Tytuł tego artykułu może wyszedł trochę kontrowersyjny, ale nie mogłam się powstrzymać. Zawsze, gdy myślę, że nic mnie już nie zaskoczy okazuje się, że byłam w wielkim, ogromnym błędzie. Lindsay Lohan sprzedaje swoje życie za 2,99 dolara miesięcznie. Jest to fakt, któremu nie da się zaprzeczyć. Nawet, jakby się chciało.

Ale pośmiać się wolno i to Wam właśnie radzę, bo ja mam z tego niezły ubaw. Przyznaję, trochę sarkastyczny i na skraju prześmiewczego, ale ostatni czas jest dla mnie dość stresujący, więc trochę śmiechu dobrze mi zrobi.

Gdy byłam mała poszłam z kuzynką do kina na film Garbi: Superbryka. Bardzo mi się spodobał i do dzisiaj mam do niego sentyment. Grała w nim fajna dziewczyna, jeździła fajnym samochodem, były fajne wyścigi. I w zasadzie zero plastikowych blondynek na pierwszym planie. Tak poznałam Lindsay. Wcześniej niezbyt mnie interesowała.

Od tamtej pory wiele się zmieniło. Dorosła Lindsay przestała grać w filmach, a w zamian zaczęła wieść życie identyczne do tych wszystkich dziecięcych i nastoletnich gwiazd Hollywood, które w dzieciństwie są rozchwytywane, a w dorosłym życiu nikt nie chce z nimi pracować. Przestają być małe, urocze i samą buzią sprzedawać filmy, więc trafiają na listę utalentowanych dziecięcych aktorów, którzy po tym, jak wydorośleli zupełnie stracili talent. Zupełnie przy okazji Lohan zaczęła też słynąć ze skandali i narzeczonych.

Ostatnio Lindsay miała jednak nowe marzenie. Zapragnęła zostać… blogerką!

Zapytacie: to co Was od siebie różni? Już tłumaczę! Ona wie, jak na tym zarobić, a ja wciąż próbuję tę wiedzę posiąść. Blog Lohan powstał na łamach serwisu Preemium. To taka strona, która pretenduje do miana bycia nowym Twitterem, Facebookiem i Instagramem w jednym, ale z wyglądu przypomina raczej Tumblr. No i trzeba płacić, żeby oglądać.

Aktorka pokazuje tam, jak jej się żyje, jak pracuje na planie sesji zdjęciowych i gdzie leci na wakacje. Ostatnio była w Turcji. Wszystko to za jedyne 2,99 dolara. Przyjmijmy optymistycznie, że to jakieś 12 złotych. Tyle wynosi miesięczna opłata.

Generalnie cała ta sytuacja nie jest nawet dziwna. W końcu nie tak dawno temu Katy Perry przez 96 godzin bawiła się w swoją wersję Big Brothera (nawet producentów miała z tego reality), pokazywała jak śpi, jak myje zęby, jak spotyka się z fanami i psychoterapeutą. Subtelna różnica polega jednak na tym, że Katy oglądały miliony ludzi. Zastanówmy się… czy znacie kogoś, kto będzie płacił za oglądanie nagrywanych iPhonem filmików zza kulis prywatnego życia Lohan?

Ja nie znam.

I właśnie w takich momentach świat mnie zaskakuje, a moje umiejętności robienia biznesów leżą i kwiczą. Po co Lindsay taki profil? Czy dla tych pieniędzy, które za to dostała (lub na tym zarobi) warto wystawiać się na pośmiewisko? Nie, nie chodzi o to, że to, co tam pokazuje jest śmieszne. Pokazuje to, co mogłaby pokazać za darmo na Instagramie. Śmieszne jest to, że każe sobie za to płacić. Śmieszne jest też to, że ta opłata jest tak niska.