Gdy relaks w domu zaczyna być nudny, na horyzoncie nie ma żadnego interesującego koncertu, a pogoda za oknem nie wygląda tak paskudnie, jak mogłaby wyglądać to dobry moment, żeby poszukać rozrywki w nowym miejscu. Tak, wybraliśmy się na wystawę. Zdziwieni? Zaskoczeni? Spokojnie, to nic nadzwyczajnego. Zwłaszcza, że wystawa poświęcona była pojazdom z filmów o Agencie 007, a James Bond to ikona brytyjskiej popkultury, wręcz dziedzictwo narodowe.

O wpływie bohatera stworzonego przez Iana Fleminga na kulturę masową, zarówno literaturę, film i muzykę, a nawet seriale, można byłoby napisać nie jedną książkę. Przypuszczam, że każdy widział choćby jeden film z Bondem w roli głównej, słyszał przynajmniej jedną piosenkę napisaną na potrzeby filmu i zna przynajmniej jednego aktora, który wcielił się w postać Bonda.

Wybraliśmy się na wystawę tak naprawdę dlatego, że była taka możliwość. Bond In Motion, bo taką nosi nazwę, to największa wystawa poświęcona pojazdom, jakie wykorzystano przy kręceniu kolejnych części przygód Agenta 007. Ponoć początkowo miała gościć w London Film Museum tylko przez jakiś czas, ale cieszy się tak dużą popularnością, że minęły już trzy lata od jej otwarcia, a ona nadal stoi i rozrasta się o rekwizyty z kolejnych filmów.

Stworzono nawet taki specjalny kącik, w którym można się przebrać za Agenta i zrobić sobie zdjęcie na ściance z napisem 007. Całość nawiązuje do ostatniego filmu, Spectre. Nie jest to szczególnie wymyślna sprawa, relatywnie kosztowna pamiątka, ale jak ktoś rozwiesza po domu wizerunki Bondów to pewnie miałby radochę.

Moja przygoda z oglądaniem Bonda jest taka sobie, żeby nie powiedzieć, że dość fatalna. Na pewno nie widziałam wszystkich filmów, na pewno moim ulubionym jest Śmierć nadejdzie jutro z Piercem Brosnanem i Halle Berry. Mam go nawet na DVD! Widziałam Skyfall, chyba nawet w kinie, ale ręki nie dam sobie uciąć, i chyba fragmenty Spectre.

Zawsze wydawało mi się, że jeśli coś jest kontynuacją czegoś (film filmu, książka książki itd.) to trzeba znać tę poprzednią część, żeby móc oglądać następną. Nawet jeśli fabuła nie jest dosłowną kontynuacją. W przypadku Bonda nie dość, że filmów jest już ponad dwadzieścia to pochodzą z tak różnych okresów kinematografii, że stanowi to dla mnie duże wyzwanie. Z reguły nie sięgam po filmy starsze niż te z lat 90-tych.

Co było najciekawsze?

Dla mnie wszelkiego rodzaju rekwizyty będące dokumentami, klapsami filmowymi, zegarkami, plakatami i te samochody, po których rzeczywiście było widać, że zostały wykorzystane do poszczególnych scen. Przy każdym pojeździe wyświetlany był fragment filmu, w którym został on wykorzystany. Był to super pomysł, zwłaszcza dla osób takich jak ja, które nie widziały wszystkich części. Pewnie nawet dla tych, którzy widzieli było to ciekawe przypomnienie sobie sceny.

A morał z pójścia na tę wystawę jest taki, że dobrze byłoby obejrzeć każdy z filmów, każdy jeden o Jamesie Bondzie, od początku do końca. Z resztą podobnie, jak Gwiezdne Wojny, których też nie widziałam, a zdecydowanie powinnam.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.