Kolorowe światełka, tłumy zmierzające w jednym kierunku, okrzyki radości. Co się dzieje? Dokąd oni idą? Czy to wesołe miasteczko? W środku miasta pod koniec listopada? Takie pierwsze myśli przychodzą do głowy, gdy człowiek niespodziewanie trafia na Winter Wonderland, doroczną przedświąteczną atrakcję w centrum Londynu.

Pozornie to nic takiego. Na wejściu witają typowe dla niemieckich Weihnachtsmarktów chatki, w których można kupić świąteczne pamiątki sprzedawane m.in. przez Polaków, zjeść świeżo upieczoną na ruszcie świnkę albo inne przysmaki, którym towarzyszą niemieckojęzyczne tabliczki. Na tym etapie wszystko jest zupełnie normalne, całkiem nawet polskie, bo przecież u nas też takich jarmarcznych wyżerek można spotkać coraz więcej.

Ciekawiej robi się, gdy wejdzie się dalej, głębiej. Uczucie porównywalne do tego, jak ma się będąc dzieckiem i czytając o zaczarowanym lesie, który na pozór wydaje się zwyczajny, ale w głębi duszy się wie, że skrywa tajemnicę, którą koniecznie chce się odkryć. W tym wypadku chciało się zobaczyć.

Święta Bożego Narodzenia mają być czasem radości. Zjeżdża się rodzina, której nie widziało się cały rok, albo nigdy się jej nie widziało. Przytulają Cię ciotki i wujkowie, których nigdy nie poznałeś. Dostajesz mało wyszukane prezenty i pakiet nietaktownych pytań. Stąd wzięło się przekonanie, że Boże Narodzenie to frajda głównie dla dzieci, które dostają wtedy wymarzone lalki, samochody i genderowe podarki. Aż tu nagle okazuje się, że może być zupełnie inaczej, przynajmniej w temacie frajdy.

W Anglii, gdzie infantylna radość należy się też dorosłym, stają kolorowe, wypasione karuzele, straszne i ruchome domki, dzikie myszy i inne atrakcje, którym przygrywają świąteczne piosenki. Nie kolędy, nawet nie pastorałki. Popkulturowe świąteczne przeboje napisane w duchu prószącego śniegu, prezentów pod choinką i skarpet wiszących nad kominkiem.

Dzieci nie było tam prawie wcale. Być może była to kwestia pory i tego, że w listopadzie bardzo szybko robi się ciemno? Przeważali nastolatkowie, ale byli też ludzie, którzy spokojnie mogliby już zatonąć w pieluchach. Atmosfera, jak z przytulnego świątecznego filmu, który oferuje dorosłym coś więcej niż grzańca, kiełbasę i obserwowanie dziecka jadącego na fioletowym słoniu.

Wyświechtany slogan mówi, że Boże Narodzenie to najbardziej komercyjne święta w roku. Napisano o nich najwięcej piosenek, pojawiają się w co drugim filmie i mimo grudniowej aury, która w Polsce kojarzy się z mrozami i śniegiem – nawet, gdy tego śniegu nie ma, bardzo ciepło się każdemu kojarzą. Rodzina, dobre jedzenie, kilka dni wolnego… Komercjalizacja grudniowych świąt nie jest w Polsce czymś nowym, przecież i my wsłuchujemy się w Last Christmas już od listopada, a o zakupie pierwszych łańcuchów i bombek na choinkę myślimy, gdy kończy się październik.

Pod tym względem niczym nie różnimy się od Anglików. Mamy wręcz to szczęście, że zaczynamy świętowanie od Wigilii, której oni mają wszelkie prawo nam zazdrościć. Na czym polega więc ta pierwsza, bardzo widoczna i namacalna różnica między polskim a anglosaskim podejściem do przedświątecznych jarmarków? Co widać tam, czego nie widać tutaj?

Słowo klucz to… atmosfera.

 cdn.