Po koncertowych popisach rodziny Cugowskich przeszedł czas na podejrzenie koncertowych popisów rodziny Markowskich. Zarówno Patrycję, jak i zespół Perfect widziałam na żywo w przeszłości, ładnych parę lat temu. Po niedzielnym koncercie mogę powiedzieć, że przez te lata w sumie niewiele się zmieniło. Patrycja Markowska wystąpiła w Poznaniu, zaprosiła do wspólnego muzykowania tatę oraz drugiego gościa specjalnego.

O ile muzycznie wszystko było mi doskonale znane, o tyle Klub Muzyczny B17 odwiedziłam po raz pierwszy. Całkiem głośno było o jego otwarciu, o lokalizacji i o tym, czy po zamknięciu klubu Eskulap, będzie to dobre miejsce na koncerty. W temacie lokalizacji powiem tak – miejsce dobre, jak każde inne. Obok Stadionu jest przynajmniej gdzie zaparkować, więc dla wielu ten kłopot od razu znika.

Natomiast jeśli chodzi o sam klub to dla mnie jego największym minusem jest trójkątna scena przedzielona filarem. Patrycja starała się, jak mogła, ale środkiem sceny okazała się jej prawa część, więc osoby stojące po lewej miały zdecydowanie mniej komfortowe warunki. Ja na szczęście chadzałam sobie z aparacikiem to tu, to tam, ciesząc uszy, oczy i próbując, z poziomu publiki, pstryknąć jakieś sensowne zdjęcia.

Patrycja, chyba odkąd ją muzycznie poznałam, była dla mnie uosobieniem żeńskiego rock’n’rolla na polskiej scenie muzycznej, owianego przyjemnym kobiecym pierwiastkiem. Mam tutaj na myśli ballady, których w jej repertuarze nie brakuje, ale które mimo swojej lekkości nie są miałkie, jak co druga piosenka z radia. Swego czasu myślałam, że jej młodszym, damskim odpowiednikiem stanie się Ewa Farna, ale teraz sama już nie wiem…

Patrycja ma charakterystyczną, urzekającą i zapadającą w pamięć barwę głosu. Nie da się jej podrobić, co dodaje jej tylko stylu i tego pazura, który tak niezbyt udolnie próbuję opisać.

Na scenie wypada bardzo naturalnie, autentycznie. Taką zapamiętałam ją z koncertu sprzed lat, i taka była też podczas koncertu w Poznaniu. Zmieniło się chyba tylko to, że ma wokół siebie o wiele bardziej zgrany Fan Club. W kluczowych momentach wybranych piosenek fani, w niekrytej radości piosenkarki, wystrzeliwali confetti. Ona kilkakrotnie im dziękowała podkreślając, że to zaszczyć mieć takich oddanych miłośników. I to prawda, świetnych fanów można Patrycji zazdrościć!

Wrzucając na bloga pierwsze zdjęcie z koncertu ktoś stwierdził w komentarzu, że wokalnie Markowska nie jest idealna. Ja odpowiedziałam, że tym razem trudno będzie mi to ocenić, bo podczas koncertu przyznała się, że jeszcze kilka dni wcześniej nie była w stanie mówić. Natomiast jeśli mam już coś o jej wokalu powiedzieć to powtórzę to, co mówiłam wielokrotnie.

Widziałam już na żywo artystki, które śpiewają fenomenalnie, ale ich koncerty są drętwe, niezbyt spontaniczne. Wiedziałam artystki, które na żywo wypadają średnio, ale mają w sobie takiego powera, że człowiekowi nie chce się zastanawiać, czy doły są w dołach, a góry w górach. Widziałam też takie, które na żywo mają podłączony półplayback, a dookoła dzieje się magia i mnóstwo popisów artystycznych. Wszystkie te koncerty wspominam bardzo dobrze, bo na szczęście nie żyjemy już w czasach, w których albo stuprocentowa perfekcja i zero machnięcia ręką, albo stuprocentowy fałsz i palpitacja serca.

Mi w koncercie Patrycji naprawdę niczego nie brakowało. Świetna energia, fantastyczny zespół, radość z tego, że się na tej scenie stoi. Czego chcieć więcej?

Może jednej malutkiej rzeczy. Nieco lepiej dobranego repertuary wykonywanego z Grzegorzem Markowskim. Mniej więcej po godzinie koncertu Patrycji na scenie pojawił się jej tata, który przy akompaniamencie zespołu swojej córki wykonał kilka ponadczasowych przebojów grupy Perfect. Ot taka malutka rozgrzewka przed kwietniowym koncertem zespołu w Poznaniu. Później na scenę wróciła Patrycja i wykonali razem te utwory, które zawsze wykonują wspólnie podczas różnych występów telewizyjnych. I nie żeby wykonanie Kołysanki było złe, ale gdyby wykonali razem Trzeba żyć byłabym w pełni szczęśliwa.

W maju ukaże się nowa studyjna płyta Patrycji. Po poznańskim koncercie uznałam, że Markowska dobiła do tego punktu kariery, w którym nie musi już nikomu niczego udowadniać. Ma kilka przebojów, mnóstwo oddanych fanów, a swobodę artystyczną z pewnością większą niż te parę lat temu, gdy widziałam ją po raz pierwszy. Być może niesłusznie dostrzegam to dopiero teraz, może stało się to już za sprawą albumu Alter Ego?

I chociaż nie mogę obiecać, że szybko wybiorę się na koncert Patrycji ponownie, to jedno mogę zagwarantować – nie żałuję tego niedzielnego czasu spędzonego z Markowskimi.

Podobne Posty