Czy może mi ktoś powiedzieć, jak to możliwe, że już jutro będzie październik? Wrzesień minął mi w tempie błyskawicznym, tak szybko, że pamiętam, jakbym dosłownie wczoraj rozpisywała sobie wrześniowe obowiązki w kalendarzu. A tymczasem mamy już kalendarzową jesień, niebawem wracam na uczelnię i znów będę mniej spać, ale za to będę oglądać więcej seriali i chodzić na koncerty. Mówią, że trzeba szukać pozytywów, więc to są moje pozytywy!

W tym miesiącu moje życie mocno zdominowało granie. Granie na konsoli Xbox. Widać to w tym monthly, ale myślę, że to dobrze, bo bardzo dawno nie dawałam znać na blogu, że granie jeszcze mnie interesuje. A interesuje i to bardzo tylko gram wtedy, gdy mam naprawdę dużo wolnego czasu. Wynika to z tego, że lubię przechodzić gry szybko i nie lubię zostawiać ich niedokończonych na bliżej nieokreślony czas. Jak się wkręcę to przepadam.

1. Przepadłam w Overcooked!

Idealnym dowodem na potwierdzenie słów, że jak się wkręcę w grę to przepadam bez końca jest Overcooked. Z pozoru banalna, z pozoru dziecinna i z pozoru zwyczajna gra, w której chodzi o to, żeby mieszcząc się w określonym czasie przygotowywać posiłki. Świetna gra do grania w duecie. Można nawet w kwartecie, ale trochę sobie tego nie wyobrażam, bo były plansze, w których w duecie było nieziemsko trudno. Wrzucam gameplay, żebyście zobaczyli, o co chodzi w tej grze.

Jak już zaczęliśmy grać, nie chciałam przestawać. Zasypiając miałam przed oczami mały nożyk, kawał mięsa i kwadratową Helgę, bo tak nazwałam moją postać, która zapierdziela po planszy z garnkiem w łapkach. Graliśmy tak długo, aż nie skończyliśmy całej gry. Smutek zaczął się później, gdy okazało się, że system nie odblokował mi osiągnięcia za ukończenie rozgrywki… Nawet gdy to piszę to jest mi przykro. Tak się nie robi 🙁

2. Wróciłam do oglądania Orange is the New Black

Myślę, że nie skłamię, jeśli powiem, że rok temu utknęłam w połowie trzeciego sezonu. Miałam bardzo długą przerwę w oglądaniu tego serialu, porzuciłam go dla innych, a wróciłam dopiero po tym, jak skończyłam ostatni sezon House of Cards, a na Netflix nie znalazłam nic innego. A, jeszcze próbowałam z Stranger Things, ale na razie też odkładam na później.

Powrót do szalonych dziewuszek zamkniętych w więzieniu okazał się nad wyraz interesujący. Okazało się, albo ja dopiero teraz to odkryłam, że im dalej w las (czytaj: w fabułę), tym postaci stają się ciekawsze, wątki bardziej wciągające, a ja zaczynam po prostu czuć chęć śledzenia ich losów. Zatrzymałam się w połowie czwartego sezonu. Na razie.

3. Dokument z Lady Gagą, o Lady Gadze, z Lady Gagą w roli głównej

W tym miesiącu na Netflix pojawił się dokument Gaga: Five Foot Two opowiadający o Lady Gadze, a konkretnie ostatnich miesiącach z jej życia, nagrywaniu płyty, występie w przerwie SuperBowl i walczeniu ze schorzeniami. O ile fanka Gagi ze mnie żadna, o tyle uwielbiam dokumenty o muzykach, zwłaszcza takie, w których głównym tematem jest praca nad nowymi kompozycjami, proces nagrywania gotowego materiału, czy wszystko, co związane z wydaniem płyty i jej promocją. Obejrzałam więc Gaga: Five Foot Two.

Nie chce robić tutaj, w tym tekście, recenzji tego dokumentu, bo Monthly rozciągnęłoby się do gigantycznych długości, ale mogę powiedzieć, że jest to dokument obowiązkowy dla wszystkich, którzy interesują się muzyką i popkulturą. Obejrzeć warto, aczkolwiek nie jest to dokument idealny. Zarówno w kwestii samej jego realizacji, jak i doboru materiału. Planuję napisać osobny tekst na jego temat, więc w nim rozwinę ten wątek szerzej.

4. Life is Strange: Before the Storm

Jeden z nielicznych tekstów, jakie napisałam na tym blogu na temat moich wrażeń z gry dotyczył Life is Strange. W tym miesiącu miałam przyjemność zagrać w pierwszy odcinek nowej części zatytułowanej Life is Strange: Before the Storm. Tym z Was, którzy nie grają szybko wyjaśniam: istnieją gry, które ukazują się, jak seriale – w odcinkach. Mają swoje daty premiery i po skończeniu jednego odcinka, trzeba czekać na drugi.

Before the Storm to jest prequel gry Life is Strange, ale naprawdę bardzo udany. Poznajemy historię Chloe, którą w wyjściowej grze poznaliśmy, jako przyjaciółkę Max. Tutaj dostajemy emocjonalną, pełną nastoletniego buntu Chloe w roli głównej. Chodzimy po Arcadia Bay, malujemy graffiti, poznajemy Rachel, która w wyjściowej grze była już martwa. Myślę, że dla osób, które z graniem w gry na konsolach, czy pecetach, mają niewiele wspólnego i/lub uważają, że to tylko samochodówki i strzelanki, Life is Strange to idealna gra, żeby przekonać się, że świat gier ma do zaoferowania naprawdę wiele.

5. Złota jesień polskiego kina?

Już od kilku miesięcy miałam wrażenie, że 2017 rok to dla polskiego kina, kompletnie odwrotnie niż dla polskiej muzyki, rok interesujących premier. Filmów, na które warto iść do kina, filmów, które trzeba obejrzeć, żeby wyrobić sobie o nich zdanie, a nie ślepo wierzyć innym. Rok aktorów, którzy zaskoczą, aktorów, których odkryjemy na nowo. Festiwal Filmowy w Gdyni w zasadzie potwierdził, że w najbliższych tygodniach i miesiącach znów będzie na co chodzić do kina. I to nawet bez obawy, że się człowiek potknie, przewróci i zniesmaczy.

Już nie mogę się doczekać, chociaż martwię się, że nie uda mi się obejrzeć wszystkiego i znów będę się posiłkowała ofertą VOD. Tytuły filmów, jakie chce obejrzeć znajdują się na plakatach. Oczywiście to nie jest tak, że wszystkie już teraz traktuję, jako fantastyczne polskie produkcje. Np. film Człowiek z Magicznym Pudełkiem chciałabym obejrzeć z ciekawości, żeby się przekonać, co z tego wyszło. Polskie Sci-Fi, Warszawa w 2030, brzmi surrealistycznie.

6. Moja wielka słabość do pistacjowej czekolady

W dwóch ostatnich Monthly wspominałam o ulubionych balsamach pod prysznic. Tym razem mam coś równie godnego polecenia, a może nawet bardziej! Czekolada pistacjowa. Generalnie nie przepadam za orzechami. Podjadanie jakichś fistaszków nie sprawia mi przyjemności, ale pistacjowa czekolada, pistacjowe lody i wszystko, co pistacjowe jest u mnie pożądane. Mleczna, taka klasyczna kakaowa Goplana w fioletowym papierku to moja ulubiona czekolada na świecie. Ta zajmuje drugie miejsce.

7. A ten tekst czytaliście najchętniej!

Pisząc, z takim wielkim poślizgiem, recenzję ostatniej studyjnej płyty Amy Macdonald chciałam wreszcie napisać o płycie, którą słyszałam w tym roku na żywo już dwa razy, a niedługo usłyszę po raz trzeci. Nie liczyłam natomiast, że będzie się ona cieszyła dużym zainteresowaniem, bo jakby nie było jest to materiał z początku tego roku. A tutaj proszę, duże zaskoczenie! Tekst Amy Macdonald wróciła z nową płytą, „Under Stars” okazał się tym najchętniej czytanym tekstem sierpnia.

8. Twitter testuje 280 znaków

Zdecydowanie wolałabym, żeby Twitter wdrożył możliwość edycji już opublikowanych treści niż bawił się w zmienianie sensu tego, czym jest. Od kilku dni, wybrana grupa użytkowników ma do dyspozycji 280 znaków przy pisaniu tweetów zamiast klasycznych 140, z których słynął Twitter i które sprawiały, że był wyjątkowy.

Jak to w przypadku takich nowości, bądź co bądź dość sporych, reakcje są różne. Dla mnie, osoby używającej Twitter jednak relatywnie mało, 280 czy 140 nie ma większego znaczenia, ale opcja edycji byłaby naprawdę zbawieniem. Czasami naprawdę się przydaje. Więcej o zmianach na Twitterze można przeczytać na stronie The Guardian. Zamieszczono tam różne śmieszne, ironiczne reakcje użytkowników.