyka wojenna jest na tyle ograna, że sztuką jest stworzenie produkcji zaskakującej i dopracowanej opowiadającej o czymś innym. Myślę, że w oskarowym wyścigu 1917 podzieli los Dunkierki Nolana, która otrzymała osiem nominacji, ale wygrała właśnie w tych o dźwięk i edycję obrazu.

Podobne Posty